ORMIANIE NASI BRACIA

List do mojego  przyjaciela  Ormianina - , Witam  Cię  przyjacielu  pięć lat  temu  w Polsce , na rynku  miasta modliliśmy się koronką do Bożego Miłosierdzia , Bóg  dał  że spotkałem Cię  ,byłeś jak rozpędzony  meteor  i przejął cię Pan . Modliliśmy się za twój  naród  przed obraz  Króla  Miłosierdzia , Jezusa Chrystusa  Mesjasza Pańskiego . Dałem  ci wtedy różaniec , mam nadzieje że modlisz się nadal o  godzinie 15 , wzywając Bożego Miłosierdzia dla wszystkich Ormian i świata całego .Mówiłeś  mi  o namiocie  Bożym który Bóg postawił na waszej ziemi . Wytrwajcie w wierze i miłości do Boga  W Trójcy  Jedynego . Niech cię  Bóg Błogosławi  i twój naród . 

                                                                                          A M           SZCZĘŚĆ BOŻE   

            Wspominam  o twoim  narodzie i o twoich braciach

          którzy cierpieli   byś  ,  ty  mógł  Kochać  Jezusa  Chrystusa !!!!

           !!!!!!                                                                                                                         

 

Przymusowa islamizacja

Podczas rzezi Ormian w 1915 roku władze tureckie nie ukrywały, że jedynym ratunkiem przed deportacją jest porzucenie przez ludność ormiańską wiary chrześcijańskiej i przejście na islam. Taką praktykę stosowano już w latach 1896/1897 i w 1909 roku podczas masowych pogromów Ormian. Wówczas przymusowa islamizacja Ormian wywołała protesty mocarstw zachodnich i Rosji, które wymusiły na tureckim rządzie umożliwienie powrotu przymusowo islamizowanym Ormianom do chrześcijaństwa. By tym razem uniknąć zarzutu o wymuszanie na chrześcijanach przyjęcia , ,,jedynej prawdziwej wiary", władze tureckie zaopatrzone były w pisemne deklaracje, zawierające „prośbę" Ormian o pozwolenie przejścia na islam. Nie brakowało Ormian (a niekiedy całych rodzin), którzy postawieni przed wyborem: apostazja albo okrutna, powolna śmierć w marszu, wybierali to pierwsze. W Trapezuncie zislamizowano w ten sposób 200 ormiańskich rodzin, w Kerasunt 160, w Ordu 200, w Samsun 150 rodzin (są to dane tylko z jednego okręgu). Nie brakowało jednak tysięcy heroicznych świadectw wiary. Pewnemu ormiańskiemu kupcowi, Harutjunowi Torikianowi, „zaproponowano" przyjęcie islamu w zamian za uniknięcie deportacji. Torikian odpowiedział:„ Będąc młodym, wierzyłem. Teraz więc, gdy jestem stary, mam się zaprzeć? Przecież właśnie dla tej godziny żyłem". Został dołączony do kolumny deportowanych i później zamordowany.

4 października 2001 roku Jan Paweł II jako męczennika za wiarę beatyfikował ormiańskiego katolickiego biskupa Malojana, który w 1915 roku odmówił przejścia na islam w zamian za uratowanie życia. Dodajmy, że na terenach objętych ludobójczą eksterminacją prześladowaniom poddano całą hierarchię ormiańskiego Kościoła. W Dżarbekir spalono żywcem archimandrytę Czekhlariana, w Szabin -Karahissar, Baiburt, Charput, Czarsandżak archimandrytów powieszono. Biskupów Siwas (Knel Kalzmskrian został poddany okrutnej torturze polegającej na przybiciu mu do stóp podków. Miejscowy turecki urzędnik uzasadniał to tym, że „nie można pozwolić na to, by biskup chodził boso") i Erzerum (biskup Saade-dian) zamordowano, innych wtrącono do więzienia (np. biskupa Behrigian z Kaisa-rije) lub wygnano (np. arcybiskupa Hova-gim z Ismid). Inna - szczególnie odrażająca - forma islamizacji, o której już wcześniej była mowa, polegała na uprowadzaniu kobiet ormiańskich i przymusowym wydawaniu ich za mąż za muzułmanów. Nie brakowało przypadków, gdzie wiele Ormianek, w tym samym czasie, gdy ich mężowie (Ormianie) służyli w tureckiej armii, było zmuszanych do poślubiania muzułmanów. W miejscowości Zile, po wymordowaniu wszystkich mężczyzn, którzy byli w konwoju deportowanych, pozostałe przy życiu kobiety i dzieci całymi dniami trzymano na otwartym polu bez chleba i wody. W ten sposób starano się skłonić je do przejścia na islam. Oporu kobiet nie udało się złamać. Na oczach ich dzieci zakłuto je więc wszystkie bagnetami. Przymusowe porzucenie wiary chrześcijańskiej było również udziałem tysięcy ormiańskich dzieci, oderwanych od swoich chrześcijańskich rodziców i oddanych (a właściwie: sprzedanych) na wychowanie rodzinom muzułmańskim. W Ankarze, z okazji urodzin sułtana urządzono obrzezanie 100 dzieci (przeważnie z katolickich rodzin), przymusowo nawróconych na islam. Należy zauważyć, że z biegiem czasu tureckiemu rządowi przestało zależeć na przechodzeniu na islam tylko jednostek lub nawet całych ormiańskich rodzin. „Dobrowolne nawrócenia" na „jedyną, prawdziwą wiarę", musiały być masowe. Ustalono nawet dolną granicę, od której akceptowano „nawrócenia" jako wybawienie od deportacji. W miejscowości Hadijne do tureckich urzędników zgłosiło się sześć ormiańskich rodzin, wyrażających chęć przejścia na islam. Usłyszały następującą odpowiedź: „Akceptujemy nawrócenie co najmniej stu rodzin". Opuszczane przez skazywanych na deportacje Ormian świątynie były z reguły przemieniane w meczety. Pogardę dla chrześcijaństwa władze tureckie okazywały również w inny sposób. W miejscowości Erzingjan ormiański kościół Turcy zamienili w publiczną toaletę. Natomiast po splądrowaniu kościoła w Hlissni -Manzur, naczynia liturgiczne wrzucono do ustępu. Tureccy żandarmi „zabawiali się", przebrani w ornaty, bluźnierczo przedrzeźniając chrześcijańską liturgię.    

Rozmowa z barbarzyńcą  

 Zawsze w przypadku zbrodni ludobójstwa pojawia się intrygujące pytanie o mentalność, motywacje ewentualne wyrzuty sumienia autorów masowej eksterminacji. Jeśli chodzi o autorów ludobójstwa dokonanego na Ormianach,                       dysponujemy pierwszorzędnym źródłem, jakim są wspomnienia amerykańskiego ambasadora w Stam­ule, Henry'ego Morgenthaua. W 1915 roku jako przedstawiciel neutralnego mocarstwa (Stany Zjednoczone przystąpiły do I wojny światowej po stronie Ententy dopiero w 1917 roku), podejmował on nieustanne interwencje. Zamieszczony w jego wspomnieniach zapis rozmów z tureckimi ministrami dobrze oddaje sposób rozumowania głównych architektów ludobójczej polityki. Najpierw amerykański ambasador spotkał się z Talaat Paszą - tureckim ministrem spraw wewnętrznych, głównym pomysłodawcą ludobójczej eksterminacji Ormian. Oto fragment wspomnień Morgenthaua: „Proponuję Panu przedyskutowanie całej kwestii armeńskiej innego dnia. " Potem dorzucił [Talaat] spuszczonym głosem po turecku: „Ale ten dzień nigdy nie nadejdzie ".Innym razem zapytał mnie: ,, Tak poza tym, dlaczego interesuje się Pan Ormianami? Jest Pan Żydem, a ci ludzie są chrześcijanami. Mahometanie i Żydzi rozumieją się najlepiej. Poważa się Pana tutaj. Z jakiego powodu skarży się Pan? Dlaczego nie pozwala Pan nam robić z tymi chrześcijanami, co nam się podoba? " Morgenthau opatruje te wypowiedzi taką refleksją: Często mogłem zauważyć, że Turcy niemal wszystko oceniają z osobistego punktu widzenia. Niemniej jednak taki sposób rozumowania bardzo mnie zadziwiał, chociaż był on doskonałym odzwierciedleniem tureckiej mentalności. Fakt, że poza względami na rasę i religię, istniały jeszcze takie rzeczy jak człowieczeństwo i cywilizacja, nigdy nie zagościł w ich duchu. Przyznają że chrześcijanin bije się za chrześcijanina, Żyd za Żyda, ale nie pojmują takich abstrakcji jak: sprawiedliwość czy życzliwość.

W kolejnych rozmowach z amerykańskim ambasadorem, Talaat Pasza odwoływał się do propagandowych sloganów o zdradzie Ormian podczas rosyjskiej ofensywy i bronił morderczych deportacji jako „zabezpieczenia na przyszłość". Przypuśćmy nawet - mówił Morgen­thau - że jacyś Ormianie zdradzili was. Nie jest to jednak powód, by unicestwić całą rasę i zadawać cierpienie kobietom i dzieciom .

To nieuniknione - brzmiała odpowiedź. Jego [Talaat Paszy] poglądy zostały jeszcze lepiej wyjaśnione w odpowiedzi na dokładnie takie samo pytanie zadane mu przez reportera Berliner Tageblatt". „Zarzuca się nam - odpowiadał - że nie rozróżnialiśmy wśród Ormian między winnymi a niewinnymi. Jest to absolutnie niemożliwe, ponieważ dzisiejsi niewinni jutro stać się mogą winnymi". Warto na tym miejscu przytoczyć odpowiedź pewnego tureckiego oficera, który zapytany dlaczego karząc pewną liczbę winnych (przyjmując nawet tureckie wyjaśnienia, że część Ormian była „rosyjską V kolumną"), morduje się tyle tysięcy niewinnych, odpowiedział w następujący sposób: Podobne pytanie zadał ktoś naszemu Prorokowi Mahometowi. Prorok odparł: „Gdy jesteś ukąszony przez pchłę, czyż nie zabijasz wszystkich? ".Bardzo dużo, a właściwie wszystko o mentalności Ta-laata Paszy mówiło to, że według niego ludobójstwo powinno być dla władz tureckich dochodowym przedsięwzięciem. Taką wymowę bowiem miało nawiązanie przez niego w jednej z rozmów z Morgenthauem do faktu ubezpieczenia się wielu Ormian - ofiar eksterminacji - w amerykańskich towarzystwach ubezpieczeniowych (chodziło o polisy na życie wykupione przez niektórych Ormian w działających w Nowym Yorku „Life Insu­rance Company" oraz „Equi-table Life"). Amerykański dyplomata zanotował taką oto prośbę Talaata: „Chciałbym, aby Pan wymógł na amerykańskich towarzystwach prowadzących ubezpieczenia na życie, by przesłały nam pełną listę Ormian którzy posiadali u nich polisę. W rzeczywistości, wszyscy oni obecnie już nie żyją i nie pozostawili spadkobierców, którzy odziedziczyliby te pieniądze. W tej sytuacji wszystko to przypada państwu [tureckiemu]. Rząd jest teraz beneficjentem. Czy Pan to uczyni? ".Tego już było za wiele - wspominał Morgenthau - O mało nie wybuchnąłem.

Nie dostanie Pan ode mnie takiej listy -powiedziałem i wyszedłem. Amerykański dyplomata podejmował interwencje również u tureckiego ministra wojny, Envera Paszy - drugiego, obok Ta-laata członka młodo tureckiego rządu najbardziej odpowiedzialnego za ludobójstwo dokonane na Ormianach. Ponownie padły obłudne argumenty o rzekomych separatystycznych dążeniach Ormian mieszkających we wschodniej Turcji. Enver podkreślał nawet, że nie ma nic przeciwko Ormianom jako narodowi. „Bardzo podziwiam ich inteligencję i umiejętności" - mówił. Dodawał zaraz - co zabrzmiało złowrogo: nic nie byłoby dla mnie przyjemniejszego, jak ujrzeć Ormian całkowicie wcielonych do naszej ludności. Ale w rozmowach Envera Paszy z ambasadorem Morgenthauem pojawił się inny, interesujący wątek. Wątek „rewolucyjnej czujności": Niech Pan nie zapomina - zwierzał się Morgenthauowi Enver -że, gdy robiliśmy naszą rewolucję w 1908 roku, było nas tylko 200. Jednak pomimo takiej malej liczby zwolenników zdołaliśmy zwieść sułtana i opinię publiczną i potrafiliśmy sprawić, by uwierzyli, że jest nas o wiele więcej i że jesteśmy o wiele silniejsi, aniżeli byliśmy w rzeczywistości. Udało się nam to ,im wszystkim narzucić dzięki naszej zuchwałości i następnie mogliśmy ustanowić konstytucję. Tak więc to właśnie nasze doświadczenie jako rewolucjonistów każe nam nie ufać Ormianom. Jeśli bowiem 200 Turków potrafiło obalić rząd, równie dobrze paru setkom poinstruowanych i inteligentnych Ormian może się udać podobne przedsięwzięcie. Enverowi nie dość było obłudnie usprawiedliwiać eksterminacje Ormian. Przeszkadzała mu również ta niewielka pomoc humanitarna dostarczana przez amerykańskich misjonarzy, amerykańskie placówki dyplomatyczne i osoby prywatne dla setek tysięcy Ormian skzywanych na powolną śmierć w piekielnych marszach ku syryjskiej pustyni. Skazani na totalne wyniszczenie Ormianie mieli zostać pozbawieni nawet cienia nadziei na pomoc z zewnątrz. Turecki minister stosując wyjątkowo pokrętną logikę (odznaczał się nie tylko „rewolucyjną czujnością", ale i „rewolucyjną dialektyką") utrzymywał przy tym, że będzie to tylko z korzyścią dla Ormian: „Nie trzeba nam, abyście dostarczali aprowizację Ormianom - zapewniał mnie [Enver Pasza]. To największe nieszczęście, jakie może ich [Ormian] spotkać.


Powtarzam, że liczą oni na sympatię zagranicy. To może ich popchnąć do oporu przeciw nam i ściągnąć na nich biedę. Jeśli będziecie rozdzielać wśród nich żywność i ubrania, będą was postrzegali jako swoich możnych przyjaciół. Tym samym wzmocni się ich duch buntu i trzeba będzie karać ich jeszcze surowiej. Niech Pan przekaże nam pieniądze, które otrzymał Pan na ich potrzeby, a my zobaczymy, co da się zrobić, by im pomóc ".A więc nie tylko dokonać ludobójstwa, ale jeszcze dobrze zarobić na jego ofiarach. Oto miara tureckiego barbarzyństwa. Nic, tak jak rozmowy ambasadora amerykańskiego z tureckimi architektami ludobójstwa na Ormianach, nie ilustruje lepiej tego, do jakiego stopnia młodoturecki reżim „otwierał Turcję na Zachód". Z Zachodu przejmował jedynie organizację wojskową (za pośrednictwem niemieckich oficerów) i po części ideologię (por. „dorobek" rewolucji francuskiej w inicjowaniu ludobójstwa), jak się okazało tylko po to, by efektywniej eksterminować cały naród.     Oficjalny negacjonizm Upadek młodotureckiego reżimu przeżyli jego najbardziej prominentni przedstawiciele i jednocześnie projektodawcy i organizatorzy „ostatecznego rozwiązania" kwestii ormiańskiej w Turcji. Sprawcy ludobójstwa nie cieszyli się jednak długo swoim życiem.Talaat Pasza zbiegł do Niemiec, głównego sojusznika Turcji w czasach I wojny światowej. Osiadł w Berlinie przy Harden-bergsstrasse. Tam, 15 III 1921 roku dosięgła go kula zamachowca - Salomona Teiliriana. Podczas toczącego się w czerwcu 1921 roku procesu o morderstwo, Teili-rian nie ukrywał, że motywem jego czynu była chęć zemsty za cierpienia i śmierć setek tysięcy jego rodaków, które zorganizował Talaat. Proces zamachowca stał się de facto procesem Talaata. Sędziowie uniewinnili Teiliriana, tym samym udzielając twierdzącej odpowiedzi na pytanie jednego z obrońców ormiańskiego zamachowca: „czy można nie skazać na śmierć oprawcy?". Podobny los spotkał innych katów: 6 XII 1921 roku zastrzelony został w Rzymie młodoturecki premier Said Halim (zamachowcem był Archavir Chirakian). Beheddin Sakir i Dżemal Azmi (szef wi-lejatu Trebizondy) zostali zamordowani w Berlinie przez Arama Erkaniana i Ar-chavira Chirakiana. Dżemal Pasza zgi­nął w Tibilisi 25 VII 1922 z rąk Petrosa Ter-Boghossiana i Artachesa Kevordjia-na. Ostatni z architektów ormiańskiego ludobójstwa zginął 4 VIII 1922 roku niedaleko Buchary, podczas próby przedostania się do Afganistanu. Oddział bolszewików, który dogonił go, złożony był z samych Ormian. Główni architekci ludobójstwa z 1915 roku zginęli. Pozostało jednak milczenie wokół tej zbrodni. Trzeba bowiem pamiętać, że jednym z mitów założycielskich Republiki Tureckiej, która powstała w 1923 roku na gruzach Porty, było milczenie w sprawie tej zbrodni. Do dzisiaj władze republiki tureckiej, prowadząc politykę państwowego negacjonizmu, nie mają najmniejszego zamiaru uznać ludobójczego charakteru mordu dokonanego na Ormianach w 1915 roku. Prezentowany przez władze w Ankarze oficjalny negacjonizm kazał reprezentantom tureckiego rządu w marcu 1974 roku projekt zakwalifikowania w raporcie Komisji Praw Człowieka ONZ rzezi Ormian jako „pierwszego ludobójstwa XX wieku". Ten sam negacjonizm spowodował wydanie w latach 90-tych zakazu wydania w Turcji dzieła francuskiego historyka Yves Ternona o zbrodni dokonanej na Ormianach. Skrupulatność władz tureckich podejmujących starania o zacieranie pamięci o  zbrodni jest zaiste zadziwiająca. Kazała ona na przykład tureckim dyplomatom we Francji oprotestować decyzję władz miasta Yienne, które w 1973 roku jedną z  ulic  nazwały  mianem  „Rue  du  24 avril 1915". Tureccy dyplomaci podejmowali starania we francuskim ministerstwie spraw wewnętrznych, by usunąć z tabliczki ze wspomnianą nazwą, krótki tekst informujący, jaka historyczna rzeczywistość kryje się za datą 24 kwietnia1915 roku (czyli początek ludobójstwa na Ormianach). Również w 1973 roku,gdy w Marsylii, z okazji zbliżającej się 60-ej rocznicy ludobójstwa, odsłonięte tablicę upamiętniającą ofiary tej zbrodni, turecki ambasador został demonstracyjnie odwołany z Paryża do Ankary na„konsultacje". Powód: udział przedstawicieli francuskiego rządu w uroczystości. Na koniec jednak, w kontekście oficjalnej, uprawianej przez Ankarę negacjonistycznej kampanii wobec pamięci o ludobójstwie popełnionym w 1915 roku na ludności ormiańskiej, pojawia się pytanie: jak długo można milczeć? Jak długo można zakłamywać rzeczywistość? Odwołam się do słów napisanych przed ponad 20 laty przez Tomasza Witucha, wybitnego polskiego historyka zajmującego się problematyką XX-wiecznej Turcji: Rzecz jednak nie w karze. Jak uczy krwawe doświadczenie XX wieku za największe zbrodnie nie ma kary. Eksterminację Ormian można uważać za krwawy i  barbarzyński akord osmańskich dziejów.  Ta nie ukarana zbrodnia ludobójstwa nigdy tak naprawdę uczciwie nie została ujawniona i potępiona. I ten fakt sprawia, że cień zbrodni pada na nową kartę dziejów narodu i państwa tureckiego. Brak potępienia zbrodni, brak dystansu  moralnego  do  wydarzeń  z  lat1915-1916 nadaje tureckiej nowoczesnej świadomości narodowej specyficzny i wymowny ton.   

 

LUDOBÓJSTWO CHRZEŚCIJAN W  SUDANIE I NIGERI W OBECNYM CZASIE

 

Obszar na południe od Egiptu, nad górnym Nilem -- tzw. Kraj Czarnego Człowieka (bilad as-Sudan) -jest świad­kiem trwającego od VII wieku n.e. hero­icznego oporu miejscowych chrześcijan przeciw ekspansji wojowniczego islamu.

Na terenie starożytnej Nubii, obejmu­jącej większą część dzisiejszego Sudanu, powstało wiele chrześcijańskich królestw. Najsilniejsze z nich - Nobatia, Makur-ria i Aiwa - opierały się kolejnym najaz­dom muzułmańskim aż do początku XVI wieku. W 1505 r. ostatnie z chrześcijań­skich państw nubijskich zostało podbite przez mahometan. Rozpoczęła się epoka gwałtownej islamizacji. Jednym z najbar­dziej odrażających przejawów tej nowej epoki była ożywiona działalność arab­skich handlarzy niewolników (wśród któ­rych było wielu chrześcijan); stali się oni prawdziwymi pionierami tego haniebne­go procederu na kontynencie afrykań­skim. Jak zobaczymy później, ten spo­sób wykorzeniania wiary chrześcijańskiej z doliny Górnego Nilu nigdy nie został zarzucony przez panujących tam muzuł­manów.

WII połowie XIX w. Sudan dostał się w orbitę władzy brytyjskiego imperium kolonialnego, co oznaczało zaprzesta­nie systematycznej eksterminacji ludno­ści chrześcijańskiej. Jednak wraz z upad­kiem rządów kolonialnych (lata 50. XX w.) okres wytchnienia dla chrześcijan się skończył. W 1983 r. rządzący w Chartu­mie (stolica Sudanu) islamski rząd, zdo­minowany przez fundamentalistyczny Islamski Front Narodowy, ogłosił wpro­wadzenie w całym kraju prawa koranicznego, tzw. szariatu. Decyzja ta była początkiem krwawej wojny domowej, podobnie jak przed wiekami wywołanej agresją muzułmańskiej północy na chrze­ścijańskie (oraz animistyczne) południe kraju. Trwająca ponad dwadzieścia lat wojna kosztowała życie ok. l, 5 miliona osób, w zdecydowanej większości chrze­ścijan i animistów, zamordowanych przez sudańską, głównie muzułmańską armię i rozmaite (wspierane przez rząd) bojów­ki islamistów.

Agresorzy mają dwa podstawowe cele: islamizację południa Sudanu oraz jego arabizację (na południu różnice reli­gijne pokrywają się z różnicami etnicz­nymi; chrześcijanie to zazwyczaj ludzie z plemion murzyńskich, muzułmanie to Arabowie). Chrześcijanie pozbawieni są w Sudanie podstawowych praw i swobód obywatelskich. Bardzo charakterystycz­ny jest fakt, że w oficjalnej sudańskiej wersji „Karty praw człowieka" uchwa­lonej przez ONZ słowo „osoba" jest tłu­maczone jako „muzułmanin". Komuni­kat wysłany przez muzułmańską więk­szość w Sudanie jest więc jasny: respek­tujemy „Kartę praw człowieka", ale tylko w odniesieniu do muzułmanów. W sudań-skim kodeksie karnym (zgodnie z zasada­mi szariatu) za porzucenie islamu przewi­dziana jest kara śmierci.

„Obozy pokoju" i handel

niewolnikami - ludobójcza

metoda

Na porządku dziennym są napady na chrześcijańskich duchownych i kateche­tów, kończące się niekiedy morderstwem. Brak tu miejsca, by wyliczać wszyst­kie tego typu tragiczne zdarzenia. Gwoli przykładu wspomnimy o zaledwie kilku. Oto w 1994 r. „nieznani sprawcy" cięż­ko pobili włoskiego księdza katolickie­go za to, że znaleziono w jego mieszka­niu mszalne wino. W tym samym roku (5 grudnia) biskup sudańskiej diecezji Rumbek poinformował światową opi­nię publiczną o zamęczeniu przez muzuł­manów czterech katechetów - konwertytów; za to, że nie chcieli porzucić wiary w Chrystusa, którą przyjęli dwadzieścia lat wcześniej, zostali ubiczowani, a następnie ukrzyżowani. W 1996 r. (według świadectwa katolickiego biskupa Paride'a Tabana z diecezji Torit) w miejscowości Kapocta aresztowano siedmiu katechetów. Byli torturowani, jednak nawet w więzieniu pełnili swoją misję świadków Chrystusa. Więzienie nie omija także biskupów. W tym samym roku 1996 aresztowano biskupa Juby, a dwa lata później do więzienia trafił arcybiskup Chartumu.

 

Niszczone są chrześcijańskie świątynie, domy misyjne i szkoły prowadzone przez Kościoły chrześcijańskie. Tego

typu incydenty zdarzają się - zwłaszcza na południu Sudanu - niemal co tydzień. W grudniu 1996 r. zniszczono katolickie centrum misyjne w miejscowości Doru-sha'ab. Pół roku później islamskie bojówki zdemolowały katolicką szkołę w Je-bel Awlia (szkoła znajdowała się na terenie należącym do chartumskiej diecezji, wcześniej otrzymała oficjalną zgodę na działalność od sudańskiego ministerstwa edukacji). Tylko w latach 1994 - 1998, za przyzwoleniem rządu sudańskiego, zdewastowano ok. 100 tego typu (nie tylko katolickich) centrów misyjnych. Dodajmy, że spełniały one także ważną funkcję jako obozy dla uchodźców z dotkniętego wojną domową południa Sudanu. Ta wojna, a właściwie systematyczna, ludobójcza eksterminacja ludności chrześcijańskiej i animistycznej przez islamski rząd, jest jedną z najbardziej okrutnych wojen toczonych przez władze przeciw własnym obywatelom po II wojnie światowej. Jest także plamą na honorze dla całego świata, który wie, widzi - i nic nie robi. Szczególnie dotycz to nas chrześcijan  w tej sprawie musimy coś zrobić by rządy barbarzyńców się skończyły.

Wojna toczona jest w sposób iście barbarzyński. Jedną z najczęściej stosowanych metod jest zrównywanie z ziemią chrześcijańskich i animistycznych wiosek, po czym ich mieszkańcy zamieniani są w niewolników. Islamski rząd na południu Sudanu powrócił więc do praktyki stosowanej przez swych poprzedników parę stuleci wcześniej. Według ocen niektórych zagranicznych obserwatorów pod koniec lat 90. XX wieku było w Sudanie ok. 100 tysięcy chrześcijańskich niewolników. W zależności od praw popytu i podaży cena za jednego zniewolonego człowieka wahała się od 5 do 15 krów. Pozbawieni wolności

chrześcijanie i animiści - zwłaszcza dzieci - są zresztą sudańskim „towarem eksportowym", sprzedawanym na nielegalnych targach niewolników na całym arabskim Bliskim Wschodzie.

 

Tę haniebną praktykę potwierdzają - jak wspomniano - liczni obserwatorzy zagraniczni. Wśród nich są nie tylko ci, którzy rejestrują zbrodnie sudańskiego rządu, ale i tacy, którzy realnie pomagają (na przykład zbierając fundusze na wykup

niewolników). Do takich ludzi dobrej woli należy baronessa Caroline Cox, zasiadająca w brytyjskiej Izbie Lordów. Zanotowała ona (wśród wielu zebranych świadectw) przeżycia jednej z ofiar napadu muzułmańskiej armii na chrześcijańską wioskę na południu Sudanu: Wróg przybył wcześnie, w dniu 25 marca. Ta kobieta [Akuac Amet - G.K.] była zbyt stara, by uciekać. Złapali ją więc i bili - tak, że było trudno poznać, czy jeszcze żyje. Wróg

powrócił i zabił jej czterech synów, i porwał jej córkę. Oddadzą córkę, jeśli znajdą się pieniądze - ale nikt nie jest w stanie ich zapłacić. Zaopiekowałam się tą starszą kobietą. Zabito [w wiosce - G.K.] około 300 ludzi. Napastnicy podzielili się na dwie grupy -jedna była konno, druga pieszo. Uciekaliśmy z dziećmi, starając się ukryć je w bujnej trawie, ale znaleźli nas i zabrali nam dzieci. Kto odmawiał pójścia, był mordowany. Ci, którzy zostali zabrani, byli przywiązani liną i ciągnięci za końmi jak krowy. Niektóre dzieci miały tylko siedem lat. Część z nich umarła z pragnienia, gdyż nie dawano im wody. Rodziny tych, których porwano, ciągle starają się zebrać pieniądze potrzebne na wykup dzieci. Jeśli jednak ich nie mają, dostają jedynie informację, że ich dzieci żyją, ale do nich nie powrócą.

Jak widać z przytoczonej relacji, najgorszy jest los dzieci, systematycznie porywanych przez siły rządowe. Tysiącami są one osadzane w obozach koncentracyjnych (dla ironii nazywanych oficjalnie „obozami pokoju"), gdzie poddawane są bezwzględnej islamizacji. Według relacji Gaspara Biro, obserwatora ONZ przebywającego na południu Sudanu (wydalonego później przez sudański rząd za „nieprzychylne stanowisko"), w 1995 r. w górach Nubii i Kardofanu istniało około 20 takich obozów, w których przetrzymywano ponad 9 tysięcy dzieci.

Jednym z takich chrześcijańskich dziecięcych więźniów był James Pareng Alier. Miał 12 lat, gdy został porwany i przewieziony z południa Sudanu na północ. Armia zabrała nas do obozu nazywanego Khalwa, w pobliżu Chartumu. Po dwóch miesiącach przeniesiono nas do obozu w Fao we wschodnim Sudanie. Obóz ten prowadziła organizacja Dawa islamija [zajmująca się „promowaniem islamu na świecie" - G.K.]. Zmuszono mnie, bym uczył się Koranu, i zmieniono moje imię na Ahmed. Mówili mi, że chrześcijaństwo to zła religia. Po jakimś czasie poddano nas wojskowemu przeszkoleniu i powiedziano nam, że będziemy walczyć.

Tak wykształceni XX-wieczni janczarzy mieli być wysyłani do walki przede wszystkim przeciwko swoim chrześcijańskim braciom. James miał szczęście, bo udało mu się wydostać z obozu dzięki interwencji urzędników ONZ (chociaż los jego najbliższej rodziny jest mu nieznany); jednak wielu jego rówieśników takiego szczęścia nie miało.

Równie obrzydliwą praktyką jest to, co spotyka kobiety porywane przez siły muzułmańskie z obszarów zamieszkałych przez chrześcijan i animistów. Są przymusowo islamizowane i często służą jako konkubiny miejscowym kacykom arabskim. Ponadto wiele z nich poddawanych jest okrutnej praktyce obrzezania, która oznacza dla tych kobiet nie tylko wielkie cierpienia, ale często nawet śmierć.

Nigeria - podobny scenariusz

Podobnie jak w Sudanie, również w Nigerii początkiem eskalacji terroru wymierzonego w chrześcijan było wprowadzenie przed paroma laty w dwunastu północnych prowincjach tego państwa prawa szariatu. Konstytucja Nigerii uznaje prawo koraniczne, ale tylko w odniesieniu do czynności prawa cywilnego (małżeństwo, dziedziczenie, adopcje). Inicjatywa lokalnych muzułmańskich rządów, dominujących na północy tego kraju (na południu przewagę mają chrześcijanie) oznaczała zaś rozciągnięcie obowiązywania prawa koranicznego również na prawo karne, co w praktyce oznaczało wprowadzenie przewidzianych w tym prawie sankcji w postaci biczowania, kamienowania, obcinania kończyn i dekapitacji (obcięcia głowy) za „szczególnie ciężkie" zbrodnie. Do takich właśnie zalicza się również porzucenie islamu i przyjęcie innej religii, np. chrześcijaństwa.

Forsowanie szariatu przez muzułmańską północ Nigerii oznaczało (i oznacza) również realne niebezpieczeństwo odnowienia się w tym kraju wojny domowej, która wstrząsała Nigerią w latach 1967 - 1970 (jej przyczyną były ekspansjonistyczne ambicje muzułmańskiej społeczności). W lutym 2000 r. doszło do protestów chrześcijan zamieszkałych w mieście Kaduna przeciw wprowadzaniu szariatu. Protestanci zostali wówczas zaatakowani przez muzułmańskich bojówkarzy. W krótkim czasie zamieszki ogarnęły całe miasto. W ciągu tygodnia śmierć poniosło około 400 osób, w większości chrześcijan (np. w wyniku napadu islamskich bojówek na miejscowe seminarium teologiczne, prowadzone przez baptystów, zginęło czterech seminarzystów).

Krwawe zajścia w Kadunie powtórzyły się dwa lata później. W listopadzie 2002 r. islamiści napadli na miejscowych chrześcijan, a pretekstem do tego ataku był artykuł, który ukazał się w jednej z nigeryjskich gazet (nie będącej organem prasowym żadnego z chrześcijańskich Kościołów w tym kraju) z okazji organizowanego w Nigerii konkursu o tytuł Miss World. Gazeta owa napisała wówczas, co stało się powodem obrazy dla muzułmanów, że prorok Mahomet z pewnością zaślubiłby jedną z uczestniczek tego konkursu.

Swój gniew islamiści skierowali głównie przeciwko chrześcijanom, jako rzekomym inspiratorom wspomnianego artykułu. W listopadzie roku 2002 zdemolowano i zbezczeszczono 20 kościołów, a dziesiątki chrześcijan (liczba ofiar pogromu jest ciągle nieznana) poniosło śmierć. Ponadto wielu wyznawców Chrystusa zostało zmuszonych do opuszczenia swoich domów.

Chrześcijan w Nigerii - a stanowią oni niemal połowę ze 120 milionów mieszkańców tego państwa - zmusza się do praktykowania nakazów koranicznych, tam gdzie lokalne rządy przeforsowały pełne wprowadzenie szariatu. W 2003 r. w prowincjach Kano i Bauchi pozbawiono pracy w szkołach i szpitalach chrześcijanki, ponieważ nie stosowały się one do polecenia władz, nakazującego kobietom zakrywanie twarzy. Wymaga tego wobec muzułmanek prawo koraniczne. Swoją pomoc we wcielanie w życie tego nakazu zaoferował gubernatorowi prowincji Kano przywódca Sudanu, generał Omar al-Bashir, mający na tym polu, jak wiemy, „sukcesy" we własnym kraju. Próbuje się

również utrudniać chrześcijanom wykonywanie praktyk religijnych. Na przykład w roku 2003 chrześcijanie nigeryjscy, chcący uczestniczyć w wielkanocnych celebracjach, musieli złamać oficjalne zakazy władz państwowych, które ogłosiły dzienną i nocną godzinę policyjną akurat od Wielkiego Piątku do Wielkiej Niedzieli. Pretekstem do tego było „zapewnienie bezpieczeństwa" podczas odbywających się wówczas wyborów prezydenckich i parlamentarnych (termin wyborów także został wybrany nieprzypadkowo). Jednak przestrzeganie tego zakazu musiało w praktyce oznaczać rezygnację z celebracji nabożeństwa wielkopiątkowego, Wielkiej Soboty i nabożeństw rezurekcyjnych w Wielką Niedzielę.

Tysiące chrześcijan złamało więc ten kuriozalny zakaz władz i udało się do swoich kościołów. W wielu miejscach w drodze do i ze świątyni byli atakowani przez muzułmański tłum (zanotowano przynajmniej dwie ofiary śmiertelne tych zajść). Mimo to wytrwali.