OBJAWIENIE BOGA OJCA

 

Oto, czego jedynie chcę:

 

1. Pragnę, żeby jeden dzień lub przynajmniej jedna niedziela była poświę­cona dla uczczenia Mnie w szczególny sposób pod imieniem Ojca całej ludzkości. Chciałbym, aby to święto miało własną Mszę i oficjum. Nie trudno znaleźć teksty w Piśmie Świętym. Jeżeli pragniecie oddać Mi tęszczególną cześć w niedzielę, wybieram pierwszą niedzielę sierpnia; je­żeli w dzień powszedni, chciałbym, aby to był zawsze siódmy dzień te­go miesiąca.

 

2. Pragnę, żeby całe duchowieństwo zobowiązało się rozwijać ten kult, a przede wszystkim, by pomagało ludziom poznawać Mnie takim jaki je­stem i jaki zawsze będę blisko nich, to znaczy Ojcem najczulszym i naj­bardziej kochającym ze wszystkich ojców.

 

3. Pragnę, aby wprowadzono Mnie do wszystkich rodzin, do szpitali, również do warsztatów i urzędów, do koszar, do sal - gdzie podejmują decyzje ministrowie państw - wreszcie wszędzie tam, gdzie znajdują się Moje stworzenia, choćby tylko jedno! Chcę, aby widzialnym znakiem Mojej niewidzialnej obecności był obraz: niech ukazuje, że tam jestem, rzeczywiście obecny. Tak ludzie wykonywać będą wszystkie czynności pod okiem swego Ojca. Ja będę czuwał nad istotami, które stworzyłem i zaadoptowałem jako własne dzieci. W ten sposób wszystkie Moje dzieci będą niejako pod okiem swego czułego Ojca. Niewątpliwie i te­raz jestem wszędzie, ale chciałbym być przedstawiany w zauważalny i konkretny sposób!

 

4. Pragnę, żeby w ciągu roku duchowieństwo i wierni wykonywali na Mo­ją cześć pewne pobożne ćwiczenia, nie zaniedbując swoich zwykłych zajęć. Chcę, aby Moi kapłani bez lęku szli wszędzie, do wszystkich na­rodów i nieśli ludziom płomień Mojej ojcowskiej Miłości. Wówczas dusze zostaną oświecone. Pozyska się dusze niewiernych oraz wszyst­kich należących do sekt, które nie pochodzą od prawdziwego Kościoła. Tak, niech również i ci - którzy są także Moimi dziećmi - zobaczą, jak płonie przed nimi ten płomień, niech poznają prawdę, niech ją przyjmą i niech wprowadzą w życie wszystkie cnoty chrześcijańskie.

 

5. Chciałbym w szczególny sposób być czczony w seminariach, w no­wicjatach, w szkołach i w internatach, aby wszyscy  od najmniejszego do największego  mogli Mnie poznać i kochać jako swego Ojca,  Stworzyciela i Zbawcę.

 

6. Niech kapłani poczują się zobowiązani do szukania w Piśmie Świętym tego, co powiedziałem w innych czasach  co dotąd pozostało niezna­ne  a odnosi się do czci, którą pragnę odbierać od ludzi. Niech pracują też, by Moje pragnienia i Moja Wola dotarły do wszystkich wiernych i do wszystkich ludzi, określając to, co powiem do wszystkich ludzi ra­zem oraz do wszystkich kapłanów, zakonników i zakonnic w szczegól­ności. Są to dusze, które wybieram dla składania Mi wielkiego hołdu, większego niż od ludzi świeckich.

 

Oczywiście, osiągnięcie pełnej realizacji planów które obmyśliłem dla ludzkości i które dałem im poznać  będzie wymagało czasu! Zadowoli Mnie jednak jeden dzień  tak, jeden dzień modlitw i wyrzeczeń dusz wspaniałomyślnych, które poświecą się dla tego dzieła Mojej Miłości. Bę­dę cię błogosławił, synu Mój umiłowany, i odpłacę ci stokrotnie za wszyst­ko, co uczynisz dla Mojej chwały. 

 

 

s. Eugenia E. Ravasio

Bóg Ojciec mówi do Swoich dzieci

 

 

 

SPIS TREŚCI:

 

WPROWADZENIE

     Bóg jest moim Ojcem

     Matka Eugenia Elisabetta Ravasio

ŚWIADECTWO Jego Ekscelencji  bpa Grenoble A.Caillot

     Niepodważalność cnót Matki Eugenii.

     Przedmiot misji.

     Wnioski

ZESZYT PIERWSZY

     Oto prawdziwy cel Mojego przyjścia:

     Do Papieża

     Do Biskupa

ZESZYT DRUGI

 

 

 

 

Imprimatur:

 

Petrus Canisius van Lierde

Vic. Generalis e Vic. Civitatis Vaticanae,

Rzym, 13 marca 1989

 

Wydawca oryginału Orędzia:

© Unitas in Christo ad Patrem

via del Cinama 16,00040 Anzio Falasche, Włochy

  

Książka nie jest Przeznaczona do sprzedaży

 

 

ISBN 8336092-31-9

 

 Na okładce: Ikona Boga Ojca,

namalowana według opisu Matki Eugenii Ravasio

 

 

 

WPROWADZENIE

 

Bóg jest moim Ojcem

 

Oto wołanie, które dzisiaj staje się coraz częstsze na świecie: czy ludzie rozpoznają w Bogu Ojca? Poczuwamy się do obowiązku opublikować to Orę­dzie uznane przez Kościół, które Bóg Ojciec dał światu za pośrednictwem stworzenia, które tak bardzo umiłowało, za pośrednictwem siostry Eugenii Elisabetty Ravasio. Uważamy również za stosowne opublikować świadectwo przekazane przez Aleksandra Caillot, biskupa Grenoble, jako rezultat prac Ko­misji ekspertów powołanych z różnych stron Francji do przeprowadzenia pro­cesu diecezjalnego zapoczątkowanego przez niego w 1935 roku. Trwał on 10 lat. W Komisji brali udział miedzy innymi: Wikariusz biskupa Grenoble Mons. Guerry - teolog; bracia Alberto i Augusto Valencin -jezuici, należący do naj­większych autorytetów w dziedzinie filozofii i teologii, oraz eksperci w ocenia­niu podobnych przypadków; dwaj doktorzy medycyny, w tym - psychiatra.

Powierzamy Najświętszej Dziewicy Maryi rozpowszechnienie tego Orędzia i wraz z Nią błagamy Ducha Świętego, aby pomógł ludziom zrozumieć i poznać głębokie uczucie czułości, które Ojciec żywi dla każdego człowieka.

 

Matka Eugenia Elisabetta Ravasio

 

Kim była Matka Eugenia? Kim było stworzenie, które Ojciec nazywał: 'umiłowana córka...' 'Moja roślinka'?

Uważamy, że Matka Eugenia była i nadal jest jednym z największych świa­teł tych czasów, małym prorokiem nowego Kościoła, w którym Ojciec jest w centrum i na szczycie wszelkiej wiary i jedności, jest najdoskonalszym ideałem wszelkiej duchowości. Jest światłem, które Ojciec ofiarował światu w tych czasach chaosu i ciemności, aby poznał on drogę, którą należy postępować.

Urodziła się 4 września 1907 roku, w rodzinie wieśniaczej, w San Gervasio d'Adda (obecnie Capriate San Gervasio) w prowincji Bergamo. Uczęszczała jedynie do szkoły podstawowej i po kilku latach pracy w fabryce wstąpiła, w wieku lat 20, do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Apostołów, gdzie rozwinę­ła się jej wielka osobowość charyzmatyczna, która spowodowała, że już w wieku 25 lat została wybrana Matką Generalną tego Zgromadzenia Abstrahu­jąc od jej wymiaru duchowego, do jej wejścia w historię wystarczyłaby jej działalność na polu społecznym. W ciągu 12 lat działalności misyjnej otworzy­ła niemal 70 ośrodków - ze szpitalem, szkołą, kościołem - w najbardziej opu­szczonych miejscach Afryki, Azji i Europy. Odkryła pierwsze lekarstwo prze­ciw trądowi, otrzymując je z ziarna pewnej rośliny tropikalnej, lekarstwa, które potem zbadano i opracowano w Instytucie Pasteura w Paryżu. Zachęciła do misji apostolskiej Raoula Follereau, który w oparciu o podwaliny przez nią po­łożone został uznany apostołem trędowatych.

Zaprojektowała i zrealizowała w Azopte (Wybrzeże Kości Słoniowej) w la­tach 1939-41 «Miasto Trędowatych» - ogromne centrum przyjęć tych chorych - o powierzchni 200 tyś. m2, które nadal jest przodującym centrum w Afryce i na świecie. Za to osiągnięcie Francja przyznała Zgromadzeniu Sióstr Matki Bożej Apostołów - którego Matka Eugenia była Przełożoną Generalną w la­tach 1935-47 - najwyższe odznaczenie narodowe za dzieła o charakterze spo­łecznym.

Matka Eugenia powróciła do Ojca 10 sierpnia 1990 roku. Najważniejszą rzeczą, jaką nam pozostawiła, jest Orędzie, które tu prezentujemy: Ojciec mó­wi do Swoich dzieci. Jedyne objawienie dokonane osobiście przez Boga Ojca i uznane przez Kościół za autentyczne po 10 latach najbardziej rygorystycznych badań. Godnym uwagi jest fakt, że Ojciec - w 1932 roku - przekazał Orędzie Matce Eugenii po łacinie, języku całkowicie jej nieznanym. W 1981 poznaliś­my to orędzie, a w 1982 roku - w 50 rocznicę - opublikowaliśmy je w języku włoskim. Liczne cuda łaski, które z Orędzia tego wypłynęły, pobudziły nas do bezpłatnego rozpowszechniania go w więzieniach, koszarach, szpitalach. Za­troszczyliśmy się o jego druk w języku francuskim, angielskim, niemieckim, hiszpańskim i polskim. W opracowaniu jest przekład rosyjski.

Przed Orędziem, świadectwo Aleksandra Caillot, biskupa Grenoble.

Pokój i Dobro!

O. Andrea d'Ascatiio, o.fm cap.

 

 

 

 

ŚWIADECTWO JEGO EKSCELENCJI

ALEKSANDRA CAILLOT, BISKUPA GRENOBLE

na podstawie raportu sporządzonego w czasie badania kanonicznego

dotyczącego Matki Eugenii Elisabetty Ravasio.

 

Minęło 10 lat, odkąd jako biskup Grenoble zadecydowałem o otwarciu procesu kanonicznego dotyczącego przypadku Matki Eugenii.

Posiadam teraz -jako biskup - wystarczające podstawy do przedstawienia Kościoło­wi mojego świadectwa:

 

1. Pierwszy pewnik, który ujawnia się podczas procesu:

 Niepodważalność cnót Matki Eugenii.

 

Od pierwszych chwil życia zakonnego Siostra przyciągała uwagę prze­łożonych pobożnością, posłuszeństwem, pokorą. Przełożone - zaniepoko­jone niezwykłym charakterem wydarzeń, które miały miejsce w czasie jej nowicjatu - zamierzały pozbyć się jej z klasztoru. Wahały się i w końcu musiały zrezygnować ze swego zamiaru, biorąc pod uwagę przykładne ży­cie siostry. Podczas badania siostra Eugenia dawała dowody wielkiej cier­pliwości i doskonałej uległości. Poddawała się wszystkim badaniom lekars­kim bez skargi, odpowiadała na pytania, często długie i uciążliwe, Komisji teologicznych i lekarskich, akceptowała przeciwności i próby.

Wszyscy badający chwalili przede wszystkim jej prostotę. Wiele okoli­czności pozwalało także odkryć, że Siostra była zdolna do praktykowania cnót w sposób heroiczny - jak poświadczają teolodzy - zwłaszcza posłu­szeństwa, okazanego podczas badania przeprowadzonego przez o. Augu­sta Valencin w czerwcu 1934, i pokory w bolesnym dniu 20 grudnia 1934.

Jeśli chodzi o jej funkcje Przełożonej Generalnej, mogę potwierdzić, że uważałem ją za osobę bardzo oddaną obowiązkom, poświęcającą się swe­mu zadaniu, które musiało się jej wydać o wiele trudniejsze, ponieważ nie była do niego przygotowana. Robiła to z wielką miłością do dusz, do swe­go Zgromadzenia i do Kościoła. Tych, którzy żyją blisko niej, zdumiewa -mnie również - jej siła duchowa w trudnościach.

To nie tylko cnoty robią na mnie wrażenie, także i przymioty, które Matka ujawnia przy sprawowaniu władzy i fakt, że dochodzi do powierze­nia zakonnicy niezbyt wykształconej najwyższej funkcji Zgromadzenia. Jest w tym coś niezwykłego i, z tego punktu widzenia, wywiad przepro­wadzony przez mego Wikariusza Generalnego Mons. Guerry w dniu elek­cji jest bardzo sugestywny. Wszystkie odpowiedzi członkiń kapituły, prze­łożonych i delegatek z różnych misji, pokazały, że - pomimo młodego wieku kandydatki i przeszkód kanonicznych, które normalnie skłaniałyby do odrzucenia jej nominacji, wybrały Siostrę Eugenię na Przełożoną Gene­ralną w uznaniu jej przymiotów, takich jak zdolność wydawania sądów, równowaga duchowa, energia i stanowczość. Wydaje się, iż rzeczywistość o wiele przekroczyła oczekiwania, jakie elektorki pokładały w tej, którą desygnowały. To, co najbardziej zwróciło moją uwagę, to przede wszyst­kim jej inteligencja błyskotliwa, żywa, przenikliwa.

Powiedziałem, że jej wykształcenie było niedostateczne, ale z powo­dów niezależnych od jej woli; długa choroba matki zmusiła ją, bardzo jesz­cze młodą, do starań o dom, co było powodem częstego opuszczania szkoły. Później nastąpiły, aż do wstąpienia do klasztoru, ciężkie lata w fab­ryce, gdzie pracowała jako tkaczka. Pomimo tych zasadniczych braków, których następstwa są widoczne w jej sposobie pisania i w ortografii, Matka Eugenia prowadzi wiele konferencji dla swojej wspólnoty. Należy wziąć pod uwagę, że sama redagowała pisma okólne dla Zgromadzenia oraz umowy zawierane z zarządami miejskimi lub radami nadzorczymi zakładów leczniczych powierzonych siostrom Matki Bożej Apostołów. Peł­niła długoletnie funkcje kierownicze.

Ma jasne i właściwe rozeznanie w każdej sytuacji, także w sprawach sumienia. Jej dyrektywy są jasne, wyraźne, szczególnie praktyczne. Zna każdą z osobna ze swoich 1400 córek, ich zdolności, zalety i w ten sposób udaje się jej przydzielając różne zadania wybrać najodpowiedniejsze. Po­siada też dogłębną, osobistą znajomość potrzeb i zasobów swego Zgroma­dzenia oraz sytuacji każdego domu. Wizytowała wszystkie swoje misje.

Pragniemy też podkreślić jej zmysł przewidywania. Wprowadziła wszy­stkie niezbędne zarządzenia, aby w przyszłości każdy zakład leczniczy i szkolny dysponował siostrami dyplomowanymi i miał to, co potrzebne do życia i rozwoju. Wreszcie szczególnie interesujące wydaje mi się zwróce­nie uwagi na fakt, że Matka Eugenia zdaje się być obdarzona usposobie­niem stanowczym, poczuciem realizmu i wolą twórczą. W przeciągu 6 lat powołała do życia 67 fundacji i potrafiła wprowadzić w Zgromadzeniu istotne potrzebne ulepszenia.

Jeżeli uwydatniam cechy jej inteligencji, osądu i woli, zdolności admini­stracyjne to dlatego, że wydaje mi się, iż definitywnie rozpraszają wszystkie hipotezy formułowane podczas procesu, których nie można było utrzy­mać: hipotezy o halucynacji, złudzeniach, spirytyzmie, histerii, obłędzie.

Życie Matki jest stałym potwierdzeniem i manifestacją jej równowagi umysłowej i ogólnej i, również dla bliskich obserwatorów, ta równowaga zdaje się być dominującą cechą jej osobowości. Inne hipotezy sugestii i manipulowania mające pobudzić badających do zadania sobie pytania, czy nie znajdują się w obecności natury bardzo wrażliwej, prawdziwego szlifo­wanego zwierciadła, odczuwającego skutki wszystkich wpływów i suges­tii, zostały również zdementowane przez codzienną rzeczywistość.

Matka Eugenia, jakkolwiek obdarzona wrażliwą naturą i żywym tem­peramentem udowodniła, że nie wyróżniała nikogo i że daleka od podda­wania się wpływom uwag ludzi, potrafiła bronić swoich planów, swojej działalności, realizacji projektów i narzucać je innym przez osobiste od­działywanie. Prosty fakt więcej ukaże, niż wszelka ocena: następnego dnia po swoim wyborze na Przełożoną Generalną musiała przystąpić do nomi­nacji kilku przełożonych. Nie zawahała się przed dokonaniem wymiany jednej z nich, chociaż ta dopiero co głosowała za nią, a lądując w Egipcie dowiedziała się o cofnięciu poruczonej jej funkcji pocztą lotniczą.

 

2. Przedmiot misji.

 

Przedmiot misji, który byłby powierzony Matce Eugenii jest sprecyzo­wany i z doktrynalnego punktu widzenia wydaje mi się słuszny i stosowny.

Przedmiot ścisły: poznać i czcić Ojca, przede wszystkim przez ustano­wienie specjalnego święta, o które proszony jest Kościół. Proces ustalił, że święto liturgiczne ku czci Ojca mieściłoby się w zarysie całego katolickie­go kultu, zgodnie z tradycyjnym duchem modlitwy katolickiej, która wznosi się ku Ojcu za pośrednictwem Syna, w Duchu Świętym, jak to wy­kazują modlitwy Mszy i liturgiczne ofiarowanie chleba i wina Ojcu w Świętej Ofierze. Z drugiej strony jest rzeczą dziwną, że nie istnieje żadne specjalne święto ku czci Ojca: Trójca Święta jest czczona jako taka, Słowo i Duch Święty są czczeni w ich misji, w ich przejawach zewnętrznych, tyl­ko Ojciec nie ma własnego święta, które zwróciłoby uwagę chrześcijan na Jego Osobę. Jak wynika z dostatecznie szeroko przeprowadzonej ankiety wśród wielu wiernych z różnych klas społecznych, a nawet wśród licznych kapłanów i osób konsekrowanych, tę nieobecność liturgicznego święta ku Jego czci przypisuje się faktowi, że: „Ojciec nie jest znany, nie modli się do Niego, nie myśli się o Nim". Kto przeprowadzał badania, odkrył też ze zdziwieniem, że wielka liczba chrześcijan oddala się od Ojca, gdyż widzą w Nim groźnego Sędziego. Wolą zwracać się do ludzkiej natury Jezusa i wszyscy oni proszą Chrystusa, by osłaniał ich przed gniewem Ojca!

Pierwszym skutkiem specjalnego święta byłoby wniesienie porządku w pobożność wielu chrześcijan i przypomnienie im zalecenia Boskiego Zba­wiciela: „Wszystko to, o co prosić będziecie Ojca w Imię moje..." i następ­nie: „Wy zatem tak się módlcie: Ojcze nasz...". Jednocześnie liturgiczne święto ku czci Ojca pomogłoby im także podnieść wzrok ku temu, które­go św. Jakub Apostoł nazywał: „Ojcem świateł, od którego otrzymujemy każde dobro i wszelki dar doskonały..." Przyzwyczaiłoby dusze do zauwa­żania dobroci Bożej, dobrodziejstw Boga i Jego ojcowskiej Opatrzności i że ta Opatrzność jest właśnie Opatrznością Boga Trójjedynego; i to przez Swoją Boską naturę wspólną Trzem Osobom Bóg wylewa na świat niewy­powiedziane skarby Swego nieskończonego miłosierdzia.

Wydawałoby się przeto na pierwszy rzut oka, że nie ma żadnego spe­cjalnego powodu do czczenia Ojca w szczególności, jednak czy to nie Oj­ciec właśnie posłał Syna Swojego na świat? Jeżeli w najwyższym stopniu sprawiedliwe jest oddanie czci Synowi i Duchowi Świętemu za ich wido­czne przejawianie się, czy nie byłoby sprawiedliwe i słuszne składać dzięki Bogu Ojcu, jak wymagają tego prefacje mszalne, za dar, który On nam uczynił ze Swego Syna?

Przedmiot właściwy tego specjalnego święta rysuje się więc w sposób jasny: czcić Ojca, dziękować Mu, wielbić Go za to, że dat nam Swego Sy­na. Jednym słowem, jak dokładnie mówi orędzie: czcić Go, dziękować Mu i wielbić Go jak Twórcę Zbawienia. Składać dziękczynienie Temu, który tak bardzo umiłował świat, że dał Syna Swego Jednorodzonego, aby wszyscy ludzie, zjednoczeni w Mistycznym Ciele Chrystusa, w tym Synu stali się dziećmi w Nim.

Czy w chwili, w której świat skołowany doktrynami laicyzmu, ateizmu i współczesnymi filozofiami nie zna już Boga, prawdziwego Boga, święto to nie dałoby wielu ludziom poznać Ojca żyjącego, którego objawił nam Jezus, Ojca miłosierdzia i dobroci? Czy nie przyczyniłoby się do wzrostu liczby tych czcicieli Ojca „w duchu i prawdzie", których Jezus zapowie­dział? W chwili, w której świat wstrząsany morderczymi wojnami odczu­wa potrzebę poszukiwania trwałej podstawy jedności dla zbliżenia miedzy narodami, święto to przyniosłoby mocne światło pouczające ludzi, że wszyscy oni mają tego samego Ojca w Niebie: Tego, który dał im Jezusa, ku któremu ich przyciąga jako członków Jego Mistycznego Ciała w jedności tegoż Ducha Miłości!

W chwili, w której tak wiele dusz wycieńczonych lub zmęczonych do­świadczeniami wojny mogłoby gorąco pragnąć zwrócić się ku głębokiemu życiu wewnętrznemu, czy to święto nie byłoby zdolne poruszyć je „od wewnątrz", aby adorować Ojca, który jest ukryty, i aby ofiarować się w sy­nowskiej i szczodrej ofierze Ojcu, jedynemu źródłu życia Trójcy Świętej w nich? Czy takie święto nie porwałoby ku życiu nadprzyrodzonemu, logi­cznie pociągającemu dusze ku Ojcu w duchu dziecięctwa? W duchu wiary ludzie zdawaliby się wtedy na Wolę Ojca.

Z drugiej strony, odrębny od tego zagadnienia specjalnego święta i ja­kiejkolwiek decyzji Kościoła w tym względzie, jest tutaj problem doktryny. Wybitni teolodzy uważają, że teoria więzi duszy z Trójcą Świętą powinna być pogłębiona i że mogłaby być dla dusz źródłem światła o życiu w jed­ności z Ojcem i Synem, o którym mówi św. Jan - zaufany Jego Najświęt­szego Sercao uczestnictwie w życiu Jezusa, Syna Ojca, poprzez upodo­bnienie się do Niego, szczególnie w Jego synowskiej miłości do Ojca.

Cokolwiek wyniknie z tych teologicznych problemów, chcę tu podkre­ślić ten fakt: nie mająca wykształcenia teologicznego biedaczka oświadcza, że otrzymuje od Boga wiadomości, które mogłyby być doktrynalnie bar­dzo cenne. Wymyślone konstrukcje jakiejś wizjonerki są ubogie, jałowe, niespójne. Tymczasem orędzie, o którym Matka Eugenia mówi, że zostało jej powierzone przez Ojca, jest owocne, naznaczone harmonijnym połą­czeniem dwóch cech czyniącym je bardziej wiarygodnym. Z jednej strony mieści się w tradycji Kościoła, nie wnosi nowości. To mogłoby wzbudzać podejrzenia. Orędzie nieustannie powtarza, iż wszystko już zostało powie­dziane w objawieniu Chrystusa o Ojcu i że wszystko jest w Ewangelii. Z drugiej strony orędzie wyjaśnia, że ta doniosła prawda o poznaniu Ojca domaga się ponownego przemyślenia, pogłębienia, wcielenia w życie.

Widoczna jest dysproporcja między nieudolnością narzędzia - niezdol­nego do samodzielnego odkrycia tego rodzaju doktryny - a głębią przeka­zywanego przez Siostrę orędzia. Czyż nie pozwala to dostrzec, że inna wyższa przyczyna, nadprzyrodzona, Boska wdała się w powierzenie jej tego Orędzia? Nie widzę, jak można by po ludzku wytłumaczyć odkrycie przez Siostrę idei, której oryginalność i owocność dociekliwi teolodzy bardzo powoli dopiero dostrzegali.

Również inny jeszcze fakt wydaje mi się bardzo sugestywny: kiedy Siostra Eugenia oświadczyła, że miała objawienia Ojca, badający ją teolo­dzy odparli jej, że objawienia Ojca są same w sobie niemożliwe i że jeszcze nigdy w historii nie miały miejsca. Obiekcjom tym Siostra oparła się, wy­jaśniając po prostu: „Ojciec powiedział mi, żebym opisała to, co widzia­łam. On prosi Swoich synów teologów, żeby szukali". Siostra nigdy nicze­go nie zmieniła w swoich wyjaśnieniach, przez długie miesiące potwier­dzała swoje zapewnienia.

To dopiero w styczniu 1934 roku teologie odkryli u samego św. Toma­sza z Akwinu odpowiedź na zarzuty, które podnosili. Odpowiedź wielkie­go Doktora dotycząca rozróżnienia między objawianiem się a misją była jasna. Pokonała przeszkodę, która paraliżowała cały proces. Wbrew uczo­nym teologom rację miała niewykształcona ignorantka. Jak po ludzku wy­tłumaczyć, także w tym przypadku, światło, mądrość i wytrwałość Siost­ry? Fałszywa wizjonerka usiłowałaby dostosować się do wyjaśnień teolo­gów. Siostra nie ustępowała: oto nowe powody, dla których jej świadect­wo wydaje się być godne ufnej obrony.

W każdym razie to, co wydaje mi się zasługiwać na uwagę, to przybrana postawa rezerwy wobec cudowności. Fałszywe mistyczki wysuwają ją na pierwszy plan, widząc raczej tylko rzeczy niezwykle. W przypadku Sio­stry postawiona jest ona na drugim miejscu jako próba i sposób. Nie ma egzaltacji, jest harmonia wartości, która stwarza dobre wrażenie.

O badaniu przeprowadzonym przez teologów niewiele mogę powie­dzieć. Czcigodni ojcowie Alberto i Augusto Valencin są poważani dla swego autorytetu w dziedzinie filozofii i teologii i dla swej wiedzy także o życiu duchowym Musieli już wcześniej wdawać się w sprawy tego rodza­ju, które i teraz zostały poddane ich badaniu. Wiemy, że uczynili to z wiel­ką roztropnością. Dlatego nasz wybór padł na nich. Jesteśmy im wdzięczni za współpracę ofiarną i prawdziwie sumienną Ich świadectwo na korzyść Siostry i przychylenie się do nadprzyrodzonego wyjaśnienia całości wyda­rzeń ma wielką wartość, bo ociągali się przez długi czas, początkowo wro­dzy i sceptyczni, później wahający. Powoli przekonywali się, uprzednio podnosząc wszelkiego rodzaju zarzuty i poddając Siostrę ciężkim próbom.

 

Wnioski

 

Wedle mej duszy i sumienia, w najżywszym poczuciu odpowiedzialno­ści wobec Kościoła oświadczam: jedynie przyjmując interwencję nadprzy­rodzoną i Boską, można dać logiczne i zadowalające wyjaśnienie ogółu wydarzeń. To wyjątkowe wydarzenie, pozbawione wszystkiego, co je ota­cza, wydaje mi się pełne szlachetności, podniosłości i nadprzyrodzonej owocności.

Prosta zakonnica wezwała dusze do prawdziwego kultu Ojca, takiego jakiego uczył Jezus i jaki Kościół ustalił w liturgii. Nie ma w tym nic niepo­kojącego, nic innego tylko wielka prostota i zgodność z prawdziwą dokt­ryną. Nawet gdyby pominąć cudowne zdarzenia towarzyszące temu orę­dziu, zachowałoby ono i tak całą swoją wartość. Kościół - niezależnie od osobliwego zdarzenia związanego z Siostrą - wypowie się, czy idea spec­jalnego święta może być przyjęta ze względów doktrynalnych.

Wierzę, iż Siostra dostarcza nam wielkiego dowodu autentyczności mi­sji przez sposób, w jaki stosuje w realnym życiu piękną, przypominaną nam przez siebie doktrynę. Uważam za właściwe pozwolić jej kontynuo­wać to dzieło. Wierzę, że jest w nim palec Boży i - po 10 latach badania, rozważania i modlitwy - błogosławię Ojca, że zaszczycił wyborem moją diecezję, jako miejsce tak wzruszających objawień Jego miłości.

Aleksander Caillot

Biskup Grenoble w okresie, w którym zostało dane Orędzie

 

 

 

ZESZYT PIERWSZY

 

l lipca 1932, Święto Przenajdroższej Krwi

Pana naszego Jezusa Chrystusa

 

Oto na zawsze błogosławiony dzień obietnicy Ojca Niebieskiego! Dzi­siaj kończą się długie dni przygotowania i czuję, że bliski, bardzo bliski jest moment przyjścia Ojca mojego i Ojca wszystkich ludzi. Jeszcze kilka minut modlitwy i potem wszelkie duchowe radości! Ogarnia mnie prag­nienie zobaczenia i usłyszenia Go! Moje serce spalane miłością otwarło się z tak wielką ufnością, iż stwierdzam, że dotąd nigdy i wobec nikogo nie byłam tak ufna. Myśl o moim Ojcu doprowadziła mnie jakby do szaleństwa radości.

W końcu zaczynam słyszeć śpiewy. Przychodzą Aniołowie i zapowiada­ją to uszczęśliwiające przybycie! Ich śpiewy były tak piękne, że postano­wiłam sobie zapisać je, jak tylko będzie to możliwe. Harmonia ta ustała na moment i oto orszak wybranych, Cherubinów, Serafinów, z Bogiem na­szym. Stwórcą i Ojcem naszym! Padłam twarzą do ziemi, pogrążona w przepaści mojej nicości. Odmawiałam 'Magnificat'. Zaraz potem Ojciec powiedział mi, żebym usiadła z Nim i zapisała to, co postanowił przekazać ludziom. Cały Jego orszak, który Mu towarzyszył, zniknął. Pozostał ze mną jedynie Ojciec i zanim usiadł, rzekł do mnie:

Już ci powiedziałem i jeszcze raz mówię: Nie mogę już drugi raz ofiarować Mojego umiłowanego Syna, aby udowodnić Moją miłość do ludzi! Jednak przychodzę między nich, przyjmując podobieństwo do nich i ich ograniczoność, aby ich kochać i aby poznali tę Miłość. Popatrz, odkła­dam Moją koronę i całą Moją chwałę, aby przybrać postawę zwyczajnego człowieka!"

Po przyjęciu postawy zwyczajnego człowieka - złożywszy koronę i chwałę u Swych stóp -położył kulę ziemską na Swym Sercu, podtrzymując ją lewą ręką Następnie usiadł obok mnie.

O Jego przybyciu, postawie, którą zechciał przybrać, o Jego miłości mogę powiedzieć zaledwie kilka słów! W moim nieuctwie nie znajduję stów, aby wyrazić to, co Bóg dał mi do zrozumienia.

Pokój i Zbawienie - powiedział - temu domowi i całemu światu! Mech Moja Potęga, Moja Miłość i Mój Święty Duch poruszą serca ludzi aby cała ludzkość zwróciła się ku Zbawieniu i przyszła do swego Ojca. On bowiem szuka jej, aby okazać jej miłość i zbawić ją! Niech Mój namiestnik Pius Xl zrozumie, że to są dni zbawienia i błogosławieństwa. Oby nie zos­tała zmarnowana okazja zwrócenia uwagi dzieci na Ojca, który przy­chodzi, by czynić im dobro w tym życiu i przygotować im wiekuistą szczę­śliwość.

Wybrałem ten dzień na rozpoczęcie Mojego dzieła wśród ludzi, bo­wiem jest to święto Przenajdroższej Krwi Mojego Syna Jezusa. Zamierzam zanurzyć w tej Krwi dzieło, które zaczynam, aby przyniosło wielkie owoce w całej ludzkości.

 

Oto prawdziwy cel Mojego przyjścia:

 

1.    Przychodzę, aby wygnać przesadny lęk, który Moje stworzenia odczu­wają wobec Mnie. Pragnę dać im do zrozumienia, że Moja radość pole­ga na tym, abym był znany i kochany przez Moje dzieci, to znaczy przez całą ludzkość obecną i przyszłą.

2.    Przychodzę przynieść nadzieję ludziom i narodom. Iluż od dawna już ją utraciło! Ta nadzieja pozwoli im pracować dla swego zbawienia, żyjąc w pokoju i bezpieczeństwie.

3.    Przychodzę, aby Mnie poznano takim, jakim jestem; aby ufność ludzi wzrastała jednocześnie z miłością do Mnie, ich Ojca, mającego tylko je­dno pragnienie: czuwać nad wszystkimi ludźmi i kochać każdego z nich jak Swoje jedyne dziecko.

 

Malarz lubuje się w kontemplowaniu obrazu, który namalował. Podob­nie Ja znajduję upodobanie i radość w przychodzeniu do ludzi - arcydzieła Mego dzieła Stworzenia! Czas nagli. Chciałbym, żeby człowiek dowie­dział się jak najprędzej, że kocham go i doznaję największej radości, prze­bywając z nim i rozmawiając jak ojciec ze swymi dziećmi.

Jestem Wiekuisty i kiedy żyłem Jeden Jedyny, już wówczas postanowi­łem użyć całej Swej Potęgi do stworzenia istot na Mój Obraz. Najpierw je­dnak trzeba było stworzyć materię, aby istoty te mogły znaleźć środki ut­rzymania. Stworzyłem zatem świat. Napełniłem go tym wszystkim, co -jak wiedziałem - będzie ludziom potrzebne: powietrzem, słońcem, desz­czem i wieloma innymi rzeczami, o których wiedziałem, że będą im nie­zbędne do życia.

W końcu został stworzony człowiek! Cieszyłem się Moim dziełem! Człowiek jednak dopuszcza się grzechu, ale to właśnie wówczas objawia ię Moja nieskończona dobroć.

Aby żyć wśród ludzi przeze Mnie stworzonych, wybrałem w Starym Testamencie proroków. Pouczyłem ich o Moich pragnieniach, o Moich troskach i Moich radościach, żeby ukazali je wszystkim. Im bardziej sze­rzyło się zło, tym bardziej Moja dobroć pobudzała Mnie do porozumie­wania się z duszami sprawiedliwymi, aby przekazywały Moje polecenia tym, którzy powodowali nieład. Niekiedy musiałem posłużyć się surowoś­cią, aby ich odzyskać - a nie karać, gdyż to spowodowałoby jedynie zło - aby ich odwieść od zła i skierować ku ich Ojcu i Stworzycielowi, o którym zapomnieli i przestali Go znać w swej niewdzięczności. Później zło tak za­lało serca ludzi, że byłem zmuszony zesłać na świat nieszczęścia, aby oczy­ścić człowieka poprzez cierpienie, zniszczenie jego dóbr czy nawet utratę życia. Był potop, zniszczenie Sodomy i Gomory, wojny itp.

Zawsze jednak pragnąłem pozostawać na tym świecie, między ludźmi. I tak - podczas potopu - byłem blisko Noego, jedynego wówczas sprawied­liwego. Również w czasie innych nieszczęść zawsze znajdowałem jakiegoś sprawiedliwego, u którego przebywałem i poprzez którego mieszkałem pośród ludzi owego czasu. I tak było zawsze

Świat często doznawał oczyszczenia z zepsucia dzięki Mojej nieskoń­czonej dobroci względem ludzkości. Nadal zatem wybierałem niektóre du­sze, w których miałem upodobanie, aby móc poprzez nie radować się ra­zem z Moimi stworzeniami, ludźmi.

Obiecałem światu Mesjasza. Czego nie uczyniłem, aby przygotować Jego przyjście! Ukazywałem się w symbolach, które Go przedstawiały już tysiące lat przed Jego przyjściem!

A kim jest ten Mesjasz? Skąd przychodzi? Co uczyni na ziemi? Kogo przychodzi ukazać? Mesjasz jest Bogiem. A kim jest Bóg? Bóg jest Ojcem, Synem i Duchem Świętym. Skąd przychodzi lub raczej kto Mu polecił przyjść między ludzi? Ja, Jego Ojciec, Bóg. Kogo ukazywać będzie na zie­mi? Swego Ojca, Boga. Co uczyni na ziemi? Sprawi, że Ojciec, Bóg, zos­tanie poznany i pokochany. Przecież powiedział:

Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do Mego Ojca?" - „Nesciebatis quia in his quae Patris Mei sunt oportet Me esse?" (Łk 2,49)

Przyszedłem pełnić jedynie wolę Ojca Mojego." (J 6,38)

Wszystko, o co poprosicie Ojca w Imię Moje, da wam." (J 15,16; 16,23)

Módlcie się tak: Ojcze nasz, który jesteś w Niebie." (Mt 6,9)

 

Następnie - ponieważ przyszedł otoczyć chwałą Ojca i dać Go poznać ludziom - mówi:

 

Kto Mnie widzi, widzi Ojca Mojego." (J 14,9)

Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie." (J 14,11)

Nikt nie przychodzi od Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie." (J 14,6)

Każdy kto jest ze Mną jest także z Ojcem Moim." (l J 1,3) itd...

 

Widzicie, o ludzie, że od całej wieczności miałem tylko jedno pragnie­nie: dać się poznać ludziom, pozwolić się umiłować. Pragnąłem nieustan­nie być przy nich. Czy chcecie mieć prawdziwy dowód tego pragnienia, które wyraziłem?

Po co kazałem zbudować Mojżeszowi Przybytek i Arkę Przymierza? Czy nie dlatego, że gorąco pragnąłem zamieszkać z Moimi stworzeniami, ludźmi, jako Ojciec, Brat, zaufany Przyjaciel?

Mimo to ludzie o Mnie zapomnieli, obrażali Mnie niezliczonymi grze­chami. Dlatego dałem Mojżeszowi Moje przykazania, żeby mimo wszyst­ko pamiętali o Bogu, ich Ojcu, i o Jego jedynym pragnieniu zbawienia ich. Chciałem, aby ludzie - przestrzegając przykazań - pamiętali o Ojcu nie­skończenie dobrym, całkowicie zatroskanym o ich zbawienie teraźniejsze i przyszłe.

Wszystko to znowu poszło w niepamięć i ludzie pogrążyli się w błędzie i strachu, uważając za męczące przestrzeganie przykazań, które dałem im przez Mojżesza. Ustanowili inne prawa, odpowiadające ich wadom, łat­wiejsze do przestrzegania. Stopniowo - w przesadnym lęku odczuwanym przede Mną - coraz bardziej o Mnie zapominali i znieważali obelgami. Mimo to Moja Miłość do ludzi, Moich dzieci, wcale nie ustała.

Kiedy stwierdziłem, że ani patriarchowie, ani prorocy nie potrafili spra­wić, by ludzie Mnie poznali i pokochali, postanowiłem przyjść Ja sam. Ale jak to zrobić, żeby znaleźć się między ludźmi? Nie było innego sposobu, jak tylko przyjść samemu w drugiej Osobie Mojego Bóstwa.

Czy jednak ludzie Mnie poznają? Czy Mnie posłuchają? Żadne przyszłe wydarzenia nie są przede Mną ukryte. Dlatego na te obydwa pytania odpo­wiedziałem sobie sam: „Nawet będąc blisko Mnie, zlekceważą Moją obec­ność. W Moim Synu źle się ze Mną obejdą pomimo całego dobra, jakie im wyświadczy. Znieważą Mnie w Moim Synu, ukrzyżują, aby Mnie zabić."

Czy to Mnie powstrzyma? Nie, Moja miłość do Moich dzieci, ludzi, jest zbyt wielka. Nic Mnie nie powstrzymało. Uznajcie więc słusznie, że was ukochałem, można by rzec, bardziej niż Mojego umiłowanego Syna lub -ściślej mówiąc - bardziej od Siebie samego.

Jakże prawdziwe jest to, co wam mówię. Gdyby bowiem życie i śmierć jednego z Moich stworzeń - podobna do śmierci Mojego Syna - wystar­czyła na zadośćuczynienie za grzechy innych ludzi, zawahałbym się. Dla­czego? Dlatego, że zdradziłbym Moją Miłość skazując na cierpienie inne dziecko, które kocham, zamiast cierpieć samemu w Moim Synu. Nie chciałbym nigdy sprawiać cierpienia Moim dzieciom.

Oto w skrócie opowieść o Mojej Miłości aż do Mojego przyjścia mię­dzy ludzi za pośrednictwem Mojego Syna. Większość ludzi zna te wszyst­kie wydarzenia, ale ignoruje istotę rzeczy, to że Miłość wszystkim kiero­wała!

Tak, to jest Miłość, Ona jest tym, na co pragnę wam zwrócić uwagę. Teraz jednak ta Miłość jest zapomniana. Pragnę ją wam przypomnieć, abyście nauczyli się poznawać Mnie takim, jaki jestem. Nie bądźcie więc bojaźliwi jak niewolnicy wobec Ojca, który tak bardzo was kocha.

W tej opowieści - jak widzicie jesteśmy dopiero w pierwszym dniu pierwszego wieku, a chciałbym doprowadzić ją aż do naszych dni: do XX wieku.

O, jakże Moja miłość, miłość Ojcowska została przez ludzi zapomnia­na! A przecież tak czule was kocham! Czegóż nie uczyniłem w Moim Sy­nu, to jest w Osobie Syna Mojego, który stał się człowiekiem! Bóstwo uk­ryło się w tej ludzkiej naturze: małej, biednej, upokorzonej. Prowadziłem z Moim Synem Jezusem życie pełne wyrzeczeń i pracy. Przyjmowałem Jego modlitwy, aby wytyczyć człowiekowi drogę, pozwalającą mu zawsze po­stępować sprawiedliwie, a w końcu bezpiecznie dojść do Mnie!

Oczywiście, dobrze rozumiem słabość Moich dzieci! Dlatego poleciłem Mojemu Synowi dać im środki, za pomocą których dźwigną się ze swoich upadków. Te środki pomogą im oczyścić się z grzechów, aby znów stali się dziećmi Mojej Miłości. To głównie siedem Sakramentów. Jednak naj­donioślejszym środkiem dla waszego zbawienia - pomimo waszych upad­ków - jest Krzyż, a na Nim Najdroższa Krew Mojego Syna, która - gdy tylko tego pragniecie - w każdej chwili wylewa się na was, czy to w Sak­ramencie Pokuty, czy podczas Najświętszej Ofiary Mszy. Moje drogie dzieci, już od dwudziestu wieków napełniam was tymi dobrodziejstwami i specjalnymi łaskami, a rezultat jest bardzo mizerny!

Ileż to Moich stworzeń - stawszy się przez Syna Mojego dziećmi Mojej Miłości - bardzo szybko rzuciło się w wieczystą otchłań. Zaprawdę, nie poznali Mojej nieskończonej Dobroci, a Ja tak bardzo was kocham! Przy­najmniej wy - którzy wiecie, iż Ja sam przychodzę, aby z wami rozma­wiać, aby dać wam poznać Moją Miłość - nie rzucajcie się w otchłań przez litość nad sobą. Jestem waszym Ojcem!

Gdybyście nazwali Mnie Ojcem i dalibyście Mi świadectwo waszej mi­łości, czyż moglibyście znaleźć we Mnie serce tak zatwardziałe i tak nie­czułe, że pozwoliłoby wam zginąć? Nie, nie! Nie wierzcie w to! Jestem najlepszym z ojców! Znam słabość Moich stworzeń! Przyjdźcie do Mnie, przyjdźcie z ufnością i miłością, a Ja po waszej skrusze przebaczę wam! Nawet gdyby wasze grzechy były tak odrażające jak bagno, wasza ufność i wasza miłość pozwoli Mi o nich zapomnieć do tego stopnia, że nie zosta­niecie osądzeni! Jestem sprawiedliwy, to prawda, ale Miłość odpłaca za wszystko!

Posłuchajcie, dzieci Moje. Przy pomocy pewnego porównania pragnę zapewnić was o Mojej Miłości Dla Mnie wasze grzechy są jak żelazo, a wasze akty miłości -jak złoto. Nawet gdybyście dali Mi tysiąc kilogramów żelaza, nie będzie ono znaczyć dla Mnie tyle, ile dziesięć kilogramów zło­ta, które Mi ofiarujecie! To znaczy, że odrobiną miłości można odpokuto­wać za ogromne niegodziwości.

To tylko bardzo nikłe podobieństwo do Mojego sądu nad Moimi dzieć­mi, ludźmi, wszystkimi bez wyjątku. Dlatego należy przychodzić do Mnie. Jestem tak blisko was! Dlatego trzeba kochać Mnie i czcić, abyście nie byli sądzeni albo co najwyżej - sądzeni z nieskończenie miłosierną Miłością. Nie wątpcie! Gdyby Moje Serce nie było takie, zgładziłbym świat już daw­no, gdy popełnił grzech! Tymczasem jesteście świadkami, że Moja opieka objawia się nieustannie poprzez łaski i różne dobrodziejstwa. Możecie z te­go wywnioskować, że istnieje Ojciec nad wszystkimi ojcami, który kocha i nigdy nie przestanie was kochać, byle tylko byście tego pragnęli.

Przychodzę do was dwoma drogami: poprzez Krzyż i Eucharystię!

KRZYŻ, jest Moją drogą zstępowania ku Moim dzieciom. Sprawiłem, że przez niego Mój Syn was odkupił. Dla was Krzyż jest drogą dojścia do Mego Syna, a przez Mojego Syna - do Mnie. Bez niego nigdy me mogli­byście przyjść do Mnie, człowiek bowiem ściągnął na siebie przez grzech karę rozłąki z Bogiem.

w EUCHARYSTII przebywam między wami jak ojciec w swojej rodzinie. Chciałem, żeby Mój Syn ustanowił Eucharystię, aby z każdego tabernakulum uczynić skarbiec Moich Łask, Moich Bogactw i Mojej Miłości, aby dać je ludziom, Moim dzieciom.

Sprawiam, że tymi dwiema drogami nieustannie zstępuje Moja Potęga oraz Moje niezmierzone Miłosierdzie.

Ukazałem wam, że Mój Syn Jezus reprezentuje Mnie przed ludźmi i że przez Niego stale przebywam miedzy nimi. Teraz pragnę wam pokazać, że przychodzę do was także przez Mojego Ducha Świętego, aby być wśród was.

Dzieło Trzeciej Osoby Mojego Bóstwa dokonuje się bez rozgłosu i człowiek często Go nie dostrzega. Dla Mnie jednak jest to bardzo odpo­wiedni sposób umożliwiający Mi przebywanie nie tylko w tabernakulum, ale również w duszach wszystkich, którzy znajdują się w stanie łaski. W nich ustawiam Mój Tron i tam zawsze przebywam jak prawdziwy Ojciec, który kocha, chroni i pomaga swemu dziecku. Nikt nie może pojąć rado­ści, jaką odczuwam, kiedy jestem sam na sam z duszą. Nikt jeszcze nie zrozumiał bezmiernych pragnień Mego Serca Boga Ojca: pragnę być zna­nym, kochanym i czczonym przez wszystkich ludzi, sprawiedliwych i grze­szników. Są to trzy wyrazy hołdu, którego pragnę doznawać od każdego człowieka, jestem bowiem zawsze miłosierny i dobry, nawet wobec naj­większych grzeszników.

Czego nie uczyniłem dla Mojego ludu od Adama do Józefa, przybra­nego ojca Jezusa, i od Józefa aż do dziś, aby człowiek mógł oddawać Mi szczególną cześć, która należy Mi się jako Ojcu, Stworzycielowi i Zba­wicielowi? Jednakże tej szczególnej czci - której tak bardzo pragnąłem i pragnę - dotąd Mi jeszcze nie okazano!

W Księdze Wyjścia czytacie, że Boga należy czcić w szczególny spo­sób. Również Psalmy Dawida zawierają to samo pouczenie.

W przykaza­niach, które Ja sam dałem Mojżeszowi, na pierwszym miejscu postawiłem: „Będziesz czcił i miłował doskonale tylko Boga samego."

Miłość i cześć to dwie rzeczy idące ze sobą w parze. Powinniście Mnie czcić w szczególny sposób, ponieważ napełniłem was tak wieloma dobro­dziejstwami!

Dając wam życie, chciałem was stworzyć na Moje podobieństwo! Wa­sze serce jest zatem wrażliwe tak jak Moje, a Moje -jak wasze!

Czego nie zrobilibyście, gdyby ktoś z waszych bliskich wyświadczył wam małą przysługę dla sprawienia wam przyjemności? Najbardziej nie­wrażliwy człowiek zachowałby dla tej osoby stałą wdzięczność. Każdy starałby się również o to, by zrobić jej jak największą przyjemność dla od­wdzięczenia się za oddaną przysługę. Otóż Ja będę wam o wiele bardziej wdzięczny i zapewnię wam życie wieczne, jeżeli wyświadczycie Mi małą przysługę czcząc Mnie tak, jak was o to proszę.

Przyznaję, że oddajecie Mi cześć w Moim Synu. Wiem, że są tacy, któ­rzy potrafią wznieść się całkowicie od Mego Syna do Mnie, ale jest ich bardzo niewielu. Nie sądźcie jednak, że oddając cześć Mojemu Synowi nie czcicie Mnie! Oczywiście że tak! Czcicie Mnie, ponieważ przebywam w Moim Synu! Wszystko zatem - co stanowi Jego chwałę - jest również Moją chwałą! Chciałbym jednak widzieć, że człowiek w szczególny spo­sób czci swego Ojca i Stworzyciela.

Im bardziej czcić będziecie Mnie, tym bardziej uczcicie Mego Syna, bo­wiem z Mojej woli stał się Słowem Wcielonym i przyszedł, aby być mię­dzy wami i dać wam poznać Tego, który Go posłał.

Jeśli Mnie poznacie, pokochacie bardziej niż dotychczas Mnie i Syna Mojego Umiłowanego. Popatrzcie, ile Moich stworzeń - od kiedy stały się Moimi dziećmi przez tajemnicę Odkupienia - nie żyje na pastwiskach, któ­re przygotowałem dla wszystkich ludzi przez Mojego Syna. Zobaczcie, ilu - o czym wiecie - nie zna jeszcze tych pastwisk. Jak wiele stworzeń ufor­mowanych Moimi rękami - o których istnieniu nic nie wiecie, lecz Ja je znam - nie zna nawet ręki, która je stworzyła!

O, jakże chciałbym sprawić, by Mnie poznano jako Ojca wszechmogą­cego. Jestem nim dla was i chciałbym nim być również dla nich, dzięki Moim dobrodziejstwom! Chciałbym spowodować, aby ich życie - dzięki Memu prawu - przebiegało bardziej harmonijnie. Chciałbym, żebyście po­szli do nich w Imię Moje i abyście im o Mnie mówili. Tak, mówcie im, że mają Ojca, który stworzył ich i pragnie im dać posiadane przez Siebie skar­by. Przede wszystkim mówcie im, że o nich myślę, że ich kocham i chcę im ofiarować wiekuiste szczęście.

Ach! Obiecuję wam, że ludzie bardzo szybko się nawrócą. Wierzcie, iż gdybyście zaczęli - począwszy od pierwotnego Kościoła - czcić Mnie i sprawiać, by Mnie wielbiono ze szczególną czcią, po dwudziestu wiekach pozostałoby niewielu ludzi żyjących w bałwochwalstwie, w pogaństwie czy w innych fałszywych i złych sektach, do których człowiek pędzi z zamkniętymi oczami, aby rzucić się w otchłań ognia wieczystego! Widzi­cie, ile jeszcze pracy pozostaje!

Moja godzina nadeszła! Trzeba, aby ludzie Mnie znali, kochali i czcili, abym stworzywszy ich mógł być ich Ojcem, potem Zbawicielem i w końcu przedmiotem ich wiekuistych rozkoszy.

Dotąd mówiłem wam o rzeczach, które już znaliście. Chciałem je jed­nak przypomnieć, byście jeszcze bardziej się upewnili, że jestem Ojcem najlepszym, a nie strasznym, jak sądzicie, i że jestem Ojcem wszystkich ludzi obecnie żyjących oraz tych, których stworzę aż do końca świata.

Wiedzcie, iż pragnę być znany, kochany i przede wszystkim czczony. Niech wszyscy przyjmą z wdzięcznością Moją nieskończoną Dobroć dla wszystkich, a szczególnie dla grzeszników, chorych, umierających i wszys­tkich cierpiących! Niech wiedzą, że mam tylko jedno pragnienie: kochać ich wszystkich, dawać im Moje łaski, przebaczać, gdy żałują. Przede wszy­stkim zaś pragnę nie sądzić ich według Mojej Sprawiedliwości, lecz wed­ług Mego Miłosierdzia, aby wszyscy zostali zbawieni i zaliczeni w poczet Moich wybranych.

Na zakończenie tego małego wykładu składam wam obietnicę, której skutki będą wieczne. Oto ona:

 

WZYWAJCIE MNIE IMIENIEM OJCA Z UFNOŚCIĄ I MIŁOŚCIĄ, A WSZY­STKO OTRZYMACIE OD TEGO OJCA, DOZNAJĄC RÓWNOCZEŚNIE MIŁOŚ­CI I MIŁOSIERDZIA.

 

Niech Mój syn, a twój ojciec duchowny, nauczy się zajmować Moją chwałą i przekaże słowo w słowo to, co poleciłem ci napisać, a także to co jeszcze każę ci pisać, aby ludzie uznali, że - bez dodawania czegokolwiek - łatwo i przyjemnie czyta się pouczenie o tym, co chcę, aby wiedzieli.

Będę ci mówił codziennie po trochu o Moich życzeniach w stosunku do ludzi, o Moich radościach, o Moich zmartwieniach, a przede wszystkim będę ukazywać ludziom Moją bezgraniczną Dobroć i Tkliwość Mej współczującej Miłości.

Chciałbym też, ażeby twoje przełożone pozwoliły ci spożytkować wol­ne chwile na spotkania ze Mną, byś mogła przez pół godziny dziennie po­cieszać Mnie, kochać Mnie. W ten sposób przyczynisz się do tego, że ser­ca ludzi, Moich dzieci, będą dobrze przysposobione do pracy nad szerze­niem kultu, którego formę właśnie wam przedstawiłem. Dzięki niemu dojdziecie do wielkiej zażyłości z Ojcem, który pragnie być kochany przez Swoje dzieci.

Proszę cię, byś spędzała dni w wielkim skupieniu, aby to dzieło, które­go pragnę dokonać wśród ludzi, mogło rozprzestrzeniać się we wszystkich narodach możliwie najszybciej i aby ci, którzy będą obarczeni rozpowszechnianiem go, nie popełnili najmniejszej nieostrożności. Będziesz szczę­śliwa niewiele rozmawiając ze stworzeniami. Nawet kiedy znajdziesz się wśród nich, będziesz rozmawiać ze Mną i Mnie słyszeć będziesz w taje­mnicy serca.

Oto druga część tego, co chcę, byś zrobiła: kiedy czasem będę mówił do ciebie, tylko dla ciebie, zapiszesz Moje poufne wyznania w specjalnym dzienniczku. Tu natomiast zamierzam mówić do ludzi.

Żyję z ludźmi w większej zażyłości niż matka ze swymi dziećmi. Od czasu stworzenia człowieka nigdy - ani przez chwilę - nie przestałem trwać przy nim. Jako Stwórca i Ojciec człowieka odczuwam potrzebę ko­chania go. Nie dlatego jednak, żebym go potrzebował. To Moja Miłość Ojca i Stworzyciela każe Mi odczuwać tę potrzebę kochania człowieka. Trwam wiec blisko człowieka. Wszędzie idę za nim, pomagam mu we wszystkim, zaradzam wszystkiemu Widzę jego potrzeby, jego zmęczenie, wszystkie jego pragnienia. Moim największym szczęściem jest przycho­dzenie mu z pomocą i ratowanie go.

Ludzie myślą, że jestem groźnym Bogiem i wtrącam całą ludzkość do piekła. Co za niespodzianka przy końcu czasów, kiedy ujrzą, że bardzo wiele dusz, które uważali za stracone, cieszy się wieczną szczęśliwością wśród wybranych!

Chciałbym, aby wszystkie Moje stworzenia były przekonane, że istnieje Ojciec, który czuwa nad nimi i który chciałby spowodować, aby już tu na ziemi, odczuwały przedsmak szczęścia wiecznego.

Matka nigdy nie zapomina o maleńkiej istocie, którą wydała na świat, Ja zaś pamiętam o wszystkich istotach, które wydałem na świat. Czyż to nie piękniejsze? Matka kocha istotkę, którą jej dałem. Ja również ją ko­cham, lecz jeszcze bardziej niż ona, bo to Ja ją stworzyłem.

Kiedy czasem zdarza się, że matka mniej kocha swoje dziecko z powo­du jakiejś posiadanej przez nie wady, Ja - przeciwnie - kocham je jeszcze bardziej. Matka może posunąć się do tego, że o nim zapomni albo jedynie rzadko o nim myśli, zwłaszcza gdy wyrośnie spod jej opieki. Ja jednak nig­dy o nim nie zapomnę, stale je kocham. Nawet jeśli nie pamięta już o Mnie, swoim Ojcu i Stworzycielu, Ja o nim pamiętam i ciągle je kocham.

Powiedziałem wam wcześniej, że chciałbym wam ofiarować, już tu na ziemi, wieczną szczęśliwość, ale nie zrozumieliście tych słów. Oto ich znaczenie. Jeżeli Mnie kochacie i wzywacie z ufnością słodkim imieniem Ojca, zaczynacie poznawać już na tym świecie miłość i ufność, które staną się przyczyną waszej szczęśliwości w wieczności. Będziecie ją opiewać wraz z wybranymi w Niebie. Czyż nie jest to zadatkiem szczęśliwości Nie­ba, która trwać będzie wiecznie?

Pragnę, by człowiek często przypominał sobie, iż Ja jestem tam, gdzie on się znajduje. Niech pamięta, że nie mógłby żyć, gdybym Ja nie był z nim, żyjący jak on. Pomimo jego niewiary nigdy nie przestaję być przy nim.

Ach, jakże pragnę ujrzeć spełnienie się Mojego pragnienia, które chcę wam przedstawić. Oto ono:

Do dziś człowiek wcale nie myślał o zrobieniu Bogu, Ojcu swojemu, przyjemności, o jakiej zamierzam powiedzieć. Otóż chciałbym zobaczyć, że powstaje wielkie zawierzenie między człowiekiem a jego Ojcem Nie­bieskim, prawdziwy duch zażyłości, ale i delikatności zarazem, ażeby nie nadużywano Mojej wielkiej Dobroci.

Znam wasze potrzeby, pragnienia i to wszystko, co jest w was, ale jak bardzo byłbym szczęśliwy i wdzięczny, gdybym zobaczył, że przychodzi­cie do Mnie i powierzacie Mi swoje potrzeby, jak to czyni pełne ufności dziecko wobec swego ojca. Jakże mógłbym odmówić wam jakiejkolwiek rzeczy - o małym czy dużym znaczeniu - gdy Mnie o nią prosicie?

Chociaż Mnie nie widzicie, czy nie czujecie, że jestem bardzo blisko was w wydarzeniach dziejących się w was i wokół was? Jakże zasługujący na nagrodę będzie dla was dzień, w którym uwierzycie we Mnie nie wi­dząc Mnie!

Nawet teraz kiedy jestem tutaj, we własnej Osobie, miedzy wami wszy­stkimi, nie widzicie Mnie, z wyjątkiem jednej osoby: tej, której oznajmiłem to orędzie -jednej jedynej pośród całej ludzkości! Mówię jednak do was, nieustannie powtarzam wam na wszelkie sposoby, że was kocham, że chcę być poznany, kochany i czczony w szczególny sposób. Kiedy mówię do was przez tę, która Mnie widzi, i do której mówię, patrzę na was wszyst­kich. Mówię do wszystkich i do każdego i kocham was tak, jakbyście Mnie widzieli!

Pragnę, aby ludzie Mnie poznali i odczuwali, że jestem blisko każdego z was. Pamiętajcie, o ludzie, że chciałbym być nadzieją całej ludzkości. Czy już nią nie jestem? Gdybym nie był nadzieją człowieka, człowiek by zginał. Jednak niezbędne jest, abym był znany, żeby Pokój, Ufność i Mi­łość wstąpiły w serca ludzi i doprowadziły do połączenia ich więzią z Oj­cem Nieba i ziemi!

Nie wierzcie, że jestem owym strasznym starcem, którego ludzie przed­stawiają na swoich obrazach i w swoich książkach! Nie, nie, nie jestem ani ‘młodszy’ ani ‘starszy’ od Mojego Syna i Mego Ducha Świętego! Dlatego też chciałbym, aby wszyscy - od dziecka do starca - wzywali Mnie poufa­łym imieniem Ojca i Przyjaciela. Jestem bowiem zawsze z wami, czynię się podobnym do was, żeby was upodobnić do Mnie. Jakże wielka byłaby Moja radość, gdybym zobaczył, że rodzice uczą dzieci wzywać Mnie częs­to imieniem Ojca, którym rzeczywiście jestem! Jak bardzo pragnąłbym wi­dzieć, że zakorzenia się w tych młodych duszach ufność i w pełni dziecię­ca miłość do Mnie! Ja wszystko zrobiłem dla was, a czy wy nie zrobicie te­go dla Mnie?

Chciałbym zamieszkać na stałe w każdej rodzinie jak w swoim królest­wie, aby każdy mógł powiedzieć z całą pewnością: „Mamy Ojca, który jest nieskończenie dobry, ogromnie bogaty i niezwykle miłosierny. Myśli o nas i jest blisko nas, patrzy na nas, sam nas wspiera i da nam wszystko, czego nam brak, jeżeli Go poprosimy. Wszystkie Jego bogactwa są nasze: bę­dziemy mieć wszystko, czego potrzebujemy." Jestem tu właśnie dlatego, byście Mnie prosili o to, czego potrzebujecie: „Proście, a otrzymacie". W Mojej Ojcowskiej dobroci dam wam wszystko, aby każdy mógł uważać Mnie za prawdziwego Ojca, żyjącego - jak jest naprawdę - wśród swoich.

Pragnę także, aby każda rodzina posiadała na widocznym dla wszyst­kich miejscu obraz, który później dam poznać Mojej córeczce. Chcę, aby w ten sposób każda rodzina oddała się pod Moją szczególną opiekę, by móc Mnie łatwiej obdarzać czcią. Tam codziennie rodzina pozwoli Mi uczestniczyć w swoich potrzebach, pracach, troskach, cierpieniach, pragnie­niach, a także w radościach, bowiem Ojciec musi wiedzieć o wszystkim, co dotyczy Jego dzieci. Ja o tym wiem oczywiście, ponieważ jestem tam, ale tak bardzo lubię prostotę. Umiem się do was dostosować. Czynię się małym z małymi, dorosłym z dorosłymi, wobec starców - czynię się do nich podobnym, aby wszyscy zrozumieli to, co pragnę im powiedzieć dla ich uświęcenia i Mojej chwały.

Czy nie mieliście dowodu na to, co wam mówię, w Moim Synu, który uczynił się małym i słabym jak wy? Czy nie macie tego dowodu również teraz, widząc Mnie tutaj mówiącego do was? Czyż nie wybrałem biednego stworzenia - takiego jak wy - aby mówić do was i abyście mogli zrozu­mieć to, co chcę wam powiedzieć?

Czy teraz nie staję się podobnym do was? Widzicie, położyłem Moją koronę u Mych stóp, a świat - na Moim Sercu. Zostawiłem Moją chwałę w Niebie i przyszedłem tutaj, czyniąc się wszystkim dla wszystkich: bied­nym z biednymi, bogatym z bogatymi.

Jak czuły Ojciec pragnę chronić młodzież. Jest tyle zła na świecie! Te biedne niedoświadczone dusze pozwalają się zwodzić przez pokusy nało­gu doprowadzającego je powoli do całkowitej ruiny. O wy, którzy szcze­gólnie potrzebujecie kogoś, kto by was strzegł w życiu dla uniknięcia zła, przyjdźcie do Mnie! Jestem Ojcem, który bardziej was kocha, niż może was kiedykolwiek pokochać jakiekolwiek inne stworzenie! Schrońcie się blisko, blisko Mnie! Powierzcie Mi wasze myśli i pragnienia. Będę was czule kochał. Dam wam łaski na chwilę obecną i pobłogosławię waszą przyszłość. Bądźcie pewni, że o was nie zapomnę po piętnastu, dwudzie­stu pięciu czy trzydziestu latach od chwili, kiedy was stworzyłem. Przyjdź­cie! Widzę, że bardzo potrzebujecie Ojca łagodnego i nieskończenie dob­rego - takiego jak Ja.

Nie będę się dłużej zatrzymywał nad wieloma innymi sprawami, które może byłoby dobrze tu poruszyć. Powiem o nich później. Teraz chcę w zupełnie szczególny sposób mówić do dusz, które sobie wybrałem, do ka­płanów i zakonników: do was, drogie dzieci Mojej Miłości. Mam wielkie plany wobec was!

Do Papieża

 

Przed wszystkimi innymi zwracam się do ciebie, synu Mój umiłowany, do ciebie, Mój Wikariuszu, aby w twoje ręce złożyć to dzieło. Powinno ono być pierwsze ze wszystkich, a tymczasem - z powodu lęku, jaki szatan podsunął człowiekowi - dopiero w tym czasie się dokona.

Ach, chciałbym, żebyś pojął zakres tego dzieła, jego wielkość, szero­kość, głębokość i wysokość. Chciałbym, żebyś pojął ogrom Moich prag­nień wobec obecnej i przyszłej ludzkości.

Gdybyś wiedział, jak pragnę być znany, kochany i otaczany szczególną czcią przez ludzi! To pragnienie jest we Mnie od całej wieczności i od stworzenia pierwszego człowieka. Wiele razy wyrażałem je przed ludźmi, zwłaszcza w Starym Testamencie, ale człowiek nigdy tego nie zrozumiał. Ono sprawia, że zapominam teraz o całej przeszłości, oby tylko spełniło się obecnie w odniesieniu do Moich stworzeń na całym świecie.

Zniżam się do najbiedniejszego z Moich stworzeń, do Mojej córki, abym mógł mówić z nią w jej niewiedzy i mówić do ludzi przez nią, nie­świadomą ogromu dzieła, którego chciałbym dokonać wśród nich! Nie mogę z nią rozmawiać o teologii, na pewno by Mi się to nie powiodło, nie zrozumiałaby. Pozwalam, aby tak było, żeby zrealizować Moje dzieło przy pomocy prostoty i niewinności. Teraz jednak kolej na ciebie, byś przestudiował to dzieło i jak najszybciej doprowadził do realizacji. Aby być znanym, kochanym i szczególnie czczonym nie proszę o nic nadzwy­czajnego.

 

Oto, czego jedynie chcę:

 

1.    Pragnę, żeby jeden dzień lub przynajmniej jedna niedziela była poświę­cona dla uczczenia Mnie w szczególny sposób pod imieniem Ojca całej ludzkości. Chciałbym, aby to święto miało własną Mszę i oficjum. Nie trudno znaleźć teksty w Piśmie Świętym. Jeżeli pragniecie oddać Mi tę szczególną cześć w niedzielę, wybieram pierwszą niedzielę sierpnia; je­żeli w dzień powszedni, chciałbym, aby to był zawsze siódmy dzień te­go miesiąca.

2.    Pragnę, żeby całe duchowieństwo zobowiązało się rozwijać ten kult, a przede wszystkim, by pomagało ludziom poznawać Mnie takim jaki je­stem i jaki zawsze będę blisko nich, to znaczy Ojcem najczulszym i naj­bardziej kochającym ze wszystkich ojców.

3.    Pragnę, aby wprowadzono Mnie do wszystkich rodzin, do szpitali, również do warsztatów i urzędów, do koszar, do sal - gdzie podejmują decyzje ministrowie państw - wreszcie wszędzie tam, gdzie znajdują się Moje stworzenia, choćby tylko jedno! Chcę, aby widzialnym znakiem Mojej niewidzialnej obecności był obraz: niech ukazuje, że tam jestem, rzeczywiście obecny. Tak ludzie wykonywać będą wszystkie czynności pod okiem swego Ojca. Ja będę czuwał nad istotami, które stworzyłem i zaadoptowałem jako własne dzieci. W ten sposób wszystkie Moje dzieci będą niejako pod okiem swego czułego Ojca. Niewątpliwie i te­raz jestem wszędzie, ale chciałbym być przedstawiany w zauważalny i konkretny sposób!

4.    Pragnę, żeby w ciągu roku duchowieństwo i wierni wykonywali na Mo­ją cześć pewne pobożne ćwiczenia, nie zaniedbując swoich zwykłych zajęć. Chcę, aby Moi kapłani bez lęku szli wszędzie, do wszystkich na­rodów i nieśli ludziom płomień Mojej ojcowskiej Miłości. Wówczas dusze zostaną oświecone. Pozyska się dusze niewiernych oraz wszyst­kich należących do sekt, które nie pochodzą od prawdziwego Kościoła. Tak, niech również i ci - którzy są także Moimi dziećmi - zobaczą, jak płonie przed nimi ten płomień, niech poznają prawdę, niech ją przyjmą i niech wprowadzą w życie wszystkie cnoty chrześcijańskie.

5.    Chciałbym w szczególny sposób być czczony w seminariach, w no­wicjatach, w szkołach i w internatach, aby wszyscy  od najmniejszego do największego  mogli Mnie poznać i kochać jako swego Ojca,  Stworzyciela i Zbawcę.

6.    Niech kapłani poczują się zobowiązani do szukania w Piśmie Świętym tego, co powiedziałem w innych czasach  co dotąd pozostało niezna­ne  a odnosi się do czci, którą pragnę odbierać od ludzi. Niech pracują też, by Moje pragnienia i Moja Wola dotarły do wszystkich wiernych i do wszystkich ludzi, określając to, co powiem do wszystkich ludzi ra­zem oraz do wszystkich kapłanów, zakonników i zakonnic w szczegól­ności. Są to dusze, które wybieram dla składania Mi wielkiego hołdu, większego niż od ludzi świeckich.

 

Oczywiście, osiągnięcie pełnej realizacji planów  które obmyśliłem dla ludzkości i które dałem im poznać  będzie wymagało czasu! Zadowoli Mnie jednak jeden dzień  tak, jeden dzień modlitw i wyrzeczeń dusz wspaniałomyślnych, które poświecą się dla tego dzieła Mojej Miłości. Bę­dę cię błogosławił, synu Mój umiłowany, i odpłacę ci stokrotnie za wszyst­ko, co uczynisz dla Mojej chwały. 

 

Do Biskupa

 

Pragnę powiedzieć słowo również do ciebie, synu Mój Aleksandrze, aby Moje pragnienia zrealizowały się na świecie. Jest rzeczą konieczną, abyś z ojcem duchownym tej ”małej roślinki” Mojego Syna Jezusa był pro­motorem tego dzieła szczególnej czci, jakiej oczekuję od ludzi. Wam, dzie­ci Moje, powierzam to dzieło i jego tak doniosłą przyszłość.

Mówcie, nalegajcie, dajcie poznać to, co powiem, abym był znany, ko­chany i czczony przez wszystkie stworzenia. Uczyńcie to, czego oczekuję od was to jest Moją wolą a spełnicie pragnienia, które od tak dawna okrywałem milczeniem. Za wszystko co zrobicie dla Mojej chwały Ja uczynię dwakroć więcej dla waszego zbawienia i uświęcenia. W Niebie i tyl­ko w Niebie ujrzycie nagrodę, jaką w sposób całkowicie szczególny dam wam wszystkim, którzy pracować będziecie dla tego celu.

Stworzyłem człowieka dla Siebie i słuszną jest rzeczą, abym był WSZY­STKIM dla człowieka. Człowiek nie zakosztuje prawdziwych radości poza swoim Ojcem i Stwórcą, bo jego serce jest uczynione jedynie dla Mnie.

Moja miłość do stworzeń jest tak wielka, że nie doznaję żadnej radości równej radości przebywania między ludźmi. Moja chwała w Niebie jest nieskończenie wielka, ale Moja chwała jest jeszcze większa, gdy znajduję się między Moimi dziećmi, ludźmi całego świata.

Wasze Niebo, Moje stworzenia, są w Raju wraz z Moimi wybranymi. Tam bowiem w górze, w Niebie, będziecie Mnie kontemplować widząc Mnie nieustannie. Tam cieszyć się będziecie wieczną chwałą.

Moje Niebo jest na ziemi, z wami wszystkimi, o ludzie! Tak, to na ziemi i w waszych duszach szukam Mego szczęścia i radości. Możecie dać Mi tę radość, co jest zresztą waszym obowiązkiem wobec waszego Stworzyciela i Ojca. On tego pragnie i oczekuje od was.

Moja radość przebywania wśród was nie jest mniejsza od tej, której doznawałem, kiedy byłem z Moim Synem Jezusem w czasie Jego życia doczesnego. To Ja posłałem Mojego Syna. Został poczęty z Mego Ducha Świętego, którym ciągle jestem Ja jednym słowem: On był zawsze Mną.

Do was, stworzenia Moje, kochając was jak Mojego Syna, którym Ja jestem, mówię jak do Niego: jesteście Moimi dziećmi umiłowanymi, w których mam upodobanie. Dlatego właśnie raduję się w waszym towarzys­twie i pragnę pozostawać z wami. Moja obecność wśród was jest jak słoń­ce nad ziemią. Jeśli jesteście dobrze przygotowani do przyjęcia Mnie, przychodzę bardzo blisko was, wchodzę w was, oświecam i ogrzewam Moją bezgraniczną Miłością.

Jeśli chodzi o was, dusze w stanie grzechu i nie obeznane z religijną pra­wdą, nie mogę w was wejść, ale mimo wszystko jestem blisko was. Nigdy bowiem nie przestaję was wzywać, zapraszać, abyście zapragnęli otrzymać dobrodziejstwa, które przynoszę, abyście zobaczyli Światło i wyleczyli się z grzechu.

Czasem patrzę na was ze współczuciem z powodu nieszczęsnego sta­nu, w którym się znajdujecie. Czasem patrzę na was z Miłością, aby skło­nić was do poddania się urokom łaski. Spędzam dni, a niekiedy nawet lata blisko niektórych dusz, aby zapewnić im szczęście wieczne. Nie wiedzą, że tam jestem, że na nich czekam, że przywołuję ich w każdej chwili dnia. Nie jestem jednak wcale zmęczony i pomimo to doznaję radości w pozo­stawaniu tuż przy was, zawsze z nadzieją, że pewnego dnia powrócicie do waszego Ojca i dacie Mi przed śmiercią przynajmniej kilka dowodów mi­łości.

Oto na przykład dusza, która umiera niespodziewanie.[1] Była ona dla Mnie zawsze niby syn marnotrawny. Napełniałem ją dobrodziejstwami, ona jednak odchodziła, trwoniąc wszystkie te dobrodziejstwa, te darmowe łaski swego najłaskawszego Ojca. Co więcej, jeszcze ciężko Mnie obraża­ła. Czekałem na nią, wszędzie za nią chodziłem. Dawałem jej nowe łaski, takie jak zdrowie. Sprawiałem też, że jej prace owocowały w nad obfitości dobrami, dzięki czemu miała ich nadmiar. Moja Opatrzność dostarczała jej czasem jeszcze nowych. Żyła więc w dostatku, jednak nie widziała w smu­tnym mroku swych nałogów, że całe jej życie było pasmem błędów, przez stały grzech śmiertelny. Moja Miłość jednak nigdy się nie znużyła. Szed­łem za nią, kochałem ją, a przede wszystkim - mimo odrzucania Mnie byłem zadowolony z cierpliwego życia blisko niej w nadziei, iż może pew­nego dnia dostrzeże Moją Miłość i powróci do Mnie, Ojca i Zbawiciela.

W końcu zbliża się jej ostatni dzień. Zsyłam jej chorobę, żeby mogła się zastanowić i wrócić do Mnie, swego Ojca. Czas dalej mija i oto mój biedny 74-letni syn przeżywa swoją ostatnią godzinę. Jestem ciągle tam, jak zaw­sze. Przemawiam do niego z większą niż kiedykolwiek dobrocią. Nale­gam, wzywam Moich wybranych, aby modlili się za niego, aby prosili o przebaczenie, które mu ofiarowuję... W tym momencie przed wydaniem ostatniego tchnienia otwiera oczy, uznaje swoje grzechy i to jak bardzo oddalał się od prawdziwej drogi prowadzącej do Mnie Następnie przy­chodzi do siebie i żałosnym głosem, którego nikt z obecnych wokół nie słyszy mówi Mi: „Boże mój! Teraz widzę, jak Twoja Miłość do mnie, o Panie, była wielka, a ja stale Cię obrażałem tak złym życiem. Nigdy nie myślałem o Tobie, Panie, mój Ojcze, mój Zbawicielu. Ty widzisz teraz wszystko. Proszę Cię, Panie, o wybaczenie mi całego tego zła, które wi­dzisz we Mnie i które wyznaję w zawstydzeniu. Kochani Cię, mój Ojcze i Zbawicielu".

Umarł w tej samej chwili. Oto jest przede Mną. Sądzę go z miłością Oj­ca, jak Mnie nazwał, i jest zbawiony. Przez pewien czas pozostanie w miejscu ekspiacji, potem będzie szczęśliwy na wieki. A Ja, jak za jego życia radowałem się w nadziei, że zbawię go przez jego skruchę, tak jeszcze bardziej raduję się z Moim dworem niebieskim, że zrealizowałem Moje pragnienie i że jestem jego Ojcem na całą wieczność.

Jeśli chodzi o dusze, które żyją w sprawiedliwości i w łasce uświęcają­cej, to zamieszkując w nich doznaję radości. Oddaję się im. Przekazuję im posługiwanie się Moją Potęgą i znajdują one wraz z Moją Miłością zadatek Raju we Mnie, swoim Ojcu i Zbawicielu."

 

Koniec pierwszego zeszytu Orędzia

 

 

 

 

ZESZYT DRUGI

 

Zeszyt drugi[2] zaczyna się od daty 12 sierpnia 1932 roku.

 

Właśnie otworzyłem źródło wody żywej, które nigdy me wyschnie, począwszy od dziś aż do końca czasów. Przychodzę do was, stworzenia Moje, aby otworzyć przed wami Ojcowskie serce płonące miłością do was, Moje dzieci. Chcę, byście były świadkami Mojej bezgranicznej i miło­siernej Miłości. Nie wystarcza Mi ukazywanie wam Mojej Miłości, chcę je­szcze otworzyć przed wami Moje Serce, z którego wytryśnie orzeźwiające źródło. Przy nim wszyscy ludzie ugaszą pragnienie. Zakosztują wówczas radości, których dotąd nie znali z powodu ogromnego lęku przede Mną, ich czułym Ojcem. Od kiedy obiecałem ludziom Zbawiciela, kazałem wy­trysnąć temu źródłu.[3] Sprawiłem, że przepływa ono przez Serce Mojego Syna, aby dotrzeć do was.

Moja ogromna Miłość do was pobudza Mnie, bym jeszcze więcej uczy­nił, otwierając Moje łono. Z niego wytryśnie woda zbawienia dla Moich dzieci i pozwolę im czerpać do woli wszystko, czego potrzebują teraz i w wieczności. Jeżeli chcecie poznać potęgę źródła, o którym mówię, musicie nauczyć się najpierw lepiej Mnie znać i kochać, aż do stopnia upragnio­nego przeze Mnie, czyli nie tylko jako Ojca, ale również jako waszego Przyjaciela i Powiernika.

Dlaczego dziwi was to, co wam mówię? Czy nie stworzyłem was na Mój obraz? Stworzyłem was na Moje podobieństwo, byście nie znajdowali niczego dziwnego w tym, że rozmawiacie i przyjaźnicie się z waszym Oj­cem, Stwórcą i Bogiem. Przecież dzięki Mojej miłosiernej Dobroci sta­liście się dziećmi Mojej Ojcowskiej i Boskiej Miłości.

Mój Syn Jezus jest we Mnie, a Ja jestem w Nim w naszej wzajemnej Miłości. Jest Nią Duch Święty, trzymający nas złączonych więzią Miłości, która sprawia, że stanowimy JEDNO. Mój Syn jest zbiornikiem tego źród­ła. Ludzie mogą przychodzić i czerpać z Jego Serca, stale pełnego wody zbawienia, aż do przelania! Trzeba wam jednak przekonać się co do tego źródła, które Mój Syn wam otwiera, byście mogli doświadczyć, iż jest orzeźwiające i przyjemne! Wtedy przyjdziecie do Mnie za pośrednictwem Mojego Syna. Kiedy będziecie blisko Mnie, powierzycie Mi wasze pragnienia. Pokażę wam to źródło, dając się poznać takim, jaki jestem. Kiedy Mnie poznacie, będziecie orzeźwieni, odnowieni, wasze choroby zostaną wyleczone, wasze lęki rozwieją się. Wasza radość będzie ogromna, a wa­sza miłość znajdzie bezpieczeństwo, jakiego dotychczas nie doświadczyła.

Ale w jaki sposób powiecie Mi  możemy przyjść do Ciebie? Ach, przyjdźcie drogą zawierzenia! Nazywajcie Mnie Ojcem waszym, kochajcie Mnie w Duchu i Prawdzie, a to wystarczy, by ta orzeźwiająca i przepotęż­na Woda ugasiła wasze pragnienie. Jeżeli naprawdę chcecie, żeby dała wam wszystko, czego wam brak do poznania Mnie i umiłowania, i jeżeli czujecie się zimni i obojętni, wezwijcie Mnie tylko słodkim imieniem Ojca, a przyjdę do was. Moje źródło ofiarowuje wam miłość, ufność i to wszyst­ko, czego wam brak, aby być zawsze kochanymi przez waszego Ojca i Stworzyciela.

Ponieważ przede wszystkim pragnę dać się poznać wszystkim - aby wszyscy mogli radować się, już tu na ziemi, Moją dobrocią i czułością - stańcie się apostołami dla tych, którzy Mnie nie znają, którzy jeszcze Mnie nie znają! Ja pobłogosławię wasze trudy i wysiłki i przygotuję wam wielką chwałę blisko Mnie, w wieczności.

Jestem Oceanem Miłości Miłosiernej, dzieci Moje. Oto inny dowód Mi­łości ojcowskiej, którą mam dla was wszystkich bez wyjątku, bez względu na wasz wiek, stan, kraj. Nie wykluczam nawet różnych zrzeszeń i sekt, wiernych i niewiernych. Zamykam w tej miłości wszystkie istoty rozumne, których całość tworzy ludzkość.

Oto dowód. Jestem Oceanem Miłości. Dałem was poznać źródło, które wypływa z Mego łona, aby ugasić wasze pragnienie. Teraz - kiedy doś­wiadczacie, jak jestem dobry dla wszystkich - zamierzam pokazać wam ocean Mojej powszechnej Miłości Miłosiernej, byście rzucili się weń z zam­kniętymi oczami. Dlaczego? Dlatego że zanurzając się w mym oceanie, w tej kąpieli Miłości miłosiernej, dusze podobne do kropli gorzkich z po­wodu wad i grzechów pozbywają się nadmiaru goryczy. Wychodzą z tej kąpieli lepsze, szczęśliwsze, bo nauczyły się być dobrymi i pełnymi miłości. Jeżeli z powodu niewiedzy lub słabości stajecie się ponownie gorzkimi kroplami, Ja nadal jestem oceanem Miłości miłosiernej, gotowym przyjąć tę kroplę goryczy, aby przemienić ją w miłość, w dobroć, aby uczynić was świętymi, jak jestem nim Ja, wasz Ojciec.

Czy chcecie, dzieci Moje, spędzić tu na ziemi życie w pokoju i radości? Przyjdźcie więc i rzućcie się w ten ogromny ocean, i pozostańcie w nim zawsze, spędzając jednak życie pracowicie. Takie życie będzie uświęcone przez miłosierną Miłość.

Jeśli chodzi o Moje dzieci, które nie żyją w Prawdzie, to tym bardziej pragnę obsypać je Moimi najbardziej ojcowskimi uczuciami, by otworzyły oczy na światło, które w tym czasie świeci bardziej zauważalnie niż kiedy­kolwiek. Teraz jest czas łaski, przewidziany i oczekiwany od wieczności! Jestem tu we własnej osobie, aby z wami rozmawiać. Przychodzę jak naj­czulszy i najbardziej kochający z ojców. Zniżam się, zapominam o Sobie, by podnieść was ku Sobie i zapewnić wam zbawienie.

Wy wszyscy, którzy żyjecie dziś, a także wy, którzy żyć będziecie przez stulecia aż do końca świata, pomyślcie, że nie żyjecie sami. Ojciec, który jest ponad wszystkimi ojcami, żyje blisko was. Żyje nawet w was, myśli o was i ofiarowuje wam uczestnictwo w niepojętych przywilejach Swej Mi­łości. Zbliżajcie się do źródła, które stale wypływać będzie z Mego ojcow­skiego łona. Skosztujcie słodyczy tej zbawiennej wody. Doświadczcie jej zachwycającej mocy nad waszymi duszami, zdolnej zaspokoić wszystkie wasze potrzeby. Przyjdźcie i rzućcie się w ocean Mojej Miłości Miłosier­nej, aby żyć jedynie we Mnie i umierać dla samych siebie; aby żyć wiecznie we Mnie."

 

Przypisek Matki Eugenii. Ojciec nasz powiedział mi w wewnętrznej rozmowie; «Źródło jest symbolem Poznania Mnie, a ocean symbolizuje Moją Miłość i wasze zaufanie do Mnie. Jeśli chcecie pić z tego źródła, zbadajcie Moje głębiny, ucząc się Mnie poznawać. Poznawszy Mnie, rzućcie się bez zwlekania w Ocean Mojej miłosiernej Miłości, powie­rzając Mi siebie z ufnością tak wielką, że ona was przemieni, a Ja nie będę się mógł jej oprzeć. Przebaczę wam wtedy grzechy i napełnię Mymi największymi łaskami.»

 

Dalszy ciąg Orędzia:

Jestem między wami. Szczęśliwi ci, którzy wierzą w tę prawdę i ko­rzystają z czasu, o którym Pisma mówiły, iż nadejdzie czas, w którym Bóg będzie musiał być czczony i kochany przez ludzi tak jak tego pragnie. Pis­ma stawiają też pytanie: Dlaczego? i odpowiadają: ‘Dlatego, że jedynie On godzien jest czci, miłości i chwały na wieki.’ Jako pierwsze z dziesięciu przykazań Mojżesz otrzymał ode Mnie samego takie polecenie dla ludzi: ‘Kochajcie, uwielbiajcie Boga!’

Ludzie, którzy już są chrześcijanami, mogą Mi powiedzieć: My kocha­my od naszego przyjścia na świat lub od naszego nawrócenia, bo często mówimy w modlitwie niedzielnej: ‘Ojcze nasz, który jesteś w Niebie!’ Tak, to prawda, dzieci Moje, kochacie Mnie i czcicie, gdy wypowiadacie pier­wsze wezwanie Ojcze nasz. Mówcie jednak dalsze prośby, a zobaczycie: 'Święć się Imię Twoje!' - Czy Moje Imię jest świecone?

Dalej mówicie: 'Przyjdź Królestwo Twoje.' - Czy Moje Królestwo przyszło?

Czcicie, to prawda, z całą żarliwością królewską godność Syna Mojego Jezusa, a w Nim czcicie Mnie. Czy odmówicie waszemu Ojcu tej wielkiej chwały ogłaszając Mnie 'Królem' albo przynajmniej pozwalając Mi królo­wać, aby wszyscy mogli Mnie poznać i umiłować?

Pragnę, abyście obchodzili uroczyście święto Królewskiej godności Me­go Syna Jezusa, aby wynagrodzić za obelgi, którymi obrzucano Go przed Piłatem, za zniewagi doznane od żołnierzy, którzy biczowali Jego święte i niewinne ciało człowiecze.

Nie proszę o usuniecie tego święta. Przeciwnie, proszę, byście obcho­dzili je uroczyście z zapałem i żarliwością. Jednak aby wszyscy mogli rze­czywiście poznać tego Króla, trzeba także poznać Jego Królestwo. Otóż ażeby dojść w sposób doskonały do tego podwójnego poznania, trzeba jeszcze poznać Ojca tego Króla, Stwórcę tego Królestwa.

Naprawdę, dzieci Moje, Kościół - społeczność, dla założenia której wysłałem Mego Syna - dopełni Mego Dzieła sprawiając, że zostanie ucz­czony Ten, który jest jego Twórcą: wasz Ojciec i Stworzyciel.

Dzieci Moje! Niektórzy z was mogą Mi powiedzieć: 'Kościół wzrastał nieustannie, chrześcijanie są coraz liczniejsi. Jest to wystarczającym do­wodem, że nasz Kościół jest doskonały!' Wiedzcie, dzieci Moje, że wasz Ojciec stale czuwał nad Kościołem, od chwili jego powstania. Wraz z Mo­im Synem i Duchem Świętym chciałem, aby był nieomylny poprzez Mo­jego Namiestnika, Ojca Świętego.

Czy nie jest jednak prawdą, że gdyby chrześcijanie poznali Mnie takim jakim jestem - to znaczy Ojcem tkliwym i miłosiernym, dobrym i hojnym - praktykowaliby z większym zaangażowaniem i szczerością tę świętą reli­gie?

Dzieci Moje, czyż nie jest prawdą, że gdybyście wiedzieli, że macie Oj­ca, który myśli o was i kocha was z bezgraniczną Miłością, staralibyście się, tytułem wzajemności, o większą wierność waszym chrześcijańskim a także obywatelskim powinnościom, o sprawiedliwość i o oddawanie spra­wiedliwości Bogu i ludziom?

Czy nie jest prawdą, że gdybyście znali tego Ojca, który kocha was wszystkich bez wyróżniania, nazywa was wszystkich pięknym imieniem dzieci, kochalibyście Mnie czule jak dzieci? Czyż miłość, którą byście Mnie obdarowywali, nie stałaby się - z Mojego impulsu - miłością aktyw­ną, rozprzestrzeniającą się na resztę ludzkości nie znającej jeszcze spo­łeczności chrześcijan, a jeszcze mniej Tego, który ich stworzył i jest ich Oj­cem?

Gdyby ktoś przyszedł przemówić do tych dusz oddających się przesą­dom albo do tylu innych, które nazywają Mnie Bogiem, bo wiedzą, że ist­nieję, lecz nie wiedzą, że jestem blisko nich, gdyby ktoś powiedział im, że ich Stwórca jest także ich Ojcem, który o nich myśli, zajmuje się nimi, ota­cza ich głębokim uczuciem w tak licznych cierpieniach i zniechęceniach, wtedy nawet najbardziej uparci nawróciliby się. Nawrócenia te byłby licz­niejsze i mocniejsze, to znaczy trwalsze.

Niektórzy - badając dzieło Miłości, którego przychodzę dokonać wśród ludzi - znajdą tu powód do krytyki i powiedzą tak: 'Przecież od kiedy misjonarze przybyli do dalekich krajów, mówili niewiernym tylko o Bogu, o Jego Dobroci, o Jego Miłosierdziu. Co więcej mogliby powie­dzieć o Bogu, skoro stale o Nim mówią?'

Misjonarze mówili i mówią jeszcze o Bogu w takim wymiarze, w jakim sami Mnie znają. Zapewniam was jednak, że nie znacie Mnie takim, jaki jestem. Przychodzę więc ogłosić się Ojcem wszystkich, najczulszym z oj­ców. Przychodzę, aby skorygować miłość, którą Mi ofiarowujecie: miłość zafałszowaną z powodu lęku.

Przychodzę, upodobniwszy się do Moich stworzeń, by skorygować pojęcie, jakie macie o Bogu straszliwie sprawiedliwym. Widzę bowiem, że ludzie żyją, lecz nie wszyscy powierzają się swemu jedynemu Ojcu. On chciałby dać im poznać Swoje jedyne pragnienie: ułatwić im przejście przez życie ziemskie, by potem dać im w Niebie życie całkowicie Boże.

Posiadam dowód, że dusze Mnie nie znają ani wy Mnie nie znacie. Nie wykraczacie poza pojęcie, jakie macie o Mnie. Teraz jednak, kiedy daję wam to Światło, pozostańcie w Świetle i nieście Światło wszystkim. Bę­dzie ono potężnym sposobem prowadzącym do nawróceń, a także do za­mknięcia, jeśli to możliwe, bram piekła.

Odnawiam tu Moją obietnicę, która zawsze będzie spełniana. Oto ona:

 

WSZYSCY CI, KTÓRZY WEZWĄ MNIE IMIENIEM OJCA - CHOĆBY TYL­KO JEDEN RAZ - NIE ZGINĄ, ALE PEWNI BĘDĄ ŻYCIA WIECZNEGO RA­ZEM Z WYBRANYMI.

 

Was - którzy pracować będziecie dla Mojej chwały i podejmiecie się zadania polegającego na tym, żeby Mnie poznano, czczono i kochano - zapewniam, że wasza nagroda będzie wielka. Policzę bowiem wszystko, nawet najmniejszy wysiłek, jaki podejmiecie, i odpłacę wam za wszystko stokrotnie w wieczności.

To wam powiedziałem: w świętym Kościele trzeba uzupełnić kult, od­dając w szczególny sposób cześć Twórcy tej społeczności, Temu który przyszedł, aby Kościół założyć, Temu, który jest jego duszą - Bogu w trzech Osobach: Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu.

Dopóki Trzy Osoby nie będą czczone indywidualnie i w sposób szcze­gólny w Kościele i w całej ludzkości, czegoś będzie brakować tej Społecz­ności. Dałem już odczuć ten brak niektórym duszom, ale większość z nich - zbyt nieśmiała - nie odpowiedziała na Moje wezwanie. Inni odważyli się mówić o tym komu trzeba, lecz wobec napotykanego uporu nie nalegali.

Teraz nadeszła Moja godzina. Ja sam przychodzę, aby dać poznać lu­dziom, Moim dzieciom, to czego do dnia dzisiejszego zupełnie nie rozu­mieli. Ja sam przychodzę przynieść płonący ogień prawa Miłości, aby mo­żna było w ten sposób stopić i zniszczyć potężną warstwę lodu, otaczającą ludzkość.

O, droga ludzkości! O, ludzie, dzieci Moje, wyrwijcie się z więzów, którymi do dziś krępował was szatan poprzez lęk przed Ojcem, który jest samą Miłością! Przyjdźcie, zbliżcie się! Macie wszelkie prawo zbliżyć się do waszego Ojca. Otwórzcie serca, proście Mojego Syna, aby coraz lepiej dawał wam poznać Moją łaskawość wobec was.

O, wy, którzy jesteście niewolnikami zabobonów i praw szatańskich, wyrwijcie się z tej tyrańskiej niewoli i przyjdźcie do Prawdy prawd. Roz­poznajcie Tego, który was stworzył i jest waszym Ojcem. Nie utrzymujcie, że posługujecie się waszymi prawami, darząc uwielbieniem i hołdami tych, którzy zmuszali was aż dotąd do prowadzenia bezużytecznego życia, lecz przyjdźcie do Mnie! Czekam na was wszystkich, bo wszyscy jesteście Moi­mi dziećmi.

A wy, którzy żyjecie w prawdziwym Świetle, powiedzcie im, jak słod­ko żyje się w Prawdzie! Powiedzcie jeszcze tym chrześcijanom, tym dro­gim stworzeniom, Moim dzieciom, jak słodko jest myśleć, że istnieje Oj­ciec, który wszystko widzi, wie o wszystkim, o wszystko się troszczy, któ­ry jest nieskończenie dobry i potrafiący łatwo przebaczać, który zwleka z karą i karze niechętnie. Powiedzcie im też, że nie chcę zostawiać ich sa­mych i bez zasług w niedolach życia. Niech przyjdą do Mnie. Ja im po­mogę, zmniejszę ich brzemię, osłodzę ich bardzo ciężkie życie. Upoję ich Moją ojcowską Miłością, aby uczynić ich szczęśliwymi teraz i w wiecz­ności.

A wy, dzieci Moje, które - straciwszy wiarę - żyjecie w ciemności, podnieście oczy, a zobaczycie jasne promienie nadchodzące, aby was oś­wiecić. Ja jestem Słońcem, które oświetla, ogrzewa i rozpala. Patrzcie i poznajcie, że jestem waszym Stworzycielem, waszym Ojcem, waszym jed­nym i jedynym Bogiem. Właśnie dlatego, że was kocham, przychodzę dać się umiłować, abyście wszyscy byli zbawieni.

Zwracam się do wszystkich ludzi całego świata, każąc rozbrzmiewać temu wezwaniu Mojej ojcowskiej Miłości. Nieskończona Miłość, którą pragnę dać wam poznać, jest stale trwającą rzeczywistością. Kochajcie, kochajcie, zawsze kochajcie! Sprawcie, aby kochany był też Ojciec, abym mógł od dziś ukazać się wszystkim jako Ojciec najbardziej gorejący Miłoś­cią do was.

Was, Moi umiłowani synowie, kapłani i zakonnicy, zachęcam, byście dawali poznać tę ojcowską Miłość, którą żywię do wszystkich ludzi, a do was szczególnie Jesteście zobowiązani tak pracować, aby Moja Wola spe­łniała się w ludziach i w was Wolą tą jest, abym był znany, czczony i ko­chanyNie pozwólcie, by Moja Miłość tak długo była nieaktywna, bo­wiem spala Mnie pragnienie bycia kochanym! Oto jest wiek bardziej uprzywilejowany od wszystkich. Z obawy, by ten przywilej nie został wam odebrany, nie pozwólcie, by minął! Dusze potrzebują pewnych dotknięć Bożych, a czas nagli. Nie lękajcie się niczego, jestem waszym Ojcem, po­mogę wam w wysiłkach i w pracy. Będę was zawsze podtrzymywał i dam wam zakosztować, nawet już na tym świecie, Pokoju i Radości duszy. Sprawię, że zaowocuje wasza posługa i wasze dzieła pełne gorliwości. Udzielę daru nieocenionego, ponieważ dusza, która trwa w Pokoju i Radoś­ci, już zaczyna kosztować Nieba, oczekując wiekuistej nagrody.

Mojemu Wikariuszowi, Najwyższemu Kapłanowi, Memu Namiestniko­wi na ziemi przekazałem szczególne upodobanie w apostolacie misji w da­lekich krajach, a zwłaszcza ogromny zapał potrzebny do rozszerzenia na cały świat nabożeństwa do Najświętszego Serca Mego Syna Jezusa. Teraz powierzam mu dzieło, które ten sam Jezus przyszedł spełnić na ziemi: uwielbić Mnie, dając Mnie poznać takim, jaki jestem, jak i Ja właśnie to po­wiedziałem do wszystkich ludzi, Moich dzieci, Moich stworzeń.

Gdyby ludzie mogli przeniknąć Serce Jezusa z wszystkimi Jego prag­nieniami i Jego chwałą, poznaliby, że Jego najgorętszym pragnieniem jest uwielbienie Ojca, Tego który Go posłał i przede wszystkim niedawanie Mu chwały uszczuplonej, jak to czyniono do dziś, lecz chwały pełnej, jaką człowiek może i powinien Mi oddawać jako Ojcu, Stworzycielowi, a jeszcze bardziej jako Twórcy jego odkupienia! Domagam się od człowieka tego, co może Mi ofiarować: zaufania, miłości i wdzięczności. Pragnę być znany, czczony i miłowany nie dlatego, że potrzebuję Mojego stworzenia lub jego adoracji. Zniżam się do niego jedynie dlatego, aby je zbawić i uczynić uczestnikiem Mojej chwały. Również dlatego, że Moja Dobroć i Miłość spostrzega, że istoty - które wyciągnąłem z nicości i przybrałem za prawdziwe dzieci - wpadają w wielkiej ilości w wiekuiste nieszczęście z demonami, nie dochodząc do celu swego stworzenia, tracąc swój czas i swoją wieczność!

Jeżeli czegoś pragnę, zwłaszcza obecnie, to po prostu większej żarliwo­ści ze strony sprawiedliwych, wielkiej łatwości nawrócenia grzeszników. Pragnę nawrócenia szczerego i trwałego, powrotu synów marnotrawnych do domu ojcowskiego, w szczególności Żydów i wszystkich innych, któ­rzy też są Moimi stworzeniami i Moimi dziećmi: schizmatyków, herety­ków, masonów, nieszczęsnych niewiernych, świętokradców i członków różnych tajnych sekt. Pragnę, aby - chcąc czy nie chcąc - cały świat wie­dział, że istnieje Bóg i Stworzyciel. Ten Bóg, który przemówi podwójnie do ich niewiedzy i do ich nieznajomości. Nie wiedzą, że Ja jestem ich Oj­cem.

Wierzcie Mi, wy którzy Mnie słuchacie czytając te słowa! Gdyby wszyscy ludzie znajdujący się z dala od naszego Kościoła katolickiego us­łyszeli o tym Ojcu, który ich kocha, który jest ich Stworzycielem i Bogiem, o Ojcu, który pragnie im dać życie wieczne, duża część z nich, także spoś­ród najbardziej upartych, przyszłaby do tego Ojca, o którym mówilibyście im.

Jeżeli nie możecie iść osobiście, aby do nich przemawiać, szukajcie in­nych sposobów. Są tysiące sposobów bezpośrednich i pośrednich. Posłu­gujcie się nimi w pracy, w prawdziwym duchu uczniów i z wielkim zapa­łem. Obiecuję wam, że wasze wysiłki będą prędko - dzięki łasce - ukoro­nowane wielkimi sukcesami. Stańcie się apostołami Mojej ojcowskiej Dob­roci, a przez gorliwość, jaką dam wam wszystkim, będziecie mieć siłę i moc nad duszami.

Będę zawsze przy was i w was. Jeżeli dwóch będzie przemawiać, Ja bę­dę miedzy tymi dwoma, jeżeli będzie was więcej, będę miedzy wami. W ten sposób będziecie mówić to, czym Ja was natchnę, i wprowadzę wa­szych słuchaczy w pożądane nastawienie. I tak ludzie zostaną podbici mi­łością i zbawieni na całą wieczność.

Jeśli chodzi o sposoby uwielbienia Mnie - tak jak tego pragnę - nie proszę was o nic innego jak tylko o wielkie zawierzenie. Nie sądźcie, że oczekuję od was surowości obyczajów, umartwień, że chcę, byście chodzili boso lub padali twarzą w proch, posypywali się popiołem itp. ...Nie, nie! Chcę - i to jest Mi drogie - byście zachowywali wobec Mnie postawę dziecięcą, pełną prostoty i zaufania Mi!

Z waszą pomocą stanę się wszystkim dla wszystkich, jak najczulszy i najbardziej kochający Ojciec. Będę w zażyłości z wami wszystkimi, odda­jąc się wam wszystkim, czyniąc się małym, aby was uczynić wielkimi na wieczność.

Większa część niewierzących, ateistów, bezbożników i różnych wspól­not trwa w niegodziwości i niewierze, sądzą bowiem, że Ja będę wymagał od nich rzeczy niemożliwych. Sądzą, że będą musieli poddać się Moim rozkazom niby niewolnicy tyranowi, który - spowity w swą potęgę i py­szny - pozostaje daleko od swych poddanych, aby zmusić ich do szacunku i pobożności. Nie, me, dzieci Moje! Umiem uczynić się małym tysiąc razy bardziej niż przypuszczacie.

Wymagam natomiast wiernego przestrzegania przykazań, które dałem Mojemu Kościołowi, byście byli stworzeniami rozumnymi i nie przypomi­nali zwierząt przez nieposłuszeństwo i złe skłonności; byście mogli zacho­wać ten skarb, którym jest wasza dusza, ofiarowana wam przeze Mnie w pełni boskiej piękności, w jaką ją przyoblekłem.

Następnie - tak jak o to proszę - zróbcie to, o czym was już powiado­miłem dla otoczenia Mnie specjalnym kultem. Dzięki temu sprawicie, że zostanie zrozumiana Moja wola obdarowania was obficie i dania wam sze­rokiego udziału w Mojej Potędze i Chwale, jedynie po to, by was uszczęś­liwić i zbawić, ujawnić wam Moje jedyne pragnienie kochania was i bycia przez was kochanym. Jeżeli będziecie Mnie kochać miłością dziecięcą i ufną, to będziecie również żywić szacunek pełen miłości i uległości wobec Mojego Kościoła i Moich przedstawicieli.

Nie chodzi o taki szacunek, jaki macie teraz. On bowiem nie dopuszcza do was myśli o zażyłości ze Mną, bo przerażam was. Ten fałszywy szacu­nek, który Mi teraz okazujecie, jest niesprawiedliwością wyrządzaną Spra­wiedliwości, jest raną zadawaną najbardziej wrażliwej części Mego Serca, jest zapomnieniem, lekceważeniem Mojej ojcowskiej Miłości do was.

Źle pojęty szacunek wobec Mnie jest tym, co Mnie najbardziej smuciło w Moim izraelskim narodzie i co Mnie wciąż smuci w dzisiejszej ludzkoś­ci. Nieprzyjaciel ludzi rzeczywiście posłużył się nim, aby wtrącić ich w bał­wochwalstwo i spowodować schizmy. Posługuje się nim nadal i zawsze będzie się mm posługiwać przeciw wam, aby oddalić was od Prawdy, od Mojego Kościoła i ode Mnie. Ach, nie dajcie się już wlec nieprzyjacielowi, wierzcie w Prawdę, która się wam objawia, i kroczcie w Świetle tej Praw­dy.

Wy, dzieci Moje, znajdujące się poza Kościołem katolickim, wiedzcie, że nie jesteście wyłączone z Mojej Miłości ojcowskiej. Kieruję do was ser­deczne wezwanie, bo wy także jesteście Moimi dziećmi. Jeżeli dotąd żyliś­cie w sidłach, które zastawiał na was demon, to poznajcie teraz, że was oszukał Przyjdźcie do Mnie, waszego Ojca, a Ja was przyjmę z Radością i Miłością!

Również wy, którzy nie znacie żadnej innej religii pozą tą, w której się urodziliście - a religia ta nie jest prawdziwa - otwórzcie oczy! Oto Ojciec wasz, oto Ten, który was stworzył i pragnie was zbawić! Przychodzę do was, aby przynieść wam Prawdę, a z nią Zbawienie. Widzę, że Mnie nie znacie, że nie wiecie, iż niczego innego nie pragnę od was jak tylko tego, byście Mnie poznali jako Ojca i Stworzyciela a także jako Zbawiciela. I to właśnie z powodu tej niewiedzy nie możecie Mnie kochać. Wiedzcie więc, że nie jestem tak bardzo daleko od was, jak sądzicie.

Jakże mógłbym zostawić was samych po stworzeniu was i przybraniu - przez Moją Miłość - za Moje dzieci? Idę za wami wszędzie, strzegę was we wszystkim, aby wszystko stało się potwierdzeniem Mojej wielkiej hoj­ności wobec was. Mimo to zapominacie o Moich nieskończonych dobro­dziejstwach i mówicie: 'To natura dostarcza nam wszystkiego, sprawia, że żyjemy i umieramy'. Oto czas Łaski i Światła! Uznajcie więc, że Ja jestem jedynym prawdziwym Bogiem!

Aby dać wam prawdziwe szczęście w tym i przyszłym życiu, pragnę, byście czynili to, co wam proponuję w tym Świetle. Czas jest sprzyjający, nie pozwólcie więc umknąć miłości ofiarowującej się waszemu sercu w sposób tak namacalny!

Jako środek zalecam wszystkim uczestniczenie w liturgii Mszy świętej. Jest to dla Mnie bardzo miłe. Z czasem podam wam inne małe modlitwy, jednak nie chcę was przeciążać! Istotne będzie uczczenie Mnie tak, jak wam powiedziałem, przez ustanowienie Święta ku Mej czci i służenie Mi z prostotą prawdziwych dzieci Boga, waszego Ojca, Stworzyciela i Zbawi­ciela rodzaju ludzkiego.

Oto inne świadectwo Mojej Miłości do ludzi: dzieci Moje, nie będę mó­wił o całej wielkości Mojej nieskończonej Miłości. Wystarczy otworzyć Księgi święte, popatrzeć na Krucyfiks, Tabernakulum i Najświętszy Sakra­ment, by zrozumieć, do jakiego stopnia was umiłowałem! Pragnę wam jednak zasygnalizować przed zakończeniem tych niewielu słów, które są jedynie fundamentem Mego Dzieła Miłości wśród ludzi, kilka z niezliczo­nych dowodów Mojej Miłości do was. Robię to dla ukazania wam potrze­by wypełniania się na was Mojej woli i po to, abym był coraz lepiej znany i coraz bardziej kochany!

Dopóki człowiek nie żyje w Prawdzie, dopóty nie doświadcza w ogóle prawdziwej Wolności. Sądzicie, że żyjecie w radości i pokoju wy, Moje dzieci, będące poza prawdziwym Prawem, dla posłuszeństwa któremu was stworzyłem. Jednak w głębi serca czujecie, że nie ma w was ani prawdzi­wego Pokoju, ani prawdziwej Radości i że nie żyjecie w prawdziwej Wol­ności Tego, który was stworzył i który jest waszym Bogiem, waszym Oj­cem!

Nałóg doprowadził was do zła, was, którzy żyjecie w prawdziwym Prawie lub raczej, którzy obiecaliście przestrzegać tego Prawa danego wam dla zapewnienia waszego zbawienia. Oddaliliście się od Prawa przez wasze niegodziwe postępowanie. Myślicie, że jesteście szczęśliwi? Nie. Czujecie, że wasze serce nie jest spokojne. Może myślicie, że szukając własnej przyjemności i różnych ludzkich radości wasze serce poczuje się w końcu zaspokojone? Nie. Pozwólcie Mi powiedzieć wam, że jeśli nie uz­nacie Mnie za waszego Ojca i nie przyjmiecie Mojego jarzma, by stać się prawdziwymi dziećmi Boga, waszego Ojca, nie będziecie żyli w prawdzi­wej wolności ani w prawdziwym szczęściu! Dlaczego? Dlatego, że stwo­rzyłem was w jedynym celu, którym jest poznanie i kochanie Mnie oraz służenie Mi, na wzór prostego i ufnego dziecka służącego swemu ojcu!

Dawniej, w Starym Testamencie, ludzie postępowali jak zwierzęta, nie dbali o żaden znak, który wskazywałby na ich godność dzieci Boga, ich Ojca. Tak więc, aby dać im poznać, iż chciałem ich podnieść do wielkiej godności dzieci Bożych, musiałem niekiedy okazać się przeraźliwie suro­wy. Później - kiedy zobaczyłem, że niektórzy z nich są dostatecznie rozu­mni, aby w końcu pojąć, że trzeba ustanowić jakieś różnice między nimi a zwierzętami - zacząłem ich napełniać Moimi dobrodziejstwami i zezwala­łem, by odnosili zwycięstwa nad tymi, którzy nie potrafili jeszcze poznać i zachować swojej godności. Ponieważ ich liczba wzrastała, posłałem do nich Mojego Syna ozdobionego wszystkimi Boskimi doskonałościami - był bowiem Synem Boga doskonałego. I to On wytyczył im drogi dosko­nałości. Przez Niego zaadoptowałem was w Mojej nieskończonej Miłości jako prawdziwe dzieci i później nie nazywałem was już zwykłym imieniem 'stworzenia', ale imieniem 'dzieci'.

Przyoblekłem was prawdziwym Duchem Nowego Prawa, który nie tyl­ko - jak ludzi dawnego prawa - odróżnia was od zwierząt, lecz wynosi was ponad ludzi Starego Testamentu. Podniosłem was wszystkich do god­ności dzieci Bożych. Tak, jesteście Moimi dziećmi i musicie mówić Mi, że jestem waszym Ojcem. Ufajcie Mi jednak jak dzieci, gdyż bez ufności ni­gdy nie będziecie mieli prawdziwej wolności.

Wszystko to powiedziałem wam, abyście poznali, że Ja przychodzę przez to Dzieło Miłości, by pomóc wam skutecznie zrzucić tyrańską nie­wolę, która więzi wasze dusze. Powiedziałem to także po to, aby dać wam zakosztować prawdziwej wolności. Z niej wypływa prawdziwe szczęście, wobec którego wszystkie ziemskie radości są niczym. Podnieście się wszy­scy ku tej godności dzieci Bożych i nauczcie się szanować waszą wielkość, a Ja będę bardziej niż kiedykolwiek waszym Ojcem, najbardziej kochają­cym i najmiłosierniejszym.

Przyszedłem przynieść Pokój przez to Dzieło Miłości temu, kto czci Mnie i ufa Mi. Zwłaszcza gdy Mnie wzywa i kocha jak swego Ojca spra­wię, że zstąpi na niego promień Pokoju we wszystkich jego przeciwnościach, niepokojach, we wszelkiego rodzaju udrękach. Jeżeli rodziny będą czcić Mnie i kochać jak Ojca, obdaruję je Moim pokojem, a z nim - Moją Opatrznością. Jeżeli robotnicy, przemysłowcy i różni rzemieślnicy będą Mnie wzywać i czcić, ofiaruję im Mój Pokój, Moją Siłę, ukażę się im jako Ojciec dobry i miłosierny. Jeżeli w każdej chrześcijańskiej społeczności bę­dzie się Mnie wzywać i czcić, ofiaruję Mój Pokój, okażę się najczulszym Ojcem i Moją Potęgą zapewnię zbawienie wieczne dusz.

Jeżeli cała ludzkość wezwie Mnie i uczci, sprawię, że zstąpi na nią, niby
dobroczynna rosa, Duch Pokoju. Jeżeli wszystkie narody będą Mnie wzywać i czcić, nigdy nie będzie już niezgody ani wojen, gdyż Ja jestem Bo­giem Pokoju i tam gdzie jestem nie będzie wojny.

Chcecie osiągnąć zwycięstwo nad waszym nieprzyjacielem? Wzywajcie Mnie, a zatriumfujecie nad nim zwycięsko. Przecież wiecie, że wszystko mogę Moją Potęgą. Zatem ofiarowuję wszystkim tę Potęgę, abyście się nią posługiwali teraz i w wieczności. Ja zawsze okażę się waszym Ojcem, oby­ście tylko wy dawali się poznać jako Moje dzieci. Czego mógłbym prag­nąć przez to Dzieło Miłości, jeśli nie znalezienia serc mogących Mnie zro­zumieć?

Jestem Świętością, którą posiadam w doskonałości i pełni. Ofiarowuję wam tę Świętość, której jestem Twórcą, przez Mego Ducha Świętego, i przywracam ją waszym duszom przez zasługi Syna. To właśnie przez Me­go Syna i Ducha Świętego przychodzę ku wam, do was i w was szukam Mojego wypoczynku. Słowa: 'przychodzę do was', wydadzą się niektó­rym duszom tajemnicze, jednak nie ma w nich żadnej tajemnicy. Po tym bowiem jak zleciłem Mojemu Synowi ustanowienie Najświętszej Euchary­stii, postanowiłem wchodzić w was za każdym razem, gdy przyjmujecie Świętą Hostię. Oczywiście, nic Mi nie przeszkadzało przychodzić do was także przed ustanowieniem Eucharystii, bo nie ma dla Mnie nic niemożli­wego! Jednak przyjmowanie tego Sakramentu jest działaniem łatwym do zrozumienia i wyjaśnia wam ono, w jaki sposób przychodzę do was.

Kiedy jestem w was łatwiej wam daję to, co posiadam, pod warunkiem że Mnie o to prosicie. Przez ten Sakrament łączycie się ze Mną ściśle i to w tej bliskości wylanie Mojej Miłości sprawia, że w duszy waszej rozlewa się Świętość, którą Ja posiadam. Zalewam was Moją Miłością, zatem po­winniście Mnie prosić o cnoty i doskonałość, których potrzebujecie, a mo­żecie być pewni, że w tych chwilach odpoczynku Boga w sercu Jego stworzenia nic nie będzie wam odmówione. Ponieważ posiadacie miejsce Mojego odpoczynku, czy więc nie zechcielibyście Mi go dać? Jestem wa­szym Ojcem i waszym Bogiem, czy ośmielicie się odmówić Mi tego? Ach, nie sprawiajcie Mi cierpienia waszym okrucieństwem wobec Ojca, który prosi was o tę jedyną łaskę dla Siebie.

Zanim skończę to Orędzie, pragnę wyrazić życzenie wobec pewnej li­czby dusz poświeconych Mojej służbie. Tymi duszami jesteście wy, kapła­ni, zakonnicy i zakonnice. Jesteście poświęceni Mojej służbie bądź w kon­templacji, bądź w dziełach miłosierdzia i apostolatu. Z Mojej strony jest to przywilej Mojej Dobroci, z waszej - wierność powołaniu dzięki waszej do­brej woli.

Oto i to życzenie: wy, którzy łatwiej pojmujecie to, czego oczekuję od ludzkości, proście Mnie, abym mógł spełniać Dzieło Mojej Miłości we wszystkich duszach. Wy znacie wszystkie trudności, które trzeba przezwy­ciężyć, aby zdobyć jedną duszę. Oto więc skuteczny środek, który sprawi, że łatwo wam będzie pozyskać dla Mnie ogromne mnóstwo dusz: środek ten polega właśnie na doprowadzeniu do tego, że będę znany, kochany i czczony przez ludzi. Przede wszystkim pragnę, abyście właśnie wy zaczęli jako pierwsi. Co za radość dla Mnie zająć pierwsze miejsce w domach ka­płanów, zakonników i zakonnic!

Co za radość dla Mnie znaleźć się jako Ojciec wśród dzieci Mojej Miło­ści!     Z wami, Moi bliscy, rozmawiać będę jak z przyjaciółmi! Będę dla was najdyskretniejszym z powierników! Będę dla was wszystkim, tym, Kto wy­starczy wam za wszystko. Będę przede wszystkim Ojcem, który przyjmuje wasze pragnienia, napełniając was Swoją Miłością, Swoimi dobrodziejst­wami, Swoją wszechobejmującą czułością.

Nie odmawiajcie Mi tej radości, której pragnę zażywać wśród was! Od­dam wam ją stokrotnie i, skoro będziecie Mnie czcić, Ja też uczczę was, przygotowując wam wielką chwałę w Moim Królestwie! Jestem Światłoś­cią światłości. Tam gdzie Ona wniknie, będzie życie, chleb i szczęście. Ta Światłość oświeci pielgrzyma, sceptyka, ignoranta. Oświeci was wszyst­kich, o ludzie, żyjący na tym świecie pełnym ciemności i nałogów. Gdyby­ście nie mieli Mojej Światłości, wpadalibyście w otchłań śmierci wiecznej!

Ta Światłość wreszcie oświecać będzie drogi - prowadzące do praw­dziwego Kościoła katolickiego - biednym dzieciom będącym jeszcze ofia­rami zabobonów. Okażę się Ojcem tych, którzy najbardziej cierpią na tej ziemi, dla nieszczęsnych trędowatych. Okażę się Ojcem tych wszystkich ludzi, którzy są opuszczeni, wyłączeni z każdej ludzkiej społeczności. Okażę się Ojcem strapionych, Ojcem chorych, a przede wszystkim konają­cych. Okażę się Ojcem wszystkich rodzin, sierot, wdów, więźniów, robot­ników, młodzieży. Okażę się Ojcem we wszystkich potrzebach. W końcu okażę się Ojcem królów, Ojcem ich narodu. Wszyscy odczujecie Moją Dobroć, wszyscy odczujecie Moją Opiekę i wszyscy ujrzycie Moją Potęgę!

Dla wszystkich Moje Ojcowskie i Boskie Błogosławieństwo. Amen!

Szczególnie dla Mojego syna i Przedstawiciela. Amen! Szczególnie dla Mojego syna Biskupa. Amen! Szczególnie dla Mojego syna, twojego Ojca duchownego. Amen! Szczególnie dla Moich córek, twoich Matek. Amen! Dla całej Kongregacji Mojej Miłości. Amen! Dla całego Kościoła i dla ca­łego Kleru. Amen! Szczególne błogosławieństwo dla Kościoła w Czyśćcu. Amen! Amen!

 

Oddano do druku w 65 rocznicę przekazania Orędzia, w pierwszym tygodniu sierpnia,

wybranym przez Boga Ojca dla uczczenia Jego Osoby.

 

Przedruk z Orędzia rozpowszechnianego przez

Wydawnictwa „Vox Domini" 43-190 Mikołów skr. poczt. 72

 


Modlitwa Matki Eugenii

       O, mój Ojcze niebieski, jak jest słodko i miło wiedzieć, że Ty jesteś moim Ojcem, a ja - Twoim dzieckiem! Przede wszystkim wtedy, gdy niebo mojej duszy jest czarne, a mój krzyż zbyt ciężki, odczuwam potrzebę, aby Ci powiedzieć: "Ojcze, wierzę w Twoją miłość do mnie!" Tak, wierzę, że Ty jesteś moim Ojcem, a ja -Twoim dzieckiem! Wierzę, że czuwasz w dzień i w nocy nade mną i że nawet jeden włos nie spadnie z mojej głowy bez Twojego pozwolenia! Wierzę, że jako nieskończenie Mądry wiesz lepiej niż ja, co jest dla mnie korzystne! Wierzę, że jako nieskończenie Mocny wyprowadzasz dobro ze zła! Wierzę, że jako nieskończenie Dobry, sprawiasz, iż wszystko służy dobru tych, którzy Cię kochają i pomimo rąk, które mnie ranią, całuję Twoją dłoń, która leczy!

       Wierzę, lecz pomnóż moją wiarę, a zwłaszcza moją nadzieję i moją miłość! Naucz mnie dobrze widzieć Twoją miłość, która kieruje wszystkimi wydarzeniami mojego życia. Naucz mnie zdawać się na Twoje prowadzenie jak dziecko w ramionach swej matki.

       Ojcze, Ty wiesz wszystko. Ty widzisz wszystko. Ty znasz mnie lepiej, niż ja znam samą siebie. Wszystko możesz i kochasz mnie! O, mój Ojcze, ponieważ chcesz, abyśmy prosili Cię o wszystko, przychodzę z ufnością prosić Cię z Jezusem i Maryją o.... (należy wymienić laskę, o którą się prosi). W tej intencji ofiaruję Ci - w jedności z ich Najświętszymi Sercami - wszystkie moje modlitwy, ofiary i umartwienia oraz największą wierność moim obowiązkom. * Udziel mi światła, siły i łaski Twojego Ducha! Umocnij mnie w tymże Duchu tak, żebym nigdy go nie straciła, nie zasmuciła ani nie osłabiła we mnie. Mój Ojcze, proszę Cię o to w Imię Jezusa Chrystusa, Twego Syna. A Ty, o Jezu, otwórz Swe Serce i włóż w nie moje serce, a potem razem z Sercem Maryi ofiaruj je naszemu Boskiemu Ojcu! W zamian za to wyproś mi łaskę, której tak potrzebuję!

       Mój Boski Ojcze, spraw, by Cię poznali wszyscy ludzie. Niech cały świat ogłasza Twoją dobroć i Twoje miłosierdzie! Bądź moim czułym Ojcem i chroń mnie wszędzie jak źrenicy Twoich oczu. Niech na zawsze zachowam godność Twojego dziecka. Zmiłuj się nade mną!

       Boski Ojcze, słodka Nadziejo naszych dusz, bądź znany, czczony i kochany przez ludzi! Boski Ojcze, nieskończona Dobroci objawiająca się wszystkim narodom, bądź znany, czczony i kochany przez ludzi! Boski Ojcze, dobroczynna Roso dla ludzkości, bądź znany, czczony i kochany przez ludzi!

 

* Jeśli modlitwę tę odmawia się jako nowennę, można dorzucić: "Przyrzekam Ci wierność szczególnie przez te 9 dni w sytuacjach.... w spotkaniach...".

 

LITANIA DO BOGA OJCA

Kyrie, eleison - Chryste, eleison - Kyrie, eleison.

Chryste, usłysz nas, Chryste, wysłuchał nas.

Ojcze z nieba, Boże - zmiłuj się nad nami.

Duchu Święty, Boże - zmiłuj się nad nami.

Święta Trójco, Jedyny Boże - zmiłuj się nad nami.



Boże, Ojcze nasz, któryś jest w niebie - przyjm uwielbienie nasze.

Boże, Ojcze nasz, wieczny i nieskończony,

Boże, Ojcze nasz, którego chwała przewyższa nasze pojęcie,

Boże, Ojcze nasz, doskonały i niezmienny,

Boże, Ojcze nasz, któryś jest początkiem i celem wszystkich stworzeń,

Boże, Ojcze nasz, który od wieków rodzisz umiłowanego Syna Swego - Słowo Swoje,

Boże, Ojcze nasz, któryś tak umiłował ludzi, żeś Syna Swego wydał na śmierć dla zbawienia naszego,

Boże, Ojcze nasz, którego najłaskawsza Opatrzność, czuwa i zachowuje,

Boże, Ojcze nasz, którego niepojętą świętość wysławiają aniołowie i święci w niebie,

Boże, Ojcze nasz, przez Ducha Świętego rządzący Kościołem Chrystusowym na ziemi,

Boże, Ojcze nasz, któryś nas stworzył na obraz i podobieństwo Swoje,

Boże, Ojcze nasz, godny najwyższej czci i najgłębszej miłości,



Boże, Ojcze nasz, przez miłość Twoją ku Jezusowi Chrystusowi Synowi Twojemu - Ciebie błagamy, zmiłuj się nad nami.

Boże, Ojcze nasz, przez Wcielenie Syna Twojego Jezusa Chrystusa,

Boże, Ojcze nasz, przez Mękę i Śmierć Syna Twojego Jezusa Chrystusa,

Boże, Ojcze nasz, przez Zmartwychwstanie i Wniebowstąpienie Syna Twojego Jezusa Chrystusa,

Boże, Ojcze nasz, przez niezliczone niekrwawe ofiary, jakie składa Ci za nas Twój Syn Jezus Chrystus,



Boże, Ojcze, usłysz nas,

Boże, Ojcze, wysłuchaj nas,



Od pychy umysłu - zachowaj nas, Boże, Ojcze.

Od niewdzięczności i oziębłości względem Twojego Ojcowskiego serca,

Od niewierności wobec Twojego Syna Jezusa Chrystusa,

Od lekceważenia natchnień Ducha Twojego Świętego,

Od zwątpienia w najmiłosierniejszą miłość Twoją,

Od oschłości serca i zamknięcia się w sobie,

Pod płaszczem Swej najłaskawszej Opatrzności



Umysł otwarty na prawdę Twoją - racz nam dać, Boże, Ojcze.

Wolę zjednoczoną z Twoją wolą,

Zjednoczenie z Tobą coraz doskonalsze,

Wytrwanie do końca przy Tobie,

Gorliwość o zbawienie innych dusz,

Pokorę prawdziwej mądrości,

Umiłowanie czystości,

Prawdziwą radość serca zjednoczonego z Tobą,.

Najdoskonalsze podobieństwo do Twego Syna Jedynego Jezusa Chrystusa.



Boże, Ojcze, usłysz nas,

Boże, Ojcze, wysłuchaj nas,

Boże, Ojcze, zmiłuj się nad nami.



Obietnica Maryi

Droga wiary nie jest łatwa, ale Bóg nieustannie wspomaga tych, którzy się Mu zawierzają. Czyni to przez Maryję... To Ją dał nam za Matkę pod krzyżem swego Syna, a Ona z ogromną miłością przyjęła z Jego dłoni całą ludzkość. Nie odrzuca nikogo, przyjmuje każdego, kto się do Niej ucieka.

Było zwykłe francuskie popołudnie, 27 listopada 1830 roku. Młodziutka nowicjuszka, s. Katarzyna Laboure, trwała w głębokiej ciszy po rozmyślaniu. W pew­nej chwili usłyszała szelest jedwabnej sukni, a gdy się odwróciła, zobaczyła Matkę Bożą stojącą jakby na połowie globu, mającą pod swymi stopami węża. W rękach trzy­mała złotą kulę zwieńczoną małym krzy­żem, symbolizującą świat, który Maryja ofiarowywała Bogu. Z pierścieni na Jej dłoniach wychodziły promienie.

Nie potrafię wyrazić tego, co czułam wówczas, gdy zobaczyłam piękno i blask olśniewających promieni" - relacjonowała Katarzyna. „Pani mówiła: »To są symbole łask. Rozdzielam je między tych, któ­rzy o nie proszą«. Zdałam sobie wówczas sprawę z tego, jak dobrą rzeczą jest modlić się do Najświętszej Panny. (...) Głos mówił dalej: »Klejnoty, które nie wysyłają świe­tlistych promieni, oznaczają łaski, o które ludzie zapomnieli prosić«"...

Po chwili wokół postaci Maryi utwo­rzył się owalny, złoty napis: „O Maryjo, bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy". Madonna powiedziała: „Trzeba przygotować medalik według tego wzoru. Wszy­scy, którzy go będą nosić, otrzymają wiele łask. Medalik ten powinni nosić na szyi. Ci, którzy będą go nosić z ufno­ścią, doznają większej obfitości łask"...

Katarzyna zobaczyła jeszcze drugą stronę medalika - monogram Najświętszej Maryi Panny, krzyż i poniżej dwa serca: Jezusa i Maryi. Jedno okolone cierniami przypominającymi o męce Pana Jezusa i Jego odkupieńczej śmierci, drugie prze­bite mieczem, zgodnie z zapowiedzią pro­rocką daną Maryi: „Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu" (Łk 2,35).

Tę wyjątkową obietnicę Maryi zwią­zaną z Cudownym Medalikiem Kata­rzyna przekazała swemu spowiednikowi.

Od tamtego czasu aż do dziś wszyscy, którzy z ufnością uciekają się do Maryi i na znak całkowitego oddania się Jej noszą ten medalik, doświadczają Jej szczególnego wstawiennictwa.

Znane są przypadki uzdrowień, spek­takularnych nawróceń, ocaleń... Wśród nich także historia Claude'a Newmana, czarnoskórego dwudziestoletniego chło­paka skazanego na karę śmierci...

 

Rok 1944, Missisipi na południu

Stanów Zjednoczonych.

Claude Newman, czarnoskóry

dzwudziestolatek, czeka

w więzieniu stanowym na swoją

egzekucję.

Claud Newman urodził się w 1923 r. w małej miejscowości nad rzeką Missi­sipi, w Stanach Zjednoczonych. Kiedy skończył 5 lat, uciekł od swojej matki i razem z bratem wychowywał się u swej babci Ellen. Już w bardzo wczesnym wieku rozpoczął ciężką pracę na planta­cjach Ceresu. To tu pracował również Sid Cook, za którego wyszła jego babcia.

Kiedy Claude miał już 19 lat, pew­nego dnia zobaczył, jak przyszywany dziadek bił i poniewierał jego ukochaną babcię. Na fali nagłej złości chłopak zabił agresora i uciekł z miejsca zdarzenia. Kilka tygodni później został złapany. Ska­zano go za to zabójstwo na karę śmierci na krześle elektrycznym.

Pewnego wieczoru, siedząc w celi wraz z czterema innymi więźniami, Claude zauważył na szyi jednego z nich owalną blaszkę na rzemyku. Zaintereso­wany zapytał, co to jest. Kiedy usłyszał odpowiedź, że to „medalik", pytał dalej. Współwięzień, nie umiejąc mu tego wyjaśnić, zezłoszczony zerwał „blaszkę" i, przeklinając, rzucił Claude'owi pod nogi. On podniósł ją i za zgodą straż­nika zawiesił sobie na szyi, ciesząc się z nowej ozdoby.

Pewnej nocy po tym wydarzeniu Claude przeżył przedziwne zdarzenie. Jak opowiadał później księdzu, nagle w środku nocy poczuł, że ktoś go dotyka, i obudził się z przerażeniem. Stała przy nim Pani, „najpiękniejsza spośród tych, jaką Bóg mógł stworzyć". Na początku był bardzo wystraszony i nie wiedział, co robić, ale Ona powiedziała: „Jeśli chcesz być moim dzieckiem i mieć Mnie za Matkę, każ zawołać katolickiego księ­dza" i zniknęła... Niemający do czy­nienia z Kościołem katolickim Claude nigdy nie wpadłby na to, że ksiądz może mu w czymkolwiek pomóc i ostatecznie doprowadzić go do zbawienia, ale zrobił tak, jak poleciła mu Pani.

Katechezy

I tak oto następnego ranka do Clau­de^ Newmana przyszedł ojciec Robert O'Leary, misjonarz pracujący na tamtym] terenie. Newman wyjawił mu tajemnicę) ostatniej nocy, po czym razem z innymi! więźniami, ku wielkiemu zdziwieniu ojca l O'Leary'ego, poprosił o jej  wyjaśnię- j nie. Kapłan podszedł do tego sceptycz-j nie, choć czterech pozostałych więźniów, mimo że nie widziało i nie słyszało głosu tej Pani, żywo potwierdziło, że historia ! opowiadana przez Claude'a była praw- ; dziwa. Misjonarz zgodził się na udziela­nie im lekcji katechizmu.

Okazało się, że Claude Newman nie potrafił ani czytać, ani pisać, gdyż nigdy nie chodził do szkoły. Brakowało mu podsta­wowej wiedzy religijnej... Właściwie to nie wiedział prawie nic - nie znał Jezusa, sły­szał tylko, że istnieje Bóg. Tak rozpoczęły

się lekcje Claude'a, któremu towarzyszyli inni więźniowie. Wkrótce okazało się, że jest szczególnym uczniem...

Tajemnica spowiedzi

Któregoś dnia o. O'Leary rozpoczął katechezę o sakramencie spowiedzi św. Jak wielkie było jego zdziwienie, gdy Claude powiedział: „O tym już słysza­łem. Pani powiedziała, że kiedy przy­stępujemy do spowiedzi, to nie klękamy przed księdzem, ale przed krzyżem Jej Syna. A jeśli naprawdę żałujemy za nasze grzechy i je wyznajemy, to Krew, którą Jezus wylał za nas na krzyżu, obmywa nas i oczyszcza z naszych win".

Ksiądz był poruszony. A gdy odszedł z Claude'em na bok, by inni nie słyszeli, ten rozpoczął poważnie: „Pani powie­działa mi też, że za każdym razem, kiedy przyjdzie księdzu zwątpienie lub strach, powinienem księdzu przypomnieć o obiet­nicy złożonej przez księdza w 1940 roku w okopach w Holandii, na której wypeł­nienie Ona wciąż czeka". Claude opi­sał mu, na czym owa obietnica polegała, i ta niesamowita rzecz w pełni przekonała ojca O'Leary'ego, że to Matka Boża roz­mawiała z chłopakiem.

Claude dodawał odwagi swoim kole­gom: „Nie bójcie się iść do spowiedzi! Ja wyznałem swoje grzechy Bogu. Matka Boża mi to wyjaśniła: my mówimy do Boga poprzez księdza, a Bóg przez księdza mówi do nas"...

Tajemnica Komunii św.

Jakiś tydzień później o. O'Leary chciał opowiedzieć swoim pięciu więźniom o Najświętszym Sakramencie. Claude znów sprawiał wrażenie, jakby Matka Boża już wcześniej mu o tym powie­działa. Za zgodą księdza zaczął wyjaśniać: „Matka Boża powiedziała mi, że Komu­nia Święta dla naszych oczu wygląda jak kawałek chleba, ale ta Biała Hostia jest rzeczywiście najprawdziwszym ciałem Jej Syna. Wyjaśniła mi, że Jezus - przy­chodząc w Komunii św. - jest we mnie. Co więcej, jest takim, jakim był wtedy, kiedy żył, kiedy urodził się w Betlejem.

Dlatego czas po przyjęciu Komunii św. muszę poświęcić tylko Jemu, czyniąc tak, jak On czynił przez całe swoje życie: kochając Go, modląc się do Niego, pro­sząc Go o błogosławieństwo, dziękując Mu. W tej chwili nie powinienem trosz­czyć się o nikogo i o nic, ale poświęcić ten czas tylko Jemu".

W końcu nadszedł czas zakończe­nia nauki. 16 stycznia 1944 roku Claude Newman razem z innymi współwięźniami zostali ochrzczeni w Kościele katolickim. Cztery dni później, pięć minut po pół­nocy, miała nastąpić egzekucja. W przed­dzień egzekucji szeryf Williamson zapytał Claude'a o jego ostatnie życze­nie. Było nim, ku zdziwieniu wszystkich, wspólne świętowanie. Claude cieszył się, że wkrótce spotka Jezusa, którego tak bardzo pokochał; który przebaczył mu wszystkie grzechy w sakramentach chrztu i pojednania. Strażnicy wraz z więź­niami spędzili świętą godzinę, uczest­nicząc w drodze krzyżowej i modląc się za Claude'a. Po zakończeniu o. O'Leary przyniósł Najświętszy Sakrament i udzie­lił Claude'owi Komunii św. Potem razem uklękli i, modląc się, oczekiwali. Godzina egzekucji zbliżała się nieubłaganie...

Ofiara miłości

Nagle, kwadrans przed egzekucją, wbiegł do skazańca szeryf Williamson, przy­nosząc decyzję o przesunięciu wyroku o 2 tygodnie. Szeryf wraz z prokuratorem okręgowym próbowali za wszelką cenę ratować jego życie. Claude się rozpła­kał. Ojciec O'Leary i szeryf Williamson myśleli, że były to łzy radości i ulgi z prze­sunięcia wyroku, ale Claude, zanosząc się od płaczu, mówił: „Nic nie rozumiecie! Czy kiedykolwiek widzieliście Jej twarz i czy patrzyliście w Jej oczy? Gdyby tak było, nie chcielibyście żyć ani dnia dłużej. Co złego zrobiłem w ciągu tych ostatnich dni?" pytał księdza „że Bóg

I

 

odmawia mi powrotu do domu? Dla­czego muszę pozostać jeszcze przez dwa tygodnie na ziemi?"...

Życie każdego wierzącego jest jedy­nie przygotowaniem na spotkanie z Miło­siernym Jezusem. Claude czuł się w pełni przygotowany... Jednak oprócz odpowie­dzialności za siebie każdy chrześcijanin odpowiada również za zbawienie innych i ma do spełnienia ważne zadanie. Pisał o tym św. Paweł: „Z dwóch stron doznaję nalegania: pragnę odejść i być z Chrystu­sem, bo to o wiele lepsze, pozostawać zaś w ciele - to bardziej dla was konieczne" (Flp 1,23). Wiedział o tym doświadczony kapłan o. O'Leary, który nagle zrozumiał, że jest w tym pewny Boży zamysł wobec Calude'a. Chodziło o Jamesa Hughsa -mordercę, który choć był wychowany w wierze katolickiej, prowadził niemo­ralny tryb życia i niedawno został skazany za morderstwo. „Być może Maryja prosi cię, abyś ofiarował ten dodatkowy czas bycia tutaj, na ziemi, w intencji nawró­cenia Hughsa?" - mówił ksiądz. „Dla­czego nie ofiarujesz Bogu każdej chwili twojego oddzielenia od Maryi za tego skazańca, aby nie pozostał na wieki oddalony od Boga?". Claude zgodził się i poprosił księdza, aby nauczył go modli­twy, którą mógłby ofiarować w intencji zbawienia Jamesa Hughsa.

Jeszcze tego samego dnia chło­pak zwierzył się: „Ojcze, od samego

(Komunia Święta dla naszych oczu wygląda jak kawatek chleba, ale ta Biała Hostia jest rzeczywiście najprawdziwszym ciałem Jej Syna)

początku mojego pobytu w więzieniu Hughs mnie nienawidził, teraz jednak jego nienawiść nie zna granic". . . Pomimo tego przez swe ostatnie dwa tygodnie ziemskiego życia dwudziestolatek nie­ustannie modlił się za Hughsa, przeba­czając mu wszystko i błagając o łaskę nawrócenia dla niego. Czternaście dni później Claude został stracony. Ojciec O'Leary powiedział: „Nigdy wcześniej nie widziałem nikogo, kto tak rado­śnie szedł na spotkanie śmierci"... Tuż przed śmiercią chłopak powiedział ojcu: „Jestem gotowy odejść".

Spełniona obietnica

Trzy miesiące później, 19maja 1944 roku, został wykonany wyrok Jamesa Hughsa, białego, który tak bardzo nienawidził Claude'a Newmana. Ojciec O'Leary rela­cjonuje: „Żadne słowa nie mogą opisać jego nienawiści do Boga i do wszyst­kiego, co duchowe. W ostatniej chwili, zanim został przekręcony klucz w zamku do celi śmierci, lekarz okręgowy powie­dział, aby przynajmniej klęknął i zmówił modlitwę »Ojcze nasz«. Więzień w odpo­wiedzi, przeklinając, plunął lekarzowi

w twarz. Zanim jeszcze Hughs został przypięty do krzesła elektrycznego, sze­ryf zapytał po raz kolejny: »Jeśli ma pan coś do powiedzenia, proszę teraz powie­dzieć!^ Skazaniec jeszcze raz zaklął, lecz nagle umilkł, utkwił przerażony wzrok w kącie celi, po czym krzyknął do szeryfa: »Proszę zawołać księdza!«". Zgodnie z przepisami kapłan powinien był być obecny w trakcie egzekucji, jed­nak skazany groził, że przeklnie Boga, gdyby jakiś klecha odważył się przyjść, dlatego ojciec O'Leary był ukryty mię­dzy dziennikarzami, modląc się za ska­zańca. Zawołany, natychmiast podszedł do Hughsa, który wyznał: „Byłem kato­likiem, jednak z powodu życia, jakie prowadziłem, w wieku 18 lat oddaliłem się od Kościoła". W celi pozostał tylko on i ksiądz, który wysłuchał długiej, bole­snej spowiedzi z całego życia przestępcy.

Gdy wszyscy wrócili, szeryf, zacie­kawiony, zapytał Jamesa: „Co tak nagle poruszyło twoje sumienie?". „Pamięta pan tego czarnoskórego, Claude'a Newmana, którego tak nienawidziłem?" - zapytał zupełnie przemieniony Hughs. „Zobaczy­łem go, jak stal w tym kącie, a Święta Panienka trzymała rękę na jego ramie­niu. Powiedział do mnie: »Ofiarowałem swoją śmierć, w jedności z Chrystu­sem na krzyżu, aby cię uratować. Ona, Matka Boża, dała mi łaskę zobaczenia w piekle miejsca, do którego trafisz, jeśli nie będziesz żałował za uczynione zło i się nie nawrócisz«. W tym momen­cie zażądałem księdza"...

Krótko po tym James Hughs został stra­cony, ale dzięki ogromnej łasce Boga zdążył się nawrócić dosłownie w ostatniej chwili. Bóg „jest cierpliwy w stosunku do was. Nie chce bowiem niektórych zgubić, ale wszystkich doprowadzić do nawrócenia" (2 P 3,9). Nie może jednak zbawiać nas bez naszego udziału, bez naszej zgody, ponie­waż szanuje naszą wolę.

Claude otworzył się na wołanie Maryi, nawrócił się i całym sobą przy­lgnął do Jezusa. Dzięki jego modlitwie i przebaczeniu również nienawidzący go James w ostatniej chwili odpowiedział na wezwanie do nawrócenia się.

Nadzieja dla nas

Święty Maksymilian Maria Kolbe pisał, że kto „tylko zgodzi się nosić na sobie Cudowny Medalik", ukocha Niepoka­laną całym sercem i będzie się do Niej w modlitwie uciekał we wszystkich

swoich trudnościach i pokusach, ten „nie­bawem, a zwłaszcza w Jej święto, da się namówić do spowiedzi. Dużo jest zła na świecie, ale pamiętajmy, że Niepoka­lana jest potężniejsza".

Maryja pragnie zaprowadzić wszyst­kich grzeszników do Jezusa, który w sakramencie pokuty dokonuje cudu przebaczenia wszystkich grzechów. „Kiedy się zbliżasz do spowiedzi - mówi Jezus - wiedz o tym, że Ja sam w kon­fesjonale czekam na ciebie, zasłaniam się tylko kapłanem, lecz sam działam w duszy. (...) Z tego źródła miłosierdzia dusze czerpią łaski jedynie naczyniem ufności" (Dz. 1602). „Pomimo nędzy, jaką jesteś, łączę się z tobą i odbieram ci nędzę twoją, a daję ci miłosierdzie Moje. (...) Im większy grzesznik, tym ma więk­sze prawa do miłosierdzia Mojego... Kto ufa miłosierdziu Mojemu, nie zgi­nie, bo wszystkie sprawy jego Moimi są, a nieprzyjaciele rozbiją się u stóp pod­nóżka Mojego" (Dz. 723).

Święty o. Maksymilian Maria Kolbe codziennie zawierzał siebie Niepokala­nemu Sercu Maryi, bo wiedział, że jest to najprostsza i najpewniejsza droga do Chrystusa. To poświęcenie się Niepo­kalanemu Sercu Maryi oznacza przy­jęcie Jej pomocy w ofiarowaniu nas samych jedynemu naszemu Zbawicie­lowi Jezusowi Chrystusowi. Znakiem tego całkowitego oddania się Jezusowi przez Maryję jest Cudowny Meda­lik. Wśród relikwii pozostałych po św. o. Maksymilianie jest także i on, z któ­rym Święty nigdy się nie rozstawał. Hitlerowcy odebrali mu go podczas prze­słuchania na Pawiaku - przed tym, jak wywieźli o. Maksymiliana do obozu koncentracyjnego w Auschwitz - i wraz z innymi rzeczami odesłali do klasztoru, w którym mieszkał, w Niepokalanowie.

Jeżeli będziemy codziennie zawie­rzać siebie Jezusowi przez Maryję i na znak tego zawierzenia będziemy nosić Cudowny Medalik, wtedy będziemy doświadczać szczególnych łask, o których pisał Święty w jednym ze swoich listów: „Ten uratował wiarę przed zakusami jeho-witów, ta obroniła swój ą cześć dziewiczą, inna odzyskała spokój duszy po kilkuna­stoletnich cierpieniach duchowych".

W chwilach zwątpienia, w chwilach udręki i pokus, w ewangelizacji, „kiedy i na nas będzie nacierała pokusa, wtedy Medalik przypomni nam, żeśmy oddani nieodwołalnie Niepokalanej" - pisał św. Maksymilian, który w niemieckim

obozie koncentracyjnym Auschwitz w akcie heroicznej miłości dobrowol­nie poszedł na śmierć w bunkrze gło­dowym w zamian za ojca rodziny.

Matka Boża w Fatimie powie­działa, że najważniejszym środkiem ratującym ludzkość przed ateizmem i wiecznym potępieniem jest całkowite oddanie się Jezusowi przez Jej Niepo­kalane Serce.

Tylko miłosierdzie Chrystusa może przezwyciężyć całą grozę zła, które ciąży nad ludźmi lekceważącymi i gar­dzącymi Bogiem. Chrystus potrzebuje jednak naszej zgody, aby mógł zba­wiać nas i przez nas docierać swoją miłością do największych grzesz­ników. Daje nam swoją Matkę, aby nas uczyła żywej wiary i prowadziła do Niego, jedynego Źródła Zbawienia.

Być całym dla Jezusa przez Maryję, czego wyrazem powinno być noszenie Cudownego Medalika, ma się wyra­żać w: 1. W znienawidzeniu grzechu i życiu zgodnym z nauką Kościoła katolickiego. 2. W codziennej lektu­rze Pisma św., modlitwie różańcowej i Koronce do miłosierdzia Bożego. 3. W regularnym przystępowaniu do sakramentu pokuty, aby zawsze być w stanie łaski uświęcającej. 4. W jak najczęstszym uczestniczeniu w Eucha­rystii i adoracji Najświętszego Sakra­mentu. 5. W praktyce pierwszych piątków i sobót miesiąca w inten­cji wynagrodzenia za grzechy własne i całego świata, a dla tych, co mogą, również w poście o chlebie i wodzie w środy i piątki.

Wtedy ,jako nienaganne dzieci Boże pośród narodu zepsutego i prze­wrotnego" staniemy się źródłami Bożego „światła w świecie" (Flp 2,15).

 

Objawienia Matki Bożej  27 listopada 1830 roku  Paryż 

Cudowny Medalik

 

Pobożni katolicy noszą różne medaliki . Jednak  na szczególną uwagę zasługuje Medalik Niepokalanego Poczęcia ,zwany powszechnie cudownym medalikiem .Wyjątkowość polega na  tym że został zaprojektowany ,przez Najświętszą Maryję Pannę .Niebo przypisało do niego  niezliczone łaski . Miliony ludzi  ,od Papieży poczynając , a na niewierzących kończąc ,złożyło piękne świadectwo jego mocy . Cudowny Medalik został pokazany św. Katarzynie Laboure 27 listopada 1830 r. w Paryżu . Katarzyna ujrzała Matkę Bożą stojącą na kuli ziemskiej . Z wyciągniętych dłoni tryskały promienie światła . Wokół otoczonej owalem figury widniał napis: ,, O Maryjo bez grzechu poczęta módl się za nami ,którzy się do Ciebie uciekamy". Najświętsza Maryja Panna powiedziała : ,, Każ wybić ten medalik . Ci którzy będą go nosić otrzymają wielkie łaski  ".Kiedy wizja obróciła się wokół osi ,oczom wizjonerki ukazał sie rewers Medalika a na nim litera M z krzyżem oraz Najświętsze Serce Jezusa ukoronowane cierniem i Niepokalane Serce Maryi przebite mieczem .  Ten prosty medalik wybrał Bóg ,by uczynić z niego klucz do skarbca łask . A przecież klucz zawsze jest niepozorny . Jest tylko narzędziem Ten kto go posiada , wchodzi w nieogarniony świat darów ,łask ,Charyzmatów ,jakie Pan zgromadził dla dziedziców niebieskiego królestwa .Święta Katarzyna Laboure pisze : w dniu 27 listopada 1830 roku który wypadł w sobotę  przed pierwsza niedzielą Adwentu , o wpół do szóstej wieczorem  , w czasie głębokiego milczenia po przeczytaniu tematu do medytacji , to jest w kilka minut po tym , usłyszałam dźwięk , jakby szelest jedwabnej sukni , z balkonu koło obrazu św. Józefa.... . Rozmyślanie odprawiane przez Katarzynę stało się bramą , prze którą Maryja ,,weszła'' w nasz świat , by objawić prawdy ,nad którymi do dziś rozmyślają pokolenia . Fakt  ten wiele nam mówi o znaczeniu medytacji w chrześcijańskim życiu . Do niej wzywa w swym najnowszym liście apostolskim ,, Rosarium  Virginis Mariae '' Jan Paweł II , gdy pisze : ,, Istnieje dziś również na Zachodzie nowa potrzeba medytacji ,która znajduje czasem w innych religiach dość atrakcyjne sposoby realizacji . Nie brak chrześcijan , którzy nie znając dobrze chrześcijańskiej tradycji kontemplacyjnej , ulegają wpływom tych propozycji " Rue du Bac  przypomina o wartości  tradycyjnych form medytacji  chrześcijańskiej . 

....... Odwróciłam się w tym kierunku i zobaczyłam Najświętsza Maryję  Pannę na wysokości obrazu św. Józefa .Najświętsza Dziewica stała .Była wzrostu średniego ,cała ubrana na biało . Biel Jej sukni była bielą jutrzenki . Jej suknia miała krój a la Vierge , takie suknie zwykle nosiły panny . Zakrywały one szyję i miały proste rękawy  . Jej  głowę okrywał  biały welon , który spadał po obu stronach aż do stóp .Pod welonem Jej włosy skręcone w loki , spięte były opaską ozdobione koronką , która wystawała w górę na trzy centymetry ,czyli na szerokość dwóch  palców ,bez fałd ,lekko opierając się o włosy . jej twarz była odsłonięta i tak piękna że nie wydaje mi się możliwe , by jej zachwycające piękno można było opisać . Jej stopy spoczywały na białej kuli , a właściwie półkuli.  Był tam też wąż koloru zielonego ,NMP stopą swoją zdeptała mu głowę . Symbol Niewiasty i węża u jej stóp znany jest wszystkim wierzącym . Pojawia się on  dwukrotnie w Biblii : w pierwszej księdze Starego Tastamentu , gdy Bóg zapowiada nieprzyjaźń między Niewiastą i szatanem , oraz w ostatniej księdze  nowotestamentalnej , gdzie zapowiada ostateczne zwycięstwo  Jezusa Chrystusa .Gdy wielu zastanawia się nad tym ,kogo symbolem  jest jest owa Niewiasta , my mamy już pewność , że jest to Maryja ! To o Niej mówią proroctwa z Księgi Rodzaju i Apokalipsy ! ...........  Ręce miała lekko wzniesione i trzymała w nich  bardzo swobodnie złotą kulę , jakby ofiarowując ją Bogu . Na szczycie kuli znajdował się mały złoty krzyżyk . Kula ta  przedstawia kulę ziemską . Oczy Najświętszej Maryi Panny były teraz wzniesione  ku niebu , a nie opuszczone . twarz była tak piękna .....  Maryja modli się , adoruje , kontempluje Boga . To jej zadanie rozpisane na całą wieczność , to źródło jej niebiańskiego szczęścia i spełnienia . Znów przebóstwiona twarz Matki Bożej przykuwa twarz wizjonerki . I znów nie umie wyrazić słowami tego co widzi  . Drugi raz Katarzyna próbuje ją opisać , i drugi raz się cofa .Zrezygnowana pisze : .... Twarz była tak piękna , że nie potrafię tego opisać . Nagle na jej  palcach zobaczyłam pierścienie , po trzy na każdym palcu. U nasady palców były największe ,w środku średnie , a na końcach palców najmniejsze . Każdy pierścień był wysadzany drogimi kamieniami  - jedne były piękniejsze od drugich - Tylko tyle . bo jak opisać coś , co jest symbolem Trójcy Św. i źródłem wszystkich łask Cdn..

 

Nawrócenie Rabina Rzymu

13 lutego 1945 r. największe agencje informacyjne świata podały wiadomość, że Wielki Rabin Rzymu, prof. Izrael Zoili, przyjął chrzest w Kościele kato­lickim. Zoili urodził się w 1881 r. w Polsce, w miejscowości Brody, na terenach ówczesnego zaboru austriackiego (Galicji). Jego matka pochodziła ze znanej rodziny uczonych rabinów, a ojciec z bogatej rodziny Zollerów, właścicieli fabryki włókienniczej w Lodzi.

Dzieciństwo

Od najmłodszych lat Izrael Zoili, tak jak i inne żydowskie dzieci w Polsce, przy­jaźnił się z katolickimi dziećmi. Tak póź­niej o tym pisał: „My, dzieci hebrajskie, kochaliśmy naszych chrześcijańskich kolegów, a oni kochali nas. Nie wiedzie­liśmy nic o różnicach rasowych; wie­dzieliśmy, że nasze religie różnią się, dlatego też gdy nadchodziła lekcja reli­gii, każdy podążał do innej sali. Gdy lekcja kończyła się, znów się wszyscy spotykaliśmy".

Izrael często przychodził do domu swojego przyjaciela Staszka, gdzie był z wielką miłością goszczony. W miesz­kaniu Staszka na ścianie wisiał duży krzyż. Izrael patrzył z zadumą na Jezusa przybitego do krzyża i stawiał sobie pytania: Kim jest ten Człowiek wiszący na krzyżu? Dlaczego Go ukrzyżowano? Na lekcjach religii w gminie żydowskiej mówiono mu, że Jezus był bluźniercą, ponieważ jako człowiek uważał siebie za Boga i dlatego został skazany na śmierć przez ukrzyżowanie.

Jednak Izrael widział, że zarówno Sta­szek, jak i jego mama oraz wielu innych wyznawców ukrzyżowanego Jezusa byli ludźmi o wielkiej życzliwości i bezinte­resownej miłości. Skoro oni mają taką miłość w swoich sercach, to jak wielką miłość musiał mieć Jezus, w którego oni wierzą! Świadectwo ich życia jeszcze bardziej skierowało myśli małego Izra­ela ku Jezusowi wiszącemu na krzyżu.

Myśl o cierpieniu i śmierci krzyżo­wej Chrystusa z nową mocą pojawiła się u niego, kiedy w szkole hebrajskiej uczył się o cierpiącym Słudze Jahwe z Księgi Proroka Izajasza. Wprawdzie nauczyciel z gminy żydowskiej tłumaczył, że Sługą Jahwe jest cały Naród Wybrany, albo jeden z królów izraelskich, ale mimo wszystko myśli o Jezusie nie opuszczały chłopca, który intuicyjnie wyczuwał, że tym cierpiącym Sługą z pieśni Izajasza jest Jezus przybity do krzyża.

Wielki wpływ na wychowanie reli­gijne Izraela miała jego matka, kobieta rozmodlona i pełna bezinteresownego

poświęcenia w służbie innym. Tak po latach do niej pisał: „Mamo moja, dzisiaj rozumiem i zachwycam się Tobą i Twój ą duszą; (...) Ty także, Mamo, jesteś jak ten cierpiący sługa z Biblii". I znowu znoszenie cierpień przez mamę, cierpliwe i z miłością, kierowało myśl dorastają­cego Izraela na cierpiącego w milczeniu Sługę Jahwe z Księgi Izajasza. Chłopiec zaczął odkrywać w swoim sercu wielką tajemnicę współcierpienia Boga z cier­piącym człowiekiem, a znakiem tego był Jezus przybity do krzyża.

Studia

W 1895 r. rodzina Zollerów przeniosła się w okolice Lwowa i tam zamieszkała. Kil­kunastoletni Izrael intensywnie się uczył, aby zdobyć uprawnienia do naucza­nia dzieci religii w gminie żydowskiej. Im bardziej zdobywał teologiczną wie­dzę, tym mocniej powracało doń pyta­nie: czy Jezus wiszący na krzyżu może być Mesjaszem i prawdziwym Bogiem? Skłoniło go to do wnikliwego czyta­nia i analizowania tekstów Ewangelii.

Porównywał i zestawiał ze sobą teksty Biblii hebrajskiej i Nowego Testamentu. Czytał komentarze rabiniczne i porów­nywał je z tym, co znalazł w nauczaniu Jezusa. Ku swojemu zdumieniu odkrył, że niekiedy rabiniczna egzegeza wska­zywała na samoubóstwienie patriarchy Jakuba, który nieświadomie postawił się w roli mającego przyjść Mesjasza. A więc z punktu widzenia rabinów żydowskich myśl o bóstwie Jezusa nie była aż tak całkowicie niemożliwa do przyjęcia.

Po śmierci ukochanej matki Izrael roz­począł studia na uniwersytecie w Wied­niu, a później przeniósł się do Florencji, gdzie studiował w Kolegium Rabinicznym i w Instytucie Studiów Wyższych. Studia zakończył doktoratem z psychologii oraz dyplomami z nauk judaistycznych, t>

lingwistyki i filozofii. W 1913 r. Izrael Zoller ożenił się z Adelą, która urodziła mu córkę Dorę. Niestety, po czterech latach szczęśliwego małżeństwa Adela zachorowała i umarła. Było to dla Izraela szczególnie bolesne doświadczenie.

Naczelny Rabin Triestu

W 1920 r. Izrael powtórnie się żeni i otrzymuje nominację na Naczelnego Rabina Triestu. Wkrótce jego nowa żona, Emma, rodzi mu córkę Miriam. W 1933 r. Zoili uzyskuje włoskie obywatelstwo i wtedy faszystowskie władze zmuszają go do zmiany nazwiska z Zoller na bar­dziej po włosku brzmiące Zoili. Wtedy też otrzymał nominację na kierownika Katedry Języka i Literatury Hebrajskiej na uniwersytecie w Padwie. Jego studen­tami byli liczni kapłani i klerycy, którzy zafascynowani duchowością prof. Zol-lego, modlili się za niego, aby przyjął chrzest w Kościele katolickim.

Obowiązki służbowe i rodzinne bar­dzo absorbowały rabina. W czasie wol­nym z wielką pasją oddawał się lekturze Pisma św. Starego i Nowego Testamentu. Stawało się dla niego coraz bar­dziej oczywiste, że wszystkie proroc­twa i zapowiedzi Starego Testamentu wypełniły się w Nowym. Już wtedy pojawiały się u niego myśli, aby przyjąć chrzest w Kościele katolickim.

W miarę jak wgłębiał się w lekturę Ewangelii, rabbi Izrael coraz pełniej fascy­nował się osobą Chrystusa. Wspomina, że pewnego razu, kiedy pisał naukowy artykuł, nagle przerwał i zaczął wzywać Jezusa. Po jakimś czasie zobaczył obok siebie Jego jaśniejącą postać. Tak o tym pisze w swojej autobiografii: „Wpatrywa­łem się w Niego przez dłuższy czas, nie odczuwając ekscytacji, lecz zachowując całkowity spokój ducha. (...) Nie pragną­łem mówić o tym z kimkolwiek, ani nie uznawałem tego za nawrócenie. To, co się stało, dotyczyło mnie i tylko mnie. Moja głęboka miłość do Jezusa i doznania, jakie przeżyłem, nie dotyczyły kogokol­wiek innego; nie wydawało mi się rów­nież wtedy, że oznaczają one zmianę religii. Jezus wkroczył w moje wnętrze jako gość, przywołany i pożądany. (...) Uważałem się za Hebrajczyka, ponie­waż byłem Hebrajczykiem z urodzenia i jednocześnie kochałem Jezusa Chry­stusa. Wydawało mi się, że ani judaizm, ani chrześcijaństwo nie kolidują z moją miłością do Jezusa. Jezus obecny był we mnie, a ja w Jezusie". To było dla rabina Izraela Zollego mistyczne doświadcze­nie realnej obecności zmartwychwstałego Pana, które wpłynęło na całe jego życie. Wtedy jeszcze nie rozumiał, że przy­jąć osobę Jezusa oznacza stać się człon­kiem Jego mistycznego Ciała, którym jest Kościół katolicki.

Już po przyjęciu chrztu Zoili napi­sał tak: „Nawrócenie polega na odpo­wiedzi na wezwanie Boga. Człowiek nie nawraca się w momencie przez sie­bie wybranym, lecz w godzinie, w któ­rej otrzymuje wezwanie Boga. Gdy wezwanie zostaje usłyszane, temu, kto je otrzymuje, pozostaje tylko jedno: być posłusznym".

Podczas swojej pracy naukowej rabin Izrael Zoili, jako wybitny znawca języ­ków semickich, dokonał niezwykle ważnego odkrycia. Stwierdził on miano­wicie, że grecki tekst Ewangelii wskazuje na istnienie wcześniejszych hebrajskich

źródeł, z których te greckie teksty pocho­dzą. Wiele lat później zostało to potwier­dzone przez takich katolickich biblistów jak Jean Carmignac i Claude Tresmon-tant. Ma to ogromne znaczenie, ponie­waż wskazuje na wiarygodność opisów Ewangelii: że relacjonują one dokładnie to, co się wydarzyło, w kontekście kultury i przekonań ówczesnego Izraela.

W 1938 r. Zoili publikuje książkę // Nazareno (Nazarejczyk), w której jed­noznacznie wykazuje, że Jezus jest zapo-? wiedzianym przez Boga Mesjaszem. Zaskakujący jest fakt, że w środowisku żydowskim nie było żadnej reakcji na to, co napisał Zoili w swej książce o Jezusie.

Naczelny Rabin Rzymu

W 1939 r. Zoili przyjmuje nomina­cję na niezwykle prestiżowe stanowi­sko Naczelnego Rabina Rzymu oraz dyrektora Kolegium Rabinicznego. Dla gminy żydowskiej zbliżał się czas okrut­nych prześladowań. Żydzi w Rzymie byli wówczas mocno podzieleni. Więk­szość z nich była przekonana, że nic im nie grozi ze strony Niemców, ponieważ ufali, że znajomości w sferach rządzących są dla nich wystarczającym gwarantem bezpieczeństwa.

W dramatycznym okresie wojny rabin Izrael Zoili odegrał niezwykle ważną rolę w ocaleniu wspólnoty żydowskiej w Rzy­mie przed całkowitą zagładą. Wspól­nota ta była podzielona na antyfaszystów oraz tych, którzy kolaborowali z władzami. Na kilka tygodni przed zajęciem Rzymu przez wojska niemieckie rabin Zoili otrzy­mał poufne informacje, że Niemcy planują całkowitą eksterminację ludności żydow­skiej. Zwrócił się więc z apelem do prze­wodniczącego Związku Gmin Żydowskich Almanasiego, aby nakazał ewakuację mieszkających w Rzymie Żydów. Alma-nasi zbagatelizował jednak to ostrzeżenie twierdząc, że Zoili przesadza, wprowadza­jąc zamieszanie i niepokój. Naczelny Rabin Rzymu jednak nie ustawał w uświadamia­niu o zbliżającym się niebezpieczeństwie, dlatego wezwał do zniszczenia wszyst­kich rejestrów adresów i nazwisk Żydów, do zamknięcia synagogi oraz biur gminy; zachęcał jednocześnie do szukania schro­nienia w klasztorach i na plebaniach. Jego apele były jednak lekceważone. Przewod­niczący gminy żydowskiej w Rzymie Ugo Foa wręcz kpił z rabina Zollego, radząc mu, aby kupił sobie w aptece lekarstwo na brak odwagi.

Od pierwszego dnia okupacji Rzymu przez wojska niemieckie, czyli od 8 wrze­śnia 1943 r., wspólnota żydowska znala­zła się w krytycznej sytuacji. 27 września niemiecki komendant SS Herbert Kappler zażądał, aby dostarczono mu w ciągu 24 godzin 50 kg złota; równocześnie zagro­ził, że jeśli złota nie otrzyma, to wtedy zostaną deportowani wszyscy mężczyźni żydowskiego pochodzenia. Na kilka godzin przed upływem ultimatum udało się zebrać tylko 35 kg złota. Brakowało więc 15 kg. W tej dramatycznej sytuacji rabin Zoili zwrócił się z prośbą o pomoc do papieża Piusa XII. Aby dotrzeć do Watykanu, musiał zmylić niemieckie służby policyjne, dlatego przebrał się za inżyniera doglądającego prac budowla­nych. Kiedy udało mu się dotrzeć do biura Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej, poprosił o pożyczkę 15 kg złota, argumen­tując swą prośbę tym, że „Nowy Testa­ment nie zaniedbuje Starego". Papież Pius XII bez wahania polecił wręczyć rabinowi Rzymu paczkę z 15 kg złota. Zoili niezwłocznie przekazał ją prze­wodniczącemu gminy żydowskiej wraz z listem, w którym napisał, że gdyby Niemcy żądali zakładników, to on ma być pierwszym na tej liście.

Niemieckim okupantom nie można było ufać. Pomimo przekazania im 50 kg złota w nocy z 15 na 16 października

1943 r. komendant Kappler wydał rozkaz aresztowania 8 tysięcy Żydów. Na wieść o tym papież Pius XII ostro zaprotesto­wał. Niemcom udało się zaaresztować tego dnia tylko około 1000 żydow­skich mężczyzn, kobiet i dzieci, któ­rych wywieziono do obozów zagłady; pozostali pouciekali i się ukryli. Ugo Foa, przewodniczący gminy żydowskiej, dopiero wtedy się przekonał o śmiertel­nym niebezpieczeństwie, jakie zawisło nad wszystkimi Żydami. Tak bardzo się przestraszył, że w ogóle nie zatroszczył się o los aresztowanych, lecz natych­miast uciekł do Livorno razem ze swo­imi dziećmi. W tych dramatycznych chwilach rabin Zoili modlił się: „Panie, pozwól mi umrzeć razem z innymi, kiedy i jak Ty chcesz, a nie tak, jak chcą tego Niemcy. Miej miłosierdzie nad wszystkimi ludźmi".

Z obawy przed aresztowaniem Zoili wraz z żoną i córką musieli się ukry­wać w Rzymie, często w bardzo trud­nych warunkach. Kilkakrotnie byli zmuszeni zmieniać swoje kryjówki. Zoili mógł wtedy sam zobaczyć, z jak wiel­kim heroizmem, z narażeniem wła­snego życia kapłani, zakonnicy, siostry zakonne oraz świeccy katolicy ukrywali Żydów w klasztorach, w seminariach duchownych, na plebaniach i w pry­watnych domach. Głównym inicjato­rem akcji ratowania Żydów był papież Pius XII, który wydał specjalną odezwę z apelem o udzielenie im wszechstron­nej pomocy. W swojej autobiografii Zoili napisał: „Nie ma już prawie miej­sca boleści, gdzie nie dotarłby duch miłości Papieża. Grube tomy można by napisać o wielorakiej pomocy niesionej przez Piusa XII". Rabin przeczuwał jed­nak, że w przyszłości znajdą się ludzie, którzy bezpodstawnie i złośliwie będą oskarżać Papieża. Tak pisał w 1945 r. do swojej żony: „Zobaczysz, kiedyś obwinia Papieża Piusa XII za milczenie świata wobec zbrodni nazistów".

Po wyzwoleniu Rzymu przez woj­ska alianckie Zoili ponownie podjął swoje obowiązki Naczelnego Rabina. W lipcu 1944 r. celebrował uroczyste modlitwy w rzymskiej synagodze, któ­re były transmitowane przez radio; O

publicznie wyraził wówczas wdzięczność dla papieża Piusa XII i prezydenta Sta­nów Zjednoczonych za pomoc udzieloną Żydom w Rzymie w czasie prześladowań faszystowskich.

25 lipca 1944 r. Zoili udał się na pry­watną audiencję u papieża Piusa XII, aby mu podziękować za niezwykle ofiarne zaangażowanie się w dzieło pomocy Żydom, a także by na ręce Papieża zło­żyć podziękowanie rzymskim katolikom świeckim i duchownym, którzy nara­żając swoje życie, z wielkim poświęce­niem ukrywali tysiące Żydów i nieśli im wszechstronną pomoc.

Zoili bardzo cierpiał z powodu prze­wrotnej postawy Ugo Foi, przewodniczą­cego gminy żydowskiej w Rzymie, który zaprzeczył, że otrzymał od Papieża 15 kg złota za pośrednictwem Naczelnego Rabina Rzymu. Foa kłamliwie twierdził, że Zoili nigdy nie ostrzegał żydowskiej gminy przed niebezpieczeństwem zagłady ze strony Niemców. Człowiek ten posunął się jeszcze dalej, a mianowicie oskarżył Zollego, że podczas niemieckiej okupacji zaniedbywał on swoje obowiązki rabina i nie troszczył się o powierzoną mu spo­łeczność żydowską. Zaraz po wyzwoleniu,

w lipcu 1944 r., Ugo Foa odważył się odwołać Zollego ze stanowiska Naczel­nego Rabina. Jednak amerykański komi­sarz Rzymu, Charles Poletti, natychmiast anulował tę decyzję i zdymisjonował Ugo Foę, rozwiązując Radę Gminy Żydow­skiej w Rzymie, którą powołały jeszcze faszystowskie władze. Zoili wrócił więc na stanowisko Naczelnego Rabina.

Chrzest

Pan Jezus dawał Zollemu wyraźnie do zrozumienia, że czas jego posługi w Synagodze dobiegł już końca. We wrze­śniu 1944 r., w święto zadośćuczynienia Jom Kipur, rabin przewodniczył uroczy­stym modlitwom w synagodze. W czasie ich trwania w pewnym momencie Zoi­li zobaczył jaśniejącą postać Chrystusa ubranego w białą szatę. Usłyszał wtedy w swoim sercu głos, który mówił: „Jesteś tu po raz ostatni". Wieczorem, w domu, żona powiedziała rabinowi: „Dzisiaj, kiedy byłeś przed Arką Tory, wydawało mi się, że widziałam białą postać Jezusa, który położył ręce na twojej głowie, jakby cię błogosławił". Zoili wspomina: „Byłem zdumiony, ale nadal bardzo spokojny. Udałem, że nie rozumiem, o czym mówi. Powtórzyła więc swoją opowieść jesz­cze raz słowo po słowie. Wtedy usłyszeli­śmy głos naszej córki, Miriam - wołającej z daleka: »Taaatooo!«. Poszedłem do jej pokoju i zapytałem, o co chodzi. »Mówi-cie o Jezusie Chrystusie« - odpowie­działa. »Wiesz, tato, śniło mi się dzisiaj,

że widziałam wysokiego Jezusa w bieli ale nie pamiętam, co było potem«. W kil ka dni później złożyłem swój urząd w spo łeczności żydowskiej".

Dla głównego rabina Rzymu by to oczywisty znak, że Chrystus prosi go aby nie zwlekał i podjął ostateczną decyzją przyjęcia chrztu w Kościele katolickim Kilka dni później Zoili złożył rezygnacją z zajmowanego urzędu Naczelnego Rabina Rzymu. Następnie udał się do jezuity pro­fesora Paola Dezzy z Uniwersytetu Gre­goriańskiego z prośbą o przygotowanie go do przyjęcia chrztu, ale w sposób bardzo dyskretny i bez żadnego rozgłosu.

Dymisja Zollego była dla wszyst­kich ogromnym zaskoczeniem. Prezydent; wspólnoty żydowskiej przyjął ją z wiel-{ kim żalem i zaproponował mu objęcie stanowiska dyrektora Kolegium Rabi-nicznego. Jednak Zoili zdecydowanie odmówił. Prezydent wyraził zdziwie­nie i wielki żal z powodu odrzucenia tej nominacji, ponieważ profesor Zoili był najlepiej przygotowaną osobą do pełnie­nia tej funkcji. Aby nie prowokować groź­nych reakcji, Zoili nie ujawnił głównego motywu swojej odmowy. Uwalniając się w ten sposób od wszelkich zewnętrznych obowiązków, przygotowywał się do przy­jęcia chrztu razem ze swoją żoną Emmą i córką Miriam.

Po kilkutygodniowym przygotowa­niu, 13 lutego 1945 r., Główny Rabin Rzymu przyjął wraz ze swoją żoną chrzest w kościele pod wezwaniem Matki Bożej Anielskiej. Aby uniknąć zamieszania spo­wodowanego obecnością dziennikarzy, chrzest odbył się w prywatnej kaplicy przy zakrystii tego kościoła. Na chrzcie obec­nych było tylko 15 najbardziej zaufanych osób. Izrael Zoili przybrał imię Eugenio, a jego żona imię Maria. Ich córka Miriam uczyniła to samo kilka miesięcy później.

Po swoim chrzcie św. Zoili mówił, że nie uważa się za Żyda nawróconego, lecz spełnionego, ponieważ Kościół katolicki jest spełnieniem obietnicy, jaką jest judaizm. Wyjaśniał, że Stary Testament jest zaszyfrowanym telegra­mem, który Bóg przekazał ludziom, a jedynym kodem i szyfrem do pełnego odczytania jego treści jest Jezus Chry­stus, który jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym Człowiekiem.

Jako naoczny świadek Holocaustu podkreślał, że do jego zaistnienia przyczy­niło się odrzucenie chrześcijaństwa przez ideologię faszystowską. Po zakończeniu wojny Zoili pisał: „Jestem przekonany,

Nawrócenie Rabina Rzymu

że po tej wojnie jedynym sposobem oparcia się siłom destrukcji i podjęcia odbudowy Europy będzie zaakcepto­wanie katolicyzmu, to znaczy idei Boga i ludzkiego braterstwa w Chrystusie, a nie braterstwa opartego na rasie i nadludziach, «ponieważ nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wol­nego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteśmy kimś jednym w Chrystusie Jezusie» (Ga 3,28)".

W pierwszą noc po przyjęciu chrztu św. do Eugenia Zollego zatelefonował kore­spondent agencji informacyjnej ze Stanów Zjednoczonych z pytaniem, czy rzeczywi­ście przyjął on chrzest w Kościele kato­lickim. Zoili odpowiedział twierdząco. Następnego dnia wszystkie najważniejsze dzienniki w USA i Europie opublikowały wiadomość, że Główny Rabin Rzymu przyjął chrzest w Kościele katolickim.

Kiedy rozeszła się wieść o jego przej­ściu do Kościoła katolickiego, Zoili zaczął otrzymywać telefony pełne pogróżek i wyzwisk. Hebrajski miesięcznik ukazał się w żałobnej szacie graficznej, a w syna­godze rzymskiej została ogłoszona żałoba i kilkudniowy post, jak to jest w zwy­czaju po śmierci rabina. Nazwisko Zol­lego zostało usunięte z listy naczelnych rabinów Rzymu, tak jakby on w ogóle nie istniał. W żydowskiej prasie pojawiły się artykuły przedstawiające nawróco­nego rabina jako człowieka nieodpowie­dzialnego i zdrajcę narodu żydowskiego. Eugenio Zoili odpowiadał, że judaizmu nie porzucił, gdyż Kościół katolicki jest ukoronowaniem Synagogi, a cały Stary Testament wypełnia się w osobie Mesja­sza - zmartwychwstałego Chrystusa. Zoili z całego serca przebaczył wszyst­kim swoim oskarżycielom, tłumacząc ich, że działali nie ze złej woli, lecz powodo­wani brakiem wiedzy i ludzką słabością. Sytuacja była tak napięta, że Eugenio musiał jak najszybciej wyprowadzić się ze swojego mieszkania znajdującego się niedaleko synagogi. Jego żona z córką znalazły schronienie w jednym z klaszto­rów, a on zamieszkał przejściowo na Uni­wersytecie Gregoriańskim.

W tym czasie papież Pius XII przy­jął ich na prywatnej audiencji. Wzru­szeni, z wielką radością dziękowali Ojcu Świętemu, a przy tej okazji wyra­zili swoją miłość do wszystkich Żydów oraz słowa przebaczenia swoim adwersa­rzom. „Od momentu chrztu św. - mówiła Emma - nie potrafię nikogo nienawidzić, kocham wszystkich".

Kiedy prof. Eugenio Zoili czasowo mieszkał na Uniwersytecie Gregoriań­skim, odwiedzali go tam zarówno przy­jaciele, jak i wrogowie. Przyjechali tam również wpływowi amerykańscy Żydzi, którzy nakłaniali go do powrotu na łono judaizmu, ofiarowując mu w zamian taką sumę pieniędzy, jaką by tylko sobie zażyczył. Zoili jednak z wielkim spoko­jem, ale zdecydowanie odmówił. Zgłosili się do niego wówczas również promi­nentni protestanci, którzy mu sugerowali, aby jako naukowiec biblista wykazał, że dogmat o prymacie papieża nie ma pod­staw w Piśmie św. Zoili odpowiedział im, pisząc książkę pt. Petrus, w której wskazał na biblijne fundamenty prawdy o pryma­cie św. Piotra oraz każdego papieża. Zoili napisał o protestantyzmie: „Ponieważ protestowanie nie jest świadczeniem, nie zamierzam niepokoić nikogo pytaniem: »Po co czekać 1500 lat, żeby zaprotesto­wać?^ Kościół katolicki był przez pięt­naście stuleci uznawany przez cały świat chrześcijański za prawdziwy Kościół Boga. Nikt nie może bez zażenowania przekreślić tych 1500 lat i powiedzieć,

że Kościół katolicki nie jest Kościołem Chrystusa. Mogę zaakceptować tylko ten Kościół, głoszony wszystkim stwo­rzeniom przez moich przodków, dwu­nastu apostołów, którzy, podobnie jak ja, wyszli z Synagogi".

Przed świtem

Do nawrócenia Naczelnego Rabina Rzymu w głównej mierze przyczyniła się jego głęboka, wytrwała modlitwa połą­czona z medytacją tekstów Pisma św. Starego i Nowego Testamentu. Podczas takiej modlitwy osobiście spotykał Boską Osobę ukrzyżowanego i zmartwychwsta­łego Chrystusa.

Tak pisał w swojej autobiografii: „każdego wieczora otwierałem Biblię na chybił trafił, szukając dla potrzeb medytacji tekstu ze Starego Testamentu albo z Nowego. Czytałem wszystko, co znalazłem, bez względu na to, gdzie się to znajdowało. To w ten sposób Osoba Jezusa i Jego nauczanie stały się dla mnie najdroższe, nie mając nigdy smaku zakazanego owocu".

Studium tekstów Pisma św. Starego i Nowego Testamentu oraz różne doświad­czenia życiowe doprowadziły Zollego do odkrycia, że proroctwa o cierpiącym Słudze Jahwe, z czterech pieśni proroka Izajasza (42,1-7; 49,1-5; 50,4-9; 52,13-53,12), wypełniły się w Jezusie Chrystusie.

Do tego przekonania Eugenio Zoili dochodził przez wiele lat modlitwy oraz studiów. W egzegezie tekstów Starego i Nowego Testamentu pomagała mu [>

Nawrócenie Rabina Rzymu

doskonała znajomość języka hebraj­skiego i biblijnej greki. Uwieńczeniem tych badań było przekonanie Zollego, że Sługą Jahwe opisanym w Księdze Iza-jasza nie może być nikt inny, jak tylko Jezus Chrystus, który umarł za nasze grzechy i zmartwychwstał dla naszego usprawiedliwienia. „W ten sposób ja -pisał - po długich studiach, przemy­śleniach i życiu w judaizmie Starego Testamentu, w pewnym momencie zna­lazłem się w chrześcijaństwie Nowego Testamentu. Musiałem uczciwie przy­znać, że stałem się chrześcijaninem i dlatego konsekwentnie zacząłem dążyć do przyjęcia chrztu".

Przejście Zollego do Kościoła katolic­kiego nie było zerwaniem z przeszłością, ale kontynuacją drogi zbawienia. Kiedy zaczęto go oskarżać o zdradę judaizmu, odpowiadał zasmucony: „Mam spo­kojne sumienie, niczego się nie zapar­łem. Czy Bóg św. Pawła nie jest również Bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba? Święty Paweł się nawrócił. Czy przez to opuścił Boga Izraela i przestał Go kochać? Byłoby absurdem odpowie­dzieć twierdząco".

Od przyjęcia chrztu prof. Zoili z wielką gorliwością uczestniczył w codzien­nej Eucharystii i dużo czasu poświęcał na modlitwę przed Najświętszym Sakra­mentem w swoim kościele parafialnym i w kaplicy uniwersyteckiej na Gregoria-num. Na jego biurku zawsze stał krzyż, a wyrazem jego maryjnej pobożności była ikona Matki Bożej, przed którą zawsze paliła się świeczka. Eugenio Zoili wstąpił do trzeciego zakonu św. Franciszka i często manifestował swoją wielką radość z faktu bycia katolikiem. Pisał: „Wy, którzy uro­dziliście się w religii katolickiej, nie zda­jecie sobie sprawy z ogromnego skarbu, jakim jest wiara i łaska Chrystusa, które posiadacie już od dzieciństwa. Ktoś, kto tak jak ja dotarł do łaski wiary po dłu­gim okresie poszukiwań, docenia wiel­kość tego daru i przeżywa ogromną radość bycia chrześcijaninem".

Po kilku miesiącach od przyjęcia chrztu Zoili znalazł mieszkanie w jed­nej z odległych dzielnic Rzymu. Mógł więc na nowo zamieszkać wspólnie z żoną i córką. Z inicjatywy papieża Piusa XII otrzymał nominację na pro­fesora w Papieskim Instytucie Biblij­nym w Rzymie i podjął wykłady z języka i literatury hebrajskiej. Był często zapra­szany z gościnnymi wykładami na róż­ne uniwersytety w Europie i w Stanach

Zjednoczonych. Jego apostolska gor­liwość w sposób naturalny kierowała się do starych współwyznawców, gdyż bardzo pragnął przybliżyć im prawdę o zmartwychwstaniu Chrystusa. Otaczał szczególną opieką nowo nawróconych Żydów, wspomagał ich duchowo i materialnie.

Jako człowiek nauki, rozwijał swoje apostolstwo przez publikację licznych artykułów i książek we Włoszech i za granicą. Ostatni swój wykład na temat sprawiedliwości i Bożego miłosier­dzia w Piśmie św. wygłosił w Yallicelli, w styczniu 1956 r. Chorował na serce. Kilka tygodni przed swoją śmiercią prze­powiedział, że Pan Jezus zabierze go z tego świata w najbliższy pierwszy pią­tek miesiąca. Zapowiedź ta się spełniła: Eugenio Zoili zmarł w szpitalu w pierw­szy piątek miesiąca, 2 marca 1956 roku o 15:00, w godzinie śmierci Jezusa. Przyj­mując Komunię św. na łożu śmierci, powiedział: „Z ufnością, całkowicie oddaję się Miłosierdziu Pana".

Na końcu swojej autobiogra­fii Zoili napisał:' „W duszy każdego z nas żyje Chrystus, Chrystus, który jest drogą do Boga. Żyje w nas, a my

wypieramy się Go. (...) Człowiek nil żyje dobrym życiem, gdy nie żyji w pełni w Chrystusie".

Eugenio Zoili odnalazł największ) skarb - zmartwychwstałego Jezusa Chry stusa, który w Kościele katolickim naucza uzdrawia, przebacza wszystkie grzechj i daje życie wieczne. Człowiek nigdy nis znajdzie szczęścia, jeżeli nie odda całego swego życia Jezusowi, jeżeli nie podejmie trudu pójścia razem z Nim przez życie drogą przykazań i Ewangelii. Każdy kato­lik powinien codziennie dziękować za ten niesamowity dar, jakim jest łaska wiary, oraz prosić o jej przymnożenie.

Najpewniejszą przewodniczką na dro­gach wiary jest Maryja, Matka Jezusa i nasza Matka. Każdego dnia zawierzajmy Jej siebie, aby nas prowadziła do Jezusa. Kto się codziennie modli, przyjmuje miłość Boga, czyli to wszystko, co jest mu potrzebne do szczęścia. Kto się przestaje modlić, traci wszystko: wiarę i w konsekwencji życie wieczne. Trzeba więc tak się zdyscyplinować, aby wypra­cować w sobie nawyk codziennej modli­twy o stałych porach dnia na różańcu i Koronką do miłosierdzia Bożego, codziennie zarezerwować czas na lek­turę Pisma św., a jeżeli jest to możliwe, to również na udział we Mszy św. i adora­cję Najświętszego Sakramentu.

Największą życiową tragedią jest trwa­nie w grzechach śmiertelnych, dlatego trzeba natychmiast podnosić się z każdego grzechu w sakramencie Bożego Miłosier­dzia, aby zawsze być w stanie łaski uświę­cającej. Świadectwo życia Eugenia Zollego wskazuje na niezwykłą aktualność słów Pisma św.: „Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że Jezus jest Panem, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych - osiągniesz zbawienie. Ser­cem przyjęta wiara prowadzi do uspra­wiedliwienia, a wyznawanie jej ustami - do zbawienia" (Rz 10, 9-10); „Kto wie­rzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego" (J 3,18).

 

 

 

 

Gloria Polo

Trafiona przez piorun

Stałam u bram nieba i piekła -świadectwo-

przekład z języka niemieckiego:

Agnieszka Zuba Witold Wojciechowski

 

Przekład hiszpańskojęzycznego pisma kierownika duchowego pani dr Glorii Polo:

Archidiecezja Bogota

Wikariat Biskupi Sankt Peter

Parafia Świętego Krzyża

Parafia

Świętego Krzyża (Logo)

Bogota, 13 listopada 2007

Do wszystkich zainteresowanych:

Pismem tym potwierdzam, że pani Gloria Polo jest osobą umocnioną w wierze, osobą która zawsze udzielała się dla Kościoła katolickiego ewangelizując ludzi poprzez swoje osobiste świadectwo wiary o własnym życiu.

Pani Polo odznacza się sprawdzoną cnotą i w ciągu tych ośmiu lat, w czasie których towarzyszyłem jej jako duchowy kierownik, zawsze wyróżniała się swoim głębokim życiem modlitewnym i oddaniem Jezusowi Chrystusowi.

W szczególności chcę podkreślić jej pobożność, prawość, świątobliwe życie i przejrzystość w głoszeniu Ewangelii Pana naszego Jezusa Chrystusa.

Zaświadczam o jej cennym wkładzie w ewangelizację w Kolumbii, jak i za granicą. Działa zawsze pod okiem kierownika duchowego, posłuszna wobec Urzędu Nauczycielskiego i zgodnie z wiarą Kościoła katolickiego.

Ksiądz Wilson Alexander Mora G. Proboszcz

Calle 143, Nr. 65 - 57, Casa Blanca Norte, telefon: 682 53 68 Bogota D.

 

DRODZY BRACIA I SIOSTRY W CHRYSTUSIE PANU!

Zanim ktokolwiek powie coś złego o Kościele Katolickim, powinien dokładnie poznać naszą Matkę KOŚCIÓŁ i wiedzieć, czym jest!

Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki... Kto spożywa Moje Ciało i pije moją Krew, ma Życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym (J 6,51 i 54).

To już trzynaście lat tego pięknego doświadczenia wiary. Był to wielki dar łaski Boga, gdy w swoim wielkim Miłosierdziu pozwolił mi, bym jako katoliczka kroczyła drogą życia.

Jakże wielki ból mnie ogarnia, gdy myślę o minionych latach mojego życia, w których byłam katoliczką jedynie z nazwy. Dziękuję Panu Bogu za to, że dał mi Kościół Katolicki za Matkę.

Całym sercem i całą duszą wdzięczna jestem w imieniu Jezusa Chrystusa Papieżowi, Jego zastępcy na ziemi, kapłanom i osobom konsekrowanym Kościoła Rzymskokatolickiego.

Ślepo słucham ich wszystkich, gdyż takie było właśnie polecenie naszego Pana Jezusa Chrystusa, gdy pozwolił mi powrócić do ziemskiego życia. Podczas adoracji Najświętszego Sakramentu -ja, niegodna i nędzna służebnica Pańska - mogłam odczuć szczęście i rozkoszować się prawdziwym pokojem oraz prawdziwą miłością będącymi przedsmakiem nieba.

Zapraszam serdecznie wszystkich wierzących w Jezusa Chrystusa, aby zanim będą się źle i nienawistnie wyrażać oraz pisać o Kościele Katolickim, dokładniej i lepiej poznali ów Kościół Rzymskokatolicki, aby pojęli, że jest on ustanowionym przez Pana strażnikiem prawdziwej wiary. Zapraszam wszystkich, aby zostali i byli czcicielami naszego Pana i Boga! Ten, kto codziennie odwiedza naszego Pana Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie i tym samym czci Go, nigdy nie zwątpi ani nie odejdzie od prawdziwej wiary, sam Pan Bóg bowiem wszczepia każdemu stworzeniu miłość i wdzięczność wobec Świętej Matki Kościoła, to jest Kościoła Katolickiego.

Wszystkich Was kocham i pozdrawiam w Miłości naszego Pana Jezusa Chrystusa

Gloria Polo

 

Wprowadzenie

Jeśli ktoś z Was wątpi albo sądzi, jakoby Bóg nie istniał i że życie po śmierci to dobry materiał dla twórców filmów, lub jeśli ktoś uważa, jakoby wraz ze śmiercią wszystko się kończyło, niech raczy przeczytać to pisemko. Tylko przeczytajcie je dokładnie od początku do końca. Wasze zdanie, jakkolwiek sceptyczne w tej kwestii, z pewnością się zmieni.

Pisemko traktuje o pewnym fakcie, zdarzeniu, które zostało dobrze udokumentowane, a miało miejsce w 1995 r. Pani dr Gloria Polo jest Kolumbijką, dentystką, która wskutek wypadku „umarła", to znaczy była tak poważnie ranna, że przez kilka dni znajdowała się w śpiączce i przy życiu podtrzymywały ją tylko szpitalne urządzenia medyczne. Gdyby je odłączono, natychmiast umarłaby. Opiekujący się nią lekarze spisali ją już całkowicie na straty i chcieli odłączyć aparaturę. Jedynie jej siostra, która również jest lekarzem, obstawała za tym, by urządzenia nadal pracowały.

Podczas śpiączki Gloria Polo znajdowała się po drugiej stronie rzeczywistości, w zaświatach i mogła następnie powrócić do życia, by złożyć świadectwo tym, którzy nie potrafią uwierzyć. Przyniosła nam stamtąd ważne orędzie. Najlepiej sami przeczytajcie je na następnych stronach, bezpośrednio z jej ust.

Pani Gloria mogła podczas tego mistycznego przeżycia, które bardzo dokładnie opisuje, zajrzeć do swojej „Księgi Życia". To doświadczenie tak nią wstrząsnęło, że na polecenie Pana stała się głosem wołającym na „pustyni wiary" naszych współczesnych czasów. Ponadto istotą jej orędzia jest nic innego jak niezmierzona Miłość Boga do nas ludzi i Jego wielkie Miłosierdzie. Tym samym pani Gloria wypowiada się na ten sam temat co nasz obecny papież Benedykt XVI w swojej encyklice „DEUS CAR1TAS EST" („Bóg jest miłością").

Bóg ciągle daje nam dowody, my jednak mimo to zaprzeczamy Jego istnieniu.

………………………………………………………………………

Świadectwo Glorii Polo

Dzień dobry, szczęść Boże, drodzy Bracia i Siostry!

To dla mnie wielka radość, że mogę być tutaj, by podzielić się z Wami tym wielkim darem, jakiego udzielił mi Bóg. To, co wam opowiem, wydarzyło się 5 maja 1995 r. na Uniwersytecie Narodowym w Bogocie, stolicy Kolumbii, koło godziny 16.30.

Jestem dentystką. Ja i mój 23-letni siostrzeniec, z zawodu również dentysta, zajmowaliśmy się właśnie dysertacją. W tym dniu - był to deszczowy piątek - szliśmy razem z moim mężem w stronę wydziału stomatologii, by wypożyczyć parę potrzebnych nam książek. Ja i mój siostrzeniec szliśmy razem pod małym parasolem. Mój mąż miał płaszcz nieprzemakalny i szedł wzdłuż muru głównej biblioteki, by uchronić się przed deszczem. Podczas gdy omijaliśmy kałuże, nie zauważyliśmy, jak zbliżyliśmy się do alei drzew i gdy przeskakiwaliśmy większą kałużę, trafił w nas piorun, który był tak silny, że się zwęgliliśmy. Mój siostrzenice zginął na miejscu.

Piorun trafił go od tyłu i spalił jego całe wnętrzności. Na zewnątrz pozostał nienaruszony. Mimo swego tak młodego wieku całkowicie oddany był Bogu. Czcił w sposób szczególny Dzieciątko Jezus. Nosił na szyi medalik z Jego wizerunkiem w kwarcowym krysztale. Biegli medycyny sądowej powiedzieli, że to kwarc przyciągnął piorun. Piorun wniknął bezpośrednio w jego serce. Natychmiast ustała jego praca. Spaliły się wszystkie organy, po czym prąd pioruna opuścił ciało przez nogi. Próby reanimacji były daremne. Na zewnątrz jednakże nie miał żadnych oparzeń.

Co do mnie, piorun przeszedł przez ramię i w straszliwy sposób spalił całe moje ciało, wewnątrz i na zewnątrz. To moje odnowione ciało, które widzicie teraz przed sobą, zawdzięczam Miłosierdziu Bożemu - to wyraz Miłosierdzia naszego dobrego i kochającego nas ponad wszystko Boga. Całe moje ciało było wskutek tego silnego uderzenia pioruna zwęglone, moje piersi zniknęły, przede wszystkim po lewej stronie, gdzie wcześniej znajdowała się pierś, była teraz wielka dziura. Nie miałam już ciała; zarówno żebra, brzuch, podbrzusze, nogi i wątroba były całkowicie zwęglone.

Piorun opuścił moje ciało przez lewą nogę. Moje nerki doznały poważnych oparzeń, podobnie jak płuca i jeden z moich jajników. Używałam spirali jako środka antykoncepcyjnego. Ta była z miedzi, a miedź jest przecież dobrym przewodnikiem prądu. Dlatego też moje jajniki zostały tak mocno

spalone. Były tak małe jak dwa winogrona. Moje serce przestało bić i byłam praktycznie bez życia. Moje ciało drgało i wibrowało wskutek elektrycznych wstrząsów, które wytworzył piorun. Sama mokra ziemia była pod napięciem elektrycznym, toteż początkowo nikt nie mógł mi pomóc, gdyż przez dłuższy czas niemożliwością było dotknięcie mnie.

Cuda, jakie Bóg mi uczynił

Właśnie te poważne obrażenia i oparzenia, jak i zatrzymanie pracy serca, którego doświadczyłam i które z powodu swego długiego trwania - w pierwszych momentach nikt nie mógł mnie dotknąć wskutek elektrycznego naładowania mojego ciała - zagrażało memu życiu, w nadzwyczajny sposób udowadniają wielką dobroć, nieskończone miłosierdzie naszego Pana i Boga, który zamknął nas wszystkich w swoim Sercu i nieustannie zaprasza każdego z nas do powrotu do Niego.

Poprzez trzy pojedyncze fakty, o których zaświadcza moje ciało, chciałabym wam ukazać owe cuda zdziałane przez Pana. Po pierwsze: ustanie pracy serca, wskutek czego tlen nie dociera do mózgu i tym samym powstają trwałe jego uszkodzenia.

(Komentarz lekarzy odnośnie ustania pracy serca: Tylko natychmiastowe podjęte czynności reanimacyjne mogą uratować życie, gdyż już po 3 minutach od ustania pracy serca brak tlenu w mózgu powoduje nieodwracalne szkody... lub Dotychczasowi pacjenci, którzy doświadczyli poważnego zatrzymania pracy serca, mają znikome szansę na przeżycie i nieodniesienie większego upośledzenia...).

Mimo to, że dopiero po zbyt długo trwającym zatrzymaniu pracy serca mogłam być podłączona do respiratora, po wybudzeniu ze śpiączki nie odniosłam żadnych szkód w mózgu, co sami możecie stwierdzić, widząc mnie tutaj. Wielu lekarzy ze szpitala w Bogocie uzmysławiało mojej siostrze, która sama była tam lekarzem, beznadziejność i bezsensowność dalszego podłączenia mojego organizmu do aparatury sztucznego oddychania i chcieli ją namówić do tego, aby ukrócić te czynności. Na przekór tym udzielonym w dobrej wierze radom moja siostra z całą swą upartością i wpływami w szpitalu postawiła na swoim, aby moje ciało nadal pozostało podłączone do aparatury. Jest to więc wspaniały cud, którego nie da się medycznie wyjaśnić!

Podobnie rzecz się ma z kolejnym cudem: moje zwęglone nerki i płuca zaczęły ponownie funkcjonować. Lekarze nie przeprowadzili u mnie żadnej dializy, gdyż sądzili, że moje nerki nie będą mogły już więcej funkcjonować. Byli bowiem zdania, że sztuczne zastąpienie pracy nerek nie jest     koniecznym zabiegiem u mnie, ponieważ i tak nie miałam szans na przeżycie. Jednak pomimo ich medycznemu osądowi moje zwęglone nerki zaczęły od nowa pracować.

Za równie wielki cud należy uznać regenerację mojej skóry. Moje całe ciało stanowiło jedną wielką żywą ranę po tym, jak usunięto i zeskrobano moją zwęgloną skórę. Widać było żywą tkankę. Bolało nieopisanie. Paliło, jak gdybym znajdowała się w ogniu. Paliło mnie wewnątrz i na zewnątrz, za każdym oddechem. Wszystko mnie bolało, tylko od kostek w dół nie miałam czucia. Kiedy oczyszczali moje otwarte rany, w nogach nie czułam zupełnie niczego, podczas gdy oczyszczanie moich pozostałych miejsc na ciele sprawiało mi niesamowite bóle. Moje stopy przypominały dwa zwęglone kije. Były zupełnie czarne.

Po miesiącu lekarze przyszli do mnie i powiedzieli: Zobacz, droga Glorio, jak wielki i niewiarygodny cud uczynił Bóg tobie. To po prostu wspaniałe, ze prawie cała skóra zregenerowała się. Wprawdzie to cienki naskórek, który tu i ówdzie się wytworzył i jest jeszcze wiele otwartych miejsc, ale te miejsca z utworzoną delikatną skórą dają nam powody do nadziei, że całe ciało pokryje się niebawem obronną skórą. Martwią nas jednak twoje nogi. Nie jesteśmy w stanie tu już nic zrobić. Musimy niestety je amputować.

Byłam wcześniej wysportowana, byłam fanem aerobiku. I gdy mi powiedzieli, że muszą mi obciąć stopy, pomyślałam tylko: Muszę jak najszybciej uciec z tego szpitala. Muszę się stąd zabrać, aby uratować moje stopy. Lekarze wyszli z sali, a ja podniosłam się ze szpitalnego łóżka, by podjąć ucieczkę. Ale już przy pierwszym kroku moje nogi nie ustały i upadłam na brzuch niczym żółw lub żaba, która skacze po raz pierwszy i ląduje brzuchem na ziemi. Musieli więc mnie podnieść z podłogi i zanieśli mnie z piątego piętra na siódme. I wiecie, kogo tam spotkałam? Kobietę, której amputowano nogi od kolan w dół. A teraz czekała na to, aż jej z amputują nogi powyżej, od bioder w dół. I gdy patrzyłam na tę kobietę, myślałam o tym, ile pieniędzy potrzeba, by było na zakup nowych nóg.

Za żadne skarby świata nie możesz sobie sprawić nowych nóg. Jakim cudem są stopy. Gdy chcieli mi obciąć nogi, ogarnął mnie nieopisany smutek i po raz pierwszy przyszła mi do głowy myśl, że nigdy nie podziękowałam Panu za cud, jakim są moje nogi. Wręcz przeciwnie; maltretowałam moje całe ciało, aby przeciwdziałać moim tendencjom do tycia i przybierania na wadze. Głodowałam jak wariatka, wydawałam

.................................................................................................................................................................

masę pieniędzy na diety i inne kuracje, by tylko widzieć siebie szczupłą i mieć szczupłe nogi. Nie kosztowało mnie to tylko jeden majątek; wydałam na to niewyobrażalnie wiele pieniędzy. I teraz widzę moje stopy bez mięśni, chude jak szczapy, zupełnie

czarne, pełne dziur ze wszystkich stron. I teraz dziękuję Bogu za te zniekształcone nogi. Nagle stały się dla mnie tak cenne. Nie był dla mnie ważny ich wygląd, a funkcja. Ważne było dla mnie to, że je po prostu miałam. I za to podziękowałam Panu. Powiedziałam do kochanego Boga: Dziękuję Ci, Panie, za tę drugą szansę, którą mi dałeś! Dziękuję Ci ogromnie za tę szansę, na którą sobie nie zasłużyłam. Ale, kochany Boże, proszę Cię z całego serca o jedną przysługę, o bardzo małą przysługę. Pozwól mi mieć przynajmniej te zniekształcone nogi! Pozostaw mi je, aby mogła się poruszać jako tako, abym mogła się częściowo podnieść. Pozostaw mi je, proszę, pozostaw mi je przynajmniej takimi, jakimi są. Będę Ci za to na zawsze wdzięczna.

Naraz zaczynam czuć swoje stopy. To było w piątek. Od piątku do poniedziałku te moje czarne kikuty, które były obumarłe i wyglądały jak szklanka ciemnej lemoniady z bąbelkami powietrza, zaczerwieniają się i rozjaśniają. Czułam jednocześnie, jak krew poczęła krążyć w tych zwęglonych nogach. Coraz bardziej czułam je, moje własne nogi. l kiedy w poniedziałek lekarze podeszli do mojego łóżka, by przeprowadzić ostatnie oględziny przed amputacją, zdziwili się, gdy wstałam z łóżka i stanęłam na własnych stopach i do tego jeszcze nie przewracałam się. Badali mnie, dotykali moich stóp i nie mogli po prostu uwierzyć, nie wierzyli własnym oczom. Pokazałam im ruchy, które mogłam wykonać moimi nogami. Wprawdzie zadawały mi ogromny ból, ale myślę, że jeszcze nigdy nie byłam tak szczęśliwa z powodu tego bólu Jaki w tamtej chwili odczuwałam w nogach. Moje nogi powróciły do ciała. I to wszystko stało się w sposób, którego medycyna nie jest w stanie wyjaśnić i który był przyczyną zdumienia lekarzy.

Ordynator oddziału na 7 piętrze szpitala zaraz powiedział mi: Wie pani, w ciągu 38 lat mojej lekarskiej praktyki, nigdy nie widziałem i nie przeżyłem tak wielkiego cudu, jak ten z pani nogami.

Popatrzcie tutaj, moje drogie rodzeństwo w Panu, oto moje zregenerowane stopy. Nie z arogancji i próżności, lecz by oddać chwałę Bogu, kroczę przed Wami i pokazuję moje nogi, by udowodnić Warn wielkość dzieł Pana, naszego Boga żywego, Jego nieskończonej MIŁOŚCI ku nam i Jego wszechmocy. (Komentarz: Gloria kroczy na podium tu i tam, a słuchacze klaszczą, widząc ów cud Boga.)

Inny, wielki cud uczyniony przez Pana jest taki; nie miałam piersi. Wyobraźcie sobie, byłam bardzo dumną, próżną kobietą. Moim motto było: Kobieta musi ukazywać i korzystać ze swych uroków, jakie dostała w prezencie od natury.

I tak sobie mówiłam, bo najlepsze co mam - moje piersi, nogi i w ogóle moja sylwetka - są moim kobiecym ciałem i będę je eksponować. Ukazywałam moje kobiece wdzięki bardzo ostentacyjnie. Podkreślałam okrągłości mojej figury i ekstrawagancko poruszałam biodrami. W ten sposób zawsze zwracałam na siebie uwagę. Nosiłam zawsze ubrania z dużym rozcięciem, by wyeksponować mój duży biust. Wmawiałam sobie piękno moich nóg. l popatrzcie, drodzy Bracia i Siostry w Panu, właśnie ci wszyscy „faworyci i faworytki" mojej próżności były najbardziej spalone. Właśnie to wszystko zwęgliło się i było całkowicie brzydkie.

Powracając do kolejnych cudów, zdziałanych przez Pana. Udałam się do lekarza, który opiekował się mną, gdy byłam aktywna sportowo. Wyobraźcie sobie: lekarz, który zwykł oglądać pewną siebie i zarozumiałą kobietę, która dla swej figury odchudzała się jak wariatka, połykała i pochłaniała niczym odkurzacz leki i używki, ten mój lekarz nagle ujrzał moje ciało na wpół spalone i zniekształcone. Nie mógł wierzyć własnym oczom. Przeprowadził bowiem wszystkie możliwe badania za pomocą CRT, przy pomocy najnowocześniejszych, nuklearnych medycznych urządzeń.

Potem powiedział do mnie: Wie pani, z tym małym kawałkiem wątroby, który pozostał, przeżyje pani. Ale pani jajniki, moja droga pani, po prostu całkowicie się skurczyły, zwęgliły, uschły i przypominają garść wysuszonych winogron,  dlatego nigdy już nie będzie pani mogła mieć dzieci.

Pomyślałam sobie w duchu: Dziękuję Ci Boże, że w ten sposób zabrałeś mi troskę związaną z planowaniem rodziny. W naturalny sposób stałam się bezpłodna. Dzięki Ci Boże za to, chwała Ci za to. Byłam nawet szczęśliwa z tego powodu, gdyż tak było jednej troski mniej. Ale półtora roku później odczuwałam swędzenie tam, gdzie były moje piersi i trochę więcej skóry pokrywało teraz moje żebra. Skóra naciągała się i wyciągała. Bolało mnie. Nagle mój biust uwidocznił się i urosły mi piersi. Było to dla mnie niezwykle dziwną rzeczą, nie dającą się wytłumaczyć, że nagle z powrotem miałam swoje piersi. I wiecie, jaka była tego przyczyna? Stwierdziłam, że byłam w ciąży pomimo spalonych jajników. I tak oto Bóg na nowo podarował mi piersi. I tymi piersiami byłam w stanie wykarmić moim matczynym mlekiem cudowną, zdrową córeczkę, którą urodziłam. Ta moja najmłodsza córka ma na imię Maria Jose. Wskutek tego wszystkiego znormalizowała się również moja menstruacja i wszystkie moje kobiece hormony zrównoważyły się. Także moje jajniki z powrotem wytwarzały komórki jajowe.

To są, ogólnie rzecz biorąc, cuda Pana, które uczynił mojemu ciału i o których zaświadczam.

.................................................................................................................................................................

Drugi aspekt zdarzenia

Teraz posłuchajcie mnie dobrze! To był cielesny, materialny, fizyczny aspekt mojego wypadku. Ale drugi aspekt tego zdarzenia był znacznie piękniejszy - to było niewyobrażalne, cudowne przeżycie. Musicie bowiem wiedzieć, że najpiękniejsze, najcudowniejsze w tym wypadku było to, co spróbuję teraz opowiedzieć, mimo że nie da się tego ująć za pomocą ziemskich sformułowań.

Bo gdy moje zwęglone ciało leżało, znajdowałam się (moja dusza) w cudownie białym tunelu. Wokół mnie było białe światło, które dawało mi taką rozkosz, pokój i szczęście - uczucia, których nie można opisać ludzkimi słowami. Nie ma po prostu takich wyrażeń, by oddać wielkość tej chwili. To była szalenie wielka ekstaza, nie dająca się opisać rozkosz. Nie rozumiem, dlaczego się nam przedstawia śmierć jako swego rodzaju karę. Uwolniona zostałam od czasu i przestrzeni.

W świetle tym poruszałam się naprzód, niesamowicie szczęśliwa i przepełniona radością. Nic mnie nie trapiło. Gdy spojrzałam do góry, ujrzałam na końcu tunelu coś jakby słońce, białe światło, mówię „białe", by podać kolor, ponieważ koloru światła i jego jasności nie da się opisać; koloru tego nie dało się porównać z kolorami, jakie istnieją na tym świecie. Światło było po prostu wspaniałe. Było dla mnie źródłem tej całkiem wielkiej miłości, tego pokoju we mnie i dookoła mnie; to była nieopisana miłość i pokój, jakiego nie znałam na ziemi.

.................................................................................................................................................................

Gdy tak poruszałam się do przodu w tym tunelu, powiedziałam do siebie samej; O rany! Umarłam...  w tej chwili pomyślałam o moich dzieciach i lamentowałam: O mój Boże, moje dzieci! Co na to moje dzieci?

Byłam zawsze zajętą i zestresowaną matką, która nigdy nie miała dla nich czasu. Wychodziłam z domu wczesnym rankiem, aby podbić świat, i wracałam dopiero późnym wieczorem. Z tej przyczyny nie byłam w stanie właściwie zatroszczyć się o moją rodzinę i dzieci. Wówczas ujrzałam nędzę mojego własnego życia w całej prawdzie, bez żadnych retuszy; i ogarnął mnie wielki smutek.

W tym momencie wewnętrznej pustki z powodu nieobecności moich dzieci straciłam poczucie czasu i przestrzeni, Znowu spojrzałam ku górze i zobaczyłam coś bardzo pięknego. W jednej chwili ujrzałam wszystkie osoby mojego życia, naprawdę w jednej chwili, żyjące i zmarłe. Objęłam moich pradziadków, moich dziadków, moich rodziców, którzy już nie żyli, po prostu wszystkich! To była taka doniosła chwila; było cudownie.

Pojęłam, że oszukano mnie odnośnie do reinkarnacji. Tym samym praktycznie strzeliłam sobie gola do własnej bramki, ponieważ zawsze fanatycznie broniłam reinkarnacji. Powiedziano mi kiedyś, że pewna osoba jest inkarnacją mojej prababci, ale nie powiedziano mi kto, i ponieważ wróżenie kosztowało

 

zbyt dużo, dałam sobie z tym spokój i nie dociekałam, kim jest ta osoba. Ja sama spotykałam ciągle ludzi, o których sądziłam, że są inkarnacją mojego pradziadka i dziadka. A teraz obejmowałam dziadka i pradziadka. Uściskaliśmy się gorąco i spotkałam wszystkich w jednej chwili; było tak ze wszystkimi osobami, które znałam i które pochodziły ze wszystkich stron, gdzie niegdyś byłam, ze zmarłymi i żyjącymi - a to wszystko w jednym momencie.

Tylko moja córka przestraszyła się, gdy ją przytuliłam. Wtedy miała 9 lat i poczuła mój uścisk w swoim obecnym życiu na ziemi, w tym samym momencie. Czuła zatem mój uścisk w tych godzinach, w czasie których ona i cała rodzina bali się o moje życic, gdyż moje ciało znajdowało się jeszcze w śpiączce. Zwykle nie czujemy takiego uścisku z zaświatów. W takim cudownym stanie czas zatrzymał się, nie odczuwałam ciężaru ciała.

Nie postrzegałam już ludzi tak jak wcześniej. Podczas mojego życia zwracałam uwagę na to, czy ktoś jest gruby, szczupły, brzydki, ciemnoskóry czy był dobrze ubrany czy nie.. Według tych kryteriów dzieliłam osoby i byłam z tego powodu pełna uprzedzeń i cynicznej krytyki. Zawsze, gdy mówiłam o innych, krytykowałam ich. Teraz, tutaj, było inaczej. Teraz widziałam również wnętrze ludzi; i jak pięknie było widzieć to ich wnętrze, ich myśli, uczucia, gdy ich obejmowałam. I gdy tak przytulałam wszystkich, równocześnie poruszałam się coraz wyżej. W ten sposób czułam się coraz to pełniejsza pokoju i szczęścia. I im wyżej się unosiłam, tym bardziej byłam świadoma, że przypadła mi w udziale cudowna wizja. Na końcu tej drogi zobaczyłam jezioro, cudowne jezioro, otoczone tak wspaniałymi drzewami, tak pięknymi, że nie da się tego opisać. Podobnie kwiaty; były tutaj we wszystkich kolorach, o zapachu, który dawał rozkosz - wszystko było inne, wszystko było tak piękne w tym cudownym ogrodzie, w tym wspaniałym miejscu. Nie ma słów, by to opisać. Wszystko było miłością. Były tam dwa drzewa, które tworzyły coś na kształt bramy. Wszystko to różni się od tego, co znamy. Nawet kolory nie są podobne do tych naszych. Tam wszystko jest niewypowiedzianie piękne. W owej chwili ujrzałam mojego siostrzeńca, który wraz ze mną uległ wypadkowi, jak wszedł do tego cudownego ogrodu. I wiedziałam, czułam, że nie wolno mi było wejść do tego cudownego ogrodu, że nie mogłam jeszcze tam wejść.

Pierwszy powrót

W tym momencie usłyszałam głos mojego męża. Krzyczał, płakał ze złamanym sercem i wołał z całej duszy: Gloria! Gloria! Proszę, nie zostawiaj mnie samego. Popatrz, twoje dzieci potrzebują cię. Gloria, wróć! Nie bądź tchórzem i nie zostawiaj nas samych!

 

W tamtej chwili widziałam wszystko - jednym spojrzeniem. Miałam wgląd na wszystko i widziałam nie tylko jego, jak tak boleśnie płakał. Był cały we krwi, gdyż on także odniósł obrażenia. Wprawdzie nie został trafiony przez piorun, ale energia naładowania pioruna porwała go i rzucała nim na prawo i lewo. Nasze ciała podskakiwały jak gumowe piłeczki, jak na jakiejś trampolinie. Z tego powodu mój mąż został zraniony i krwawił. W owym momencie Pan pozwolił mi wrócić. Ja jednak nie chciałam tego. Ten pokój, ta radość, ta rozkosz Jakimi byłam otulona, zachwycały mnie. Ale stopniowo i coraz bardziej zaczęłam się poruszać wstecz w kierunku mojego ciała, które leżało martwe na ziemi. Wszyscy za wyjątkiem tych, którzy sami odbierają sobie życie, doświadczają uścisku Boga Ojca. Dlatego też widzą owe światło i czują ową ogromną miłość, która tam wszystko wypełnia. Bóg Ojciec obejmuje nas wszystkich, gdyż kocha nas wszystkich w doskonały sposób. Tak oto ukazuje nam, jak bardzo nas kocha. Ale ponieważ Bóg nikogo nie zmusza, często bywa tak, że dobrowolnie decydujemy się żyć bez Boga. W ten sposób to my wybieramy sobie ojca w naszym życiu. Bierzmy Boga za ojca i dostosujmy nasze życie do Niego i Jego przykazań miłości, albo zdecydujmy się na szatana, „ojca kłamstwa" i przyczyny grzechu oraz zepsucia, który zna tylko nienawiść, pogardę i szerzy je na tej ziemi.

...............................................................................................................................................................

Po tym uścisku Boga Ojca dusza pozostaje przy Nim, albo przekazywana jest szatanowi, którego z własnej woli wybrała sobie na ojca w swoim życiu. Ponieważ jeśli na ziemi zdecydowaliśmy się żyć bez Boga Ojca, nie zmusza nas On do spędzenia z Nim wieczności.

Widziałam, jak moje nieruchome ciało leżało na noszach na oddziale uniwersytetu medycznego w Bogocie. Widziałam lekarzy, jak się o mnie starali i aplikowali mi elektrowstrząsy, by wznowić pracę serca. Przedtem ja i mój siostrzeniec leżeliśmy ponad dwie godziny na ziemi, ponieważ nie można nas było dotknąć z powodu wyładowań, jakie wychodziły z naszych naładowanych prądem ciał. Dopiero teraz mogli się nami zająć i dopiero teraz podjęto moją reanimację.

I patrzcie: podchodzę (moja dusza) do mojego ciała i poruszam stopami mojej duszy owe miejsce na mojej głowie (pani Gloria wskazuje na miejsce na swojej głowie). Dusza jest obrazem naszego ludzkiego ciała w swojej właściwej formie. W tym momencie przeskoczyła na mnie z wielką siłą iskra. I tak oto wciskam się w swoje ciało. Zdawało mi się, że wciąga mnie w siebie. To wejście strasznie bolało, gdyż ze wszystkich stron ciało wysyłało iskry. Czułam, jak gdybym wciskała się w coś małego, ciasnego. To było jednak moje ciało. Miałam wrażenie, jak gdybym, będąc normalnej wielkości, wciskała się w dziecięce ciuszki, które zdawały się być zrobione z drutu.

 

To był potworny ból. Od tej chwili zaczęłam odczuwać bóle mojego całkiem spalonego ciała; to spalone podbrzusze tak bardzo bolało, tak niewymownie, paliło strasznie, wszystko dymiło i parowało.

Słyszałam, jak lekarze zawołali: Doszła do siebie! Doszła do siebie! Radowali się niezmiernie, ale mój ból był nie do opisania. Nogi były zupełnie czarne i zwęglone, moje całe ciało było żywą raną, jeśli w ogóle było to jeszcze ciało.

Próżność

Największy i najbardziej nieznośny ból stanowiła moja próżność. To był inny rodzaj cierpienia we mnie, to była próżność światowej kobiety, z emancypowanej światowej kobiety, samodzielnej, pewnej siebie specjalistki, profesjonalistki, wykształciuszki, intelektualistki, naukowca, bizneswoman, kogoś, kto chciał znaczyć coś w społeczeństwie. Jednocześnie byłam niewolnicą mojego ciała, niewolnicą urody, mody. Codziennie spędzałam cztery godziny na aerobiku, masażach, dietach i zastrzykach, i na wszystkim, co tylko możecie sobie wyobrazić.

Najważniejszą rzeczą, moim bożkiem było piękno mojego ciała. Dlatego ponosiłam wiele wyrzeczeń. To było moim życiem: bałwochwalstwo dla mojej zewnętrznej urody. Zwykłam mawiać, że piękny biust jest po to, by go pokazywać. Dlaczego miałabym go ukrywać? To samo mówiłam o moich nogach, gdyż wiedziałam, że były atrakcyjne i że w ogóle miałam bardzo dobrą figurę.

W pewnym momencie z przerażeniem zdałam sobie sprawę, że przez całe życie pielęgnowałam tylko moje ciało. To było centrum mojego życia i jedynie, co mnie interesowało, to: miłość do niego. A teraz już go nie miałam. Tam, gdzie były piersi, były okropne dziury, zwłaszcza po lewej stronie nie było nic. Moje nogi wyglądały strasznie, bardziej były to kikuty, zwęglone, zupełnie czarne jak spalony kotlet z grilla. Tak, wszystkie miejsca mojego ciała, które najbardziej pielęgnowałam, były zwęglone i obumarłe.

W szpitalu

Następnie zabrano mnie do szpitala. Tam zaczęto mnie szybko operować i zeskrobywać miejsca ze spaloną tkanką. W czasie narkozy po raz drugi opuściłam ciało i przyglądałam się, co robili ze mną lekarze i byłam zatroskana o moje życic, przede wszystkim bałam się o moje nogi. Nadał miałam w sobie tę dumę, że jestem właścicielką moich nóg, mojego ciała i w mojej mocy było tak trenować przez sport i ćwiczenia, aby były przez wszystkich podziwiane. Gdy nagle wydarzyło się coś przerażającego...

 

Muszę wam, kochani Bracia i Siostry wyznać, także w sprawach religii byłam „na diecie". W relacjach z Bogiem byłam „stosującą dietę katoliczką''. Ważne jest, abyście wiedzieli, że byłam złą katoliczką. Moja cała relacja z Bogiem polegała na tym, że uczęszczałam na niedzielną Mszę. która trwała zaledwie 25 minut. Wyszukiwałam sobie zawsze takie Msze, gdzie ksiądz najmniej mówił, ponieważ nudziło mnie jego gadanie. Jaką męką byli dla mnie księża, którzy wygłaszali długie kazania. To była moja relacja z Bogiem! Była słaba i dlatego też wszystkie światowe prądy i nowe trendy w modzie miały nade mną taką władzę. Byłam prawdziwą chorągiewką na wietrze. Co właśnie uchodziło za najnowsze, najnowocześniejsze z racjonalizmu czy wolnej myśli, tam garnęłam się z zapałem.

Brakowało mi ochrony modlitwy, brakowało mi wiary. Brakowało mi także wiary w siłę łaski, w moc Ofiary Mszy Świętej. I właśnie gdy kształciłam się i specjalizowałam w zawodzie, ta moja chwiejność wydała najgorsze owoce. W tamtym czasie na uniwersytecie słyszałam pewnego dnia, jak jeden katolicki ksiądz powiedział, że nie ma diabla i tak samo nie ma piekła. To było właśnie to, co chciałam usłyszeć! Natychmiast pomyślałam sobie w duchu: Jeśli więc nie ma diabla i piekła, to wszyscy dostaniemy się do nieba. Kto  w takim razie musi się obawiać? Mogę zatem robić to, co mi się podoba.

To, co mnie zasmuca, a co muszę Wam z wielkim wstydem wyznać, to fakt, że wiara w istnienie piekła była tym ostatnim sznurem, który trzymał mnie przy Kościele. To był po prostu egzystencjalny strach przed diabłem, który trzymał mnie w łączności ze wspólnotą Kościoła. Więc gdy powiedziano mi, że nie ma szatana i w ogóle piekła, powiedziałam sobie od razu: Dlaczego mam się jeszcze starać i walczyć o życie wedle reguł „starego Kościoła". No dobra, wszyscy pójdziemy do nieba,, dlatego całkowicie obojętne jest to, kim jesteśmy i co czynimy.

 

To było właśnie ostatecznym powodem, dla którego całkowicie oddaliłam się od Pana. Oddaliłam się od Kościoła i zaczęłam kląć na niego i nazywałam go głupim oraz zacofanym itp. Nie obawiałam się już grzechu i zaczęłam niszczyć moją relację z Bogiem. Grzech nie pozostał tylko we mnie, lecz ten grzech zaczął rozprzestrzeniać się ze mnie na zewnątrz i zarażać innych. Stałam się aktywna; w złym znaczeniu tego słowa. O tak, nawet sama zaczęłam opowiadać wszystkim, że diabeł nie istnieje, że jest wymysłem duchowieństwa - także kolegom na uniwersytecie zaczęłam mówić, że Boga też nie ma i że jesteśmy produktem ewolucji itp.

Tak oto udało mi się wpłynąć na wiele ludzi.

 

Diabeł istnieje naprawdę

A teraz słuchajcie, co się zdarzyło, gdy znajdowałam się w tej straszliwej sytuacji: co za potworny strach! Nagle zobaczyłam, że demony istnieją; przybyły teraz, by mnie zabrać. Widziałam przede mną te diabły w całej ich potworności. Żaden z wizerunków, jakie dotychczas widziałam na ziemi, nie może nawet w najmniejszym stopniu przedstawić tego, jak straszliwie wyglądają.

Oto widzę, jak naraz wychodzi ze ścian sali operacyjnej wiele ciemnych postaci. Wydają się być normalnymi i zwyczajnymi ludźmi, ale wszystkie mają to przeraźliwe, okropne spojrzenie. Nienawiść emanuje z ich oczu. I natychmiast pojmuję, że jestem im coś winna. Przybyły, by mnie „zainkasować", ponieważ przyjmowałam ich propozycje do grzechu, i teraz musiałam za to zapłacić, a ceną byłam ja sama. Zaprzedałam diabłu moją duszę. Dobiłam z nim interesu. Moje grzechy miały bowiem swoje konsekwencje. Grzechy należą do szatana, nie są czymś za darmo od niego, trzeba za nie zapłacić. Ceną jesteśmy my sami. Kiedy więc robimy zakupy w jego sklepie - że się tak wyrażę - będziemy musieli zapłacić za towar. Bądźmy tego świadomi. Ujrzałam naraz wszystkie me grzechy, jak stawały się żywe, które popełniłam od mojej ostatniej spowiedzi, to znaczy od ostatniej spowiedzi u katolickiego księdza i jego rozgrzeszenia.

Musimy zapłacić za każdy grzech; płacimy naszym spokojem sumienia, naszym wewnętrznym pokojem, naszym zdrowiem... A gdy jesteśmy wiernymi stałymi klientami w supermarkecie szatana i kupujemy tylko w jego sklepie, na końcu on sam nas „zainkasuje". Stajemy się jego własnością. Sprzedaliśmy mu swoją duszę.

Największym kłamstwem, największą sztuczką diabla jest to, że szerzy bajki, jakoby go w ogóle nic było.

Te straszne, ciemne postaci okrążają mnie i oczywistą rzeczą jest, że przybyły tylko w jednym celu: zabrać mnie z sobą. Prawdopodobnie nie macie wyobrażenia, jaka to była trwoga, okropny strach, do tego stopnia, że w tej sytuacji na nic mi się zdał mój intelekt, wiedza, moje akademickie tytuły i ukończone kształcenie zawodowe. Były całkowicie bez wartości. Te grzechy wciągają więc nas w głąb, w dół, do „ojca kłamstwa". Ale gdy my nieudacznicy przynosimy Bogu nasze grzechy w sakramencie pokuty i pojednania, wtedy to On płaci cenę. On zapłacił ją na krzyżu swoją własną Krwią i życiem. I On ponownie płaci za każdym razem, gdy grzeszymy. Zniósł dla nas potworne męki, które sobie sami zgotowaliśmy i które były zobowiązaniem wobec właściciela grzechów (szatana).

 

Zostaliśmy odkupieni przez Jezusa Chrystusa. Mamy więc prawo do Jego Królestwa, Jego życia, gdyż uczynił nas „Dziećmi Bożymi".

.................................................................................................................................................................

Przybyły te ciemne istoty, by zainkasować swoją własność - mnie. Widziałam, jak wychodzą ze ścian i wkraczają do sali. Mnóstwo istot, które nagle stanęły wokół mnie. Na zewnątrz wyglądały początkowo normalnie, ale spojrzenie każdej było pełne nienawiści, pełne diabelskiej nienawiści, l były takie bezduszne, wewnętrznie wypalone. Moja dusza wzdrygała się i drżała, i natychmiast zrozumiałam, że były demonami. Zrozumiałam, że były tu z mojego powodu, bo byłam im coś winna, grzech bowiem nie jest czymś gratis. To jest największa podłość i kłamstwo diabła, że wmawia ludziom, że w ogóle nie istnieje. To jego strategia; później ten kłamca może robić z nami wszystko, co chce. I oto z przerażeniem zrozumiałam: Oh, istnieją! I zaczęły mnie okrążać, chciały mnie dostać. Możecie sobie wyobrazić mój strach, rmoje przerażenie? To był istny terror!

Na nic mi się zdała moja wiedza, rozum i pozycja społeczna. Zaczęłam tarzać się po ziemi, rzucać się na moje ciało, ponieważ chciałam uciec do niego, ale ono już mnie nie wpuszczało; to napawało mnie przerażającym strachem. Zaczęłam biec i uciekać. Nie wiem jak, ale przedarłam się przez ścianę sali operacyjnej. Nie chciałam nic innego jak tylko uciec, ale gdy przeszłam przez ścianę, trafiłam w próżnię. Zostałam zaciągnięta w jeden z tych tuneli, które nagle pojawiły się i prowadziły w dół.

Na początku było jeszcze trochę światła, przypominało wosk pszczeli. I roiło się tu jak w ulu, tak wielu ludzi tu było. Dorośli, starcy, mężczyźni, kobiety krzyczący głośno, przenikliwie zgrzytający zębami. Byłam wciągana coraz głębiej i zmierzałam nieprzerwanie w dół, mimo że ciągle starałam się stamtąd wydostać. Światło stawało się coraz bardziej skąpe, a ja leciałam tym tunelem, aż stało się niezwykle ciemno. Góra była spowita w świetle, na dole natomiast robiło się coraz ciemniej. Możecie sobie wyobrazić, jak się rozradowałam, gdy zobaczyłam swą matkę w tym świetle? Była cała jasna. Umarła wiele lat temu. Naraz zrozumiałam, że tymi białymi szatami, w które moja matka niczym słońce była ubrana, były wszystkie te Msze, w których uczestniczyła w swoim życiu. Nie miałam możliwości dostać się do niej i pozostać przy niej. Bezbronna zapadłam w tę ciemność, której nie da się z niczym porównać. Najciemniejsza ciemność tej ziemi jest przy tym jasnym południem. Ale tamtejsza ciemność zadaje straszne cierpienia, horror i wstyd. I strasznie cuchnie. Widziałam coraz więcej strasznych postaci i istot zniekształconych w taki sposób, którego nie możemy sobie wyobrazić.

Grzech, moi Bracia i Siostry w Panu, pozostawia w naszych duszach ślady. Te ślady naznaczają nasze dusze jak blizny, pęcherze powstałe wskutek oparzenia, nieforemne dziury. I najgorszym doświadczeniem przy rym było dla mnie to, gdy zorientowałam się, że ten okropny odór pochodził ode mnie. Ile pieniędzy wydawałam w całym swoim życiu na perfumy i odświeżacze powietrza, gdyż niczego tak bardziej nie nienawidziłam, jak smrodu. I tak oto spostrzegłam, że moje grzechy nie były gdzieś poza moją duszą, ale były we mnie, wewnątrz mojej duszy, i stamtąd rozprzestrzeniał się ów nieznośny smród.

Przypominałam demona, straszną bestię, zniekształconą przez wszystkie moje własne okropieństwa. Tak jak moja matka była ubrana w świetliste szaty Pana, Tak ja byłam ubrana w worek na śmieci przez bestię, samego diabła.

W tym stanie dotarłam do swego rodzaju grzęzawiska, gdzie wiele osób tkwiło po szyję w bagnie i jęczało. Pojęłam, że to bagno złożone było z nasienia, które wytrysnęło w grzesznych związkach i podczas seksualnych zboczeń, za które my ludzie na ziemi jesteśmy odpowiedzialni. Podczas każdego wytrysku uwalniają się miliony sperm. I jedynie stosunek płciowy, który dokonuje się w związku sakramentalnym, jest pobłogosławiony przez Boga, gdyż On sam obecny jest przy tym akcie i jest właśnie trzecią Osobą w tym związku małżeńskim. On jest miłością, która uświęca i uszlachetnia każdy akt małżeński.

Seksualność pozbawiona sakramentalnych fundamentów jest tylko czystą żądzą, zaspokojeniem, egoizmem. Właśnie z tego powodu ci ludzie cierpią w bagnie, które sami zgotowali sobie na ziemi swymi niepohamowanymi namiętnościami. Każdy, kto uczestniczył w takich grzesznych i pozamałżeńskich stosunkach płciowych, tkwi w owym bezkresnym i cuchnącym bagnie i cierpi niewypowiedzianie z tego powodu. Wstydzi się swoich złych uczynków.

Nagle odkryłam w tym bagnie również mojego tatę. Ujrzałam go zanurzonego po szyję w tej cuchnącej brei. Przeszył mnie ból i głośno krzyknęłam: Tato, co tu robisz? Odpowiedział płaczącym głosem: Moja córko, ach moja córko, cudzołóstwo, niewierność! Wy sami przeżyjecie to pewnego dnia i wspomnicie na moje słowa. Mogę Warn tylko powiedzieć, że najbardziej bolesną rzeczą tam jest to, że widzi się zakochanego w człowieku Boga, który przez całe nasze życie jest tuż za nami i nieustannie nas szuka. Jak kochający Bóg cierpi z powodu naszych grzechów!

Ukazano mi, jak wiele osób modliło się za mnie, jak wiele księży i zakonnic starało się sprowadzić mnie na dobrą drogę. A ja odczuwałam jedynie pogardę wobec wszystkich tych osób. Byłam ordynarna w określaniu tych świątobliwych osób. Zakonnice nazywałam tak: Pingwiny, niezaspokojone stare wiedźmy, pozornie święte baby w trwającej wiecznie menopauzie, które liżą Panu Bogu pałce u nóg i nie mają pojęcia o problemach ludzi na świecie. To tylko niektóre z mniej dosadnych określeń, jakich używałam w nazywaniu ich.

 

Wiecie, tam, po tamtej stronie, widzi się swe całe życie, jak jest zapisane w „Księdze życia", każdy szczegół. Przy tym nie tylko słowa się pojawiają, które się wypowiada, lecz towarzyszą im również myśli, jakie się wówczas ma. Wszystko jest odkryte i jasne dla każdego. Często wzdrygnąć się można, widząc różnicę między słowem i myślą. Grzechy, które popełniamy, nie pociągają konsekwencji tylko dla nas, lecz również dla naszego otoczenia. Są one niczym zgniłe owoce, które zarażają każdy znajdujący się w pobliżu zdrowy owoc i doprowadzają go do gnicia. Stanowi to wielkie cierpienie w tym drugim świecie, gdy widzisz, jak bardzo grzech nie szkodzi tylko tobie, lecz rozprzestrzenia się wokół ciebie i wszystko niszczy. Kiedy więc oddaję się grzechowi, kim są ci, którzy są najbliżej mnie? Moje dzieci, l tak szkodzę swoimi grzechami najpierw moim dzieciom i rodzinie.

A teraz posłuchajcie mnie dobrze i nie zatykajcie swoich uszu. Gdy człowiek popełnia ciężki grzech, diabeł ma go w swym ręku i zmusza go niczym windykator do podpisania mu weksla, który natychmiast czyni z niego jego własność. Najsmutniejsze jest to, co jest pierwszym poleceniem szatana skierowanym do nas: Idź zatem teraz i przyprowadź mi wszystkich, którzy cię otaczają i z którymi utrzymujesz stosunki!

Matka, która kogoś nienawidzi albo która nieustannie rozprzestrzenia plotki o swoich bliźnich, albo ojciec, brutalny lub uzależniony od alkoholu, który wraca zawsze pijany do domu i nie wzdryga się przed kradzieżą cudzej własności, mają zazwyczaj w swoim otoczeniu swoje własne dzieci. Jest to nadużyciem rodzicielskiego zadania, którym powinna być troska o przyszłość dzieci. Rodzicie tym swoim złym postępowaniem dają zły przykład swoim dzieciom. Tylko życie sakramentami Kościoła może przełamać takie „błędne koło" w łańcuchu, jaki łączy różne pokolenia. Tylko łaska sakramentów i moc modlitwy mogą odsunąć grzech i unicestwić go.

To była żywa ciemność. Tam nic nie jest martwe lub nieruchome. Po tym jak bezradna i bezbronna przemierzyłam te tunele, dotarłam niespodziewanie na równe podłoże. Byłam w tym momencie całkowicie zrozpaczona, ale i ogarnięta silną wolą ucieczki. Była to ta sama silna wola co wcześniej, by osiągnąć coś w życiu, co teraz było dla mnie bez znaczenia, gdyż teraz byłam tutaj i nie mogłam się uwolnić. Nic mi nie pozostało z wielkich wyobrażeń i marzeń, które wcześniej miałam. Nagle stałam się całkiem mała, maleńka.

Wtedy nagle ujrzałam, że podłoże otwarło się. Wyglądało jak wielka gęba, jak przeraźliwie wielki pysk, otchłań. Podłoże żyło, trzęsło się! Czułam się strasznie pusta, a pode mną była ta napawająca strachem, przerażająca otchłań, której po prostu nie jestem w stanie opisać ludzkimi słowami. Najgorsze było to, że nie czuło się tutaj nic z obecności i miłości Boga;

.............................................................................................................................................................

tutaj nie było niczego, ani promyka nadziei. Ta dziura miała coś w sobie, co mnie nieodparcie wsysało w dół. Krzyczałam jak szalona. Śmiertelnie przestraszyłam się, gdy zauważyłam, że nie mogłam zapobiec upadkowi, że nieprzerwanie wciągana byłam w dół. Wiedziałam, że jeśli spadnę, to nigdy stamtąd nic wrócę i że bez końca będę spadać coraz to głębiej i głębiej. To była śmierć mojej duszy, duchowa śmierć mojej duszy, bezpowrotnie zatra­ciłabym się.

W czasie tego przerażającego horroru, na skraju przepaści, poczułam nagle jak św. Michał Archanioł chwycił mnie za stopy. Moje ciało wpadło do tej dziury, ale ja przytrzymywana byłam za stopy. To była chwila strasznego bólu i potwornego strachu. Gdy tak wisiałam nad przepaścią, skąpe światło, które miałam jeszcze w swojej duszy, zirytowało demony i wszystkie te stwory rzuciły się na mnie.

Te okropne kreatury przypominały larwy, pijawki, chcące ostatecznie ugasić we mnie owe światło. Wyobraźcie sobie moje obrzydzenie i przerażenie, gdy ujrzałam siebie pokrytą tymi odrażającymi kreaturami. Krzyczałam, wrzeszczałam jak szalona. Te istoty paliły. O moi Bracia i Siostry, chodzi o żywą ciemność, to nienawiść pali, połyka nas, ograbia i wysysa. Nie ma takich słów, które oddałyby ten horror.

Sakrament małżeństwa

Chciałabym tutaj poruszyć kwestię małżeństwa. Chciałabym Wam również opowiedzieć o wielkiej łasce płynącej z sakramentu małżeństwa. Gdy ktoś przyjmuje w Kościele sakrament małżeństwa i mówi swoje „tak" i tym samym zobowiązuje się dochować wierności, być wiernym w dobrych i złych chwilach, wtedy obiecuje to samemu Bogu Ojcu. On jest tym jedynym świadkiem, gdy składamy sobie obietnice. Kiedy umrzemy, ujrzymy ten moment zapisany w księdze naszego życia. Widziałam, jak para małżeńska w owym momencie spowita była w niewymownie pięknej, złocistej poświacie. Bóg Ojciec zapisuje te słowa złotymi literami w naszej księdze życia. Kiedy później przyjmujemy Ciało i Krew naszego Pana, zawieramy przymierze z Bogiem i osobą, którą sobie wybraliśmy na małżonka/małżonkę, z którą chcemy dzielić całe swoje życie. Kiedy oznajmiamy naszą wolę, te słowa są zobowiązaniem nie tylko wobec partnera, ale i wobec Trójcy Przenajświętszej.

Pan pozwolił mi zobaczyć, jak w dniu mojego ślubu, gdy mój mąż i ja przyjęliśmy Komunię Świętą, nie byliśmy tylko my dwoje, lecz troje: my i Jezus. Bowiem w chwili, gdy przyjęliśmy Komunię, Pan tak jednoczy nas, że jesteśmy jedno. Bierze nas do Serca i w Jego Sercu stajemy się jedno. Razem

 

z Jezusem tworzymy świętą trójcę. Człowiek zatem niech nie rozdziela tego, co Bóg złączył. I teraz pytam się: Kto jest w stanie rozdzielić coś takiego? Nikt! Nikt, moi Bracia i Siostry w Chrystusie Panu, nikt nie może rozbić tego przymierza. Naprawdę nikt, po tym, jak Bóg go pobłogosławił. I kiedy te dwie dziewicze osoby zawierają związek małżeński, o jakież błogosławieństwo spoczywa na takiej parze!

Ujrzałam również ślub moich rodziców: gdy mój ojciec wkładał mojej matce pierścionek na palec, a ksiądz ogłaszał ich mężem i żoną, Pan przekazał ojcu laskę pasterską, która wyglądała jak zgięta na górze   świetlista laska; to jest łaska, którą Pan daje mężowi. To prezent autorytetu Boga Ojca, aby ten mąż mógł opiekować się małą trzódką swojej rodziny, którą są jego dzieci, dane mu w darze w małżeństwie, i aby bronił swego małżeństwa, aby strzegł swoich dzieci przez wieloma szkodami i niebezpieczeństwami, na jakie narażona jest rodzina.

Mojej matce Bóg Ojciec dał coś na kształt ognistej kuli i umieścił ją w jej sercu. Oznacza ona miłość Ducha Świętego; zobaczyłam, że moja matka była bardzo czystą kobietą. Bóg był pełen radości.

Nie jesteście w stanie sobie wyobrazić, jak wiele nieczystych duchów próbowało zaatakować mojego ojca w tamtym momencie. Te duchy wyglądały jak larwy, pijawki. Musicie wiedzieć, że gdy ktoś ma pozamałżeńskie stosunki płciowe, to wówczas te nieczyste duchy uczepiają się natychmiast tej osoby,     oblepiają wszędzie, zaczynają od genitaliów, biorą w posiadanie ciało, hormony, osadzają się w mózgu, zajmują przysadkę mózgową, grasicę (glandula) i wszystkie neurologiczne miejsca organizmu ludzkiego oraz rozpoczynają produkcję mnóstwa hormonów, które pobudzają niskie instynkty. Przekształcają dziecko Boże w niewolnika swej żądzy, instynktów, pożądania seksualnego. Czynią z niego człowieka, o którym mawia się, że używa życia. A my mówimy tak lekkomyślnie: Raz się żyje - i to „raz" pociąga za sobą gorzkie konsekwencje.

Gdy para małżeńska jest dziewicza, Bóg jest szczególnie uwielbiony. Bóg zawiera z nimi święte przymierze i błogosławi ich seksualność. To błogosławieństwo otrzymuje również para, która nie zawarła związku małżeństwa, będąc czystą (narzeczeństwo). Seksualność bowiem nie jest grzechem. Bóg dał ją jako            błogosławieństwo. Tam gdzie małżeństwo zawierane jest przed Bogiem, jest On obecny, także w łożu małżeńskim. W sakramentalnie zawartym małżeństwie osoby udzielają sobie łask Bożych w intymnym obcowaniu, w związku niepobłogosławionym brudzą się wzajemnie swoim grzechem. Bóg raduje się, gdy może im towarzyszyć w ich nowym życiu. Bóg i taka para tworzą jedność. Szkoda, że wiele małżeństw nie wie tego i nie myśli o tym. Gdy bierze się ślub w Kościele jedynie z tradycji, nie wierząc w sakrament, błogosławieństwa nie ma.

 

Wielu myśli podczas ceremonii o tym, aby jak najszybciej się skończyła, aby mogli wreszcie świętować, jeść, pić, bawić się. Zapominając  o Panu. Tak jak ja wtedy uczyniłam i zostawiłam Go samego. Do głowy mi nie przyszło, aby zaprosić Pana do mojego nowego domu, do mojego nowego życia. On tak bardzo lubi być zapraszanym do bycia z nami we wszystkich sytuacjach życiowych. Chce, abyśmy odczuli Jego obecność. Wprawdzie jest obecny z racji sakramentu małżeństwa, ale lubi, kiedy z własnej woli Go o to prosimy i zapraszamy.

Także i ja nie zaprosiłam Go, aby po moim weselu przybył do mojego domu. Zostawiłam Go w kościele, potem spędziłam moje tygodnie miodowe, w ogóle nie myślałam już o Nim, powróciłam do domu, a On smutny pozostał na zewnątrz i w ogóle nie zwracałam na Niego uwagi, nie zapraszałam do siebie.

Ale jak dobrze byłoby dla małżonków, gdyby byli świadomi Jego obecności i nie popełniali tego samego błędu, jak ja wtedy. Przy ślubie moich rodziców najpiękniejsze było to, że Bóg przywrócił memu ojcu wszystkie łaski, które stracił z powodu swego rozpustnego życia. Bóg uczynił to z miłości do mojej matki, jego żony, która jako dziewica zawarła związek małżeństwa. Bóg uleczył przez to zbrukaną seksualność mojego ojca i cały związany z nią nieporządek hormonalny. Ale ponieważ ojciec był bardzo „męski" - istny, tak zwany macko - i jego przyjaciele zaczęli go znowu zatruwać i zwodzić, mówiąc mu, aby nie dał się wodzić za nos swojej żonie, szybko go przekonali do powrotu do swego wcześniejszego trybu życia. Okazał się niewiernym swojej powierzonej żonie, mojej matce, już w 14 dni po swoim weselu i dał się zaciągnąć do domu publicznego, by udowodnić swoim przyjaciołom, że jest panem, że nie będzie pantoflarzem.

I wiecie, co się stało z laską pasterską, którą otrzymał od Pana? Demon mu j ą zabrał. I wszystkie te brudne złe duchy powróciły i przykleiły się do niego. Mój ojciec przeobraził się z pasterza swojej rodziny w wilka, który nie chronił już swej rodziny, a otworzył demonom drzwi na oścież i stał się postrachem całego domu.

Mój ojciec powiedział we łzach po tamtej stronie: Dzięki mojej cudownej Żonie, twojej matce, która modliła się przez 38 lat za mnie o moje nawrócenie i prowadziła przykładne życie jako ofiarna matka, zostałem uratowany przed piekłem.

 …............................................................................................................................................................

Moja matka modliła się przez 38 lat za swego życia za tego mojego ojca, który prowadził zepsute i pełne

cudzołóstwa życie, także z winy mojego dziadka, który zabrał go, 12-latka, z sobą do domu uciech, by zrobić z niego mężczyznę. I wiecie jak modliła się zawsze moja matka przed Najświętszym

 

Sakramentem? Mówiła: Panie, wiem Boże mój i ufam, ze nie pozwolisz umrzeć swojej służebnicy, zanim nie ujrzę nawrócenia mojego małżonka. Proszę Cię nie tylko za moim mężem, a błagam Cię również, abyś wspierał wszystkie te biedne kobiety, które znajdują się w tej samej nieszczęśliwej sytuacji, co ja. Szczególnie proszę Cię za tymi kobietami, które oddają się mocy wróżbitów, czarnoksiężników i innym narzędziom magii oraz siłom demonicznym. Proszę Cię za wszystkimi tymi, które w ten sposób sprzedają demonom swoje dusze i dusze swoich dzieci, zamiast być przed Najświętszym Sakramentem -przed Tobą - modlić się tutaj i Cię uwielbiać. Proszę Cię także za nimi Wspieraj je wszystkie i uwolnij je z więzów złego!

 

Tak modliła się moja matka. I wiecie, dlaczego zawsze kochałam swego ojca i na niego spoglądałam? Ponieważ moja matka była właśnie dobrą kobietą, która nas nigdy, ani trochę, nie skłaniała do tego, by kogoś nienawidzić i nawet nie naszego ojca, mimo że dawał jej ku temu powody.

Czasami moja matka mawiała do mnie w swoich bredniach, jakoby miała widzenie i ujrzała, że po każdym ciężkim grzechu ziemia się otwiera i połyka daną duszę. Często naigrawałam się z tych jej opowiadań i nazywałam ją głupią oraz naiwną. Mówiłam często do niej: Wiesz co, Bóg mi właśnie pokazał, jak otwarła się ziemia i połknęła tatę. Mówiłam to, nawiązując do jej wypowiedzi odnośnie do ciężkich grzechów.

Ale w tym drugim świecie stało się jasne, że moja matka naprawdę miała mistyczną wizję. Odpowiedziała mi tak: Tak, moja córko, widziałam twego ojca. Był spętany przez diabła, który chciał go zaciągnąć do otchłani. Ale musisz wiedzieć, że owiłam go natychmiast moim różańcem i zaciągnęłam do kościoła przed Najświętszy Sakrament To była ustawiczna walka. Szatan chciał go zaciągnąć w dół swymi pętami, a ja swoim różańcem ciągnęłam go Z powrotem w górę. i kiedy wreszcie przyprowadziłam go do kościoła, rzekłam do Pana: „Oto przyprowadzam Ci go i ufam Tobie, że go uratujesz".

Mój ojciec nawrócił się osiem lat przed swoją śmiercią. Z głęboką skruchą prosił Boga o przebaczenie, a miłosierny Bóg odpuścił mu. Mój ojciec jednakże nie odpokutował swoich czasowych kar za grzechy. Wprawdzie żałował, wyspowiadał się i otrzymał rozgrzeszenie, ale nie miał okazji odbyć pokuty. Dlatego znajdował się w Czyśćcu aż po szyję w tym cuchnącym bagnie, które już wcześniej opisałam.

Pokutowanie za popełnione grzechy i zadośćuczynienie to jedna z tych rzeczy, o których tak łatwo zapominamy. Właściwie to bardzo mało o tym myślimy. I jest też tak, że my sami z siebie bardzo mało możemy zadośćuczynić. Ale Jezus w Najświętszym Sakramencie może nam udzielić łaski, abyśmy mogli pokutować. Gdy Go odwiedzamy w Najświętszym Sakramencie

 

i uwielbiamy Go, otrzymujemy często ten dar pokuty, zadośćuczynienia za skutki naszych grzechów. Właśnie w tym drugim świecie Bóg ukazuje nam, czym nasze grzechy skutkują dla innych. Cierpi On bardziej z powodu skutków naszych grzechów dotykających inne osoby, aniżeli z powodu samego grzechu, ponieważ te skutki są zazwyczaj bezpośrednim atakiem przeciwko Jego miłości. Bóg sam w sobie jest miłością.

Eucharystia i adoracja Najświętszego Sakramentu to jedyna droga, która nas bezpośrednio prowadzi do Nieba. Zapamiętajcie to sobie! To bardzo ważne dla nas wszystkich.

Gdy ktoś zdradza swojego małżonka/małżonkę, zdradza Pana Boga. Łamie obietnicę, którą złożył Bogu i swojemu partnerowi w dniu swego ślubu. Jeśli ktoś zamierza nie dotrzymać obietnicy małżeńskiej, niech lepiej nie zawiera związku małżeńskiego. Pan mówi do nas: Jeśli jesteś niewierny, sam siebie potępiasz. Jeśli nie jesteś wierny, to się nie żeń. Pan mówi: Moje dzieci, proście Mnie, abyście mogły być wierne swojej malżonce/maiżonkowi, abyście mogli być wierne waszemu Bogu.

Ile szkód i cierpień doświadcza małżeństwo z powodu niewierności! Gdy np. mężczyzna idzie do domu publicznego albo rozpoczyna romans ze swoją sekretarką, to pomimo prezerwatywy zaraża się wirusem. Wtedy nie pomoże żadna kąpiel. Ten wirus nie ginie i później, gdy przychodzi do swej żony, przenosi tego wirusa na nią i ten zagnieżdża się w pochwie lub w macicy, a później rozwija się z tego rak. Tak, rak!

Kto więc odważy się twierdzić, że cudzołóstwo nie zabija?! l jakże wiele kobiet, które dopuściły się cudzołóstwa, boi się potem, że zostanie odkryty ich cudzołożny związek, i wtedy chcą usunąć dziecko. Zabijają niewinnego człowieka, który nie może jeszcze ani mówić, ani się bronić. To kilka przykładów nieprzewidzianych konsekwencji grzechów, krótkiej chwili przyjemności.

Cudzołóstwo zabija w wieloraki sposób. Potem mamy jeszcze czelność skarżyć się na Boga, atakować Jego własną bronią i zrzucać na Niego winę, gdy rzeczy nie mają się tak, jak tego byśmy chcieli, gdy mamy problemy, nawiedzają nas choroby. To my fundujemy sobie nieszczęście i ściągamy je na siebie naszymi grzechami. Za grzechem stoi zawsze przeciwnik, szatan. Otwieramy mu drzwi, gdy ciężko grzeszymy. I gdy spotyka nas jakieś nieszczęście, wtedy Boga obarczamy odpowiedzialnością za to. Biada temu, który próbuje zniszczyć małżeństwo. Gdy ktoś rujnuje małżeństwo, uderza w skałę, którą jest Jezus. Bóg chroni małżeństwo, nigdy w to nie wątpcie!

Chciałabym Wam też jeszcze powiedzieć, że musicie dobrze uważać na wszelkiego rodzaju teściów, którzy mieszają się do małżeństwa dzieci, aby zniszczyć ich związek, zaszkodzić relacji małżonków, siejąc nieufność, uważając się za kogoś mądrzejszego. Nawet jeśli nie lubicie swojej synowej lub zięcia, czy sprawiedliwie czy nie, nie mieszajcie się w ich związek. Lepiej pomódlcie się za to małżeństwo. Oboje są już w małżeństwie i nic już nie można zrobić. Jedyną rzeczą, którą możecie zrobić, to modlitwa za nich. Módlcie się za to małżeństwo i milczcie. I ofiarujcie Panu to swoje milczenie, które być może nie przychodzi Wam łatwo. Wiele kobiet samo się potępiło, ponieważ mieszały się do małżeństwa swoich dzieci. To bardzo ciężki grzech. Gdy zauważacie, że coś nie jest w porządku, że jedno z nich grzeszy przeciwko małżeńskiej obietnicy, bądźcie cicho i módlcie się.

Proście Boga za nimi, proście Boga o pomoc. Możecie również porozmawiać z obojgiem i prosić ich, aby ratowali swe małżeństwo, aby brali pod uwagę swoje dzieci, gdyż małżeństwo jest po to, aby kochać, obdarzać się i wzajemnie sobie przebaczać. Trzeba walczyć o małżeństwo, ale nie poprzez mieszanie się i ustawianie po jednej stronie barykady.

................................................................................................................................................................

Przebiegłość diabła

Kto oglądał film „Pasja" Mela Gibsona, ten przypomni sobie, że szatan był ukazany podczas biczowania Pana jako dziecko, które patrzyło na Jezusa i uśmiechało się do Niego. Wiecie, dziś szatan nie jest już dzieckiem, jest potworem, przyczyną i sprawcą wszelkiego zła, perwersyjnym, wstrętnym typem, który zniewolił wiciu ludzi żądzą ciała, czarami i fałszywymi naukami, np. jak ta, gdzie diabeł twierdzi, jakoby w ogóle nie istniał. Wyobraźcie sobie, jaki jest sprytny, że daje się zanegować. Wmawia nam, że go nie ma, aby mógł spokojnie czynić z nami wszystko, co chce. Samych wierzących okłamuje na wszelki możliwy sposób. Sieje zamęt wśród ludzi na tysiąc sposobów i u każdej pojedynczej osoby wykorzystuje jej słabe punkty. Tak więc wielu jest praktykujących katolików, którzy chodzą na Mszę św. i jednocześnie do wróżbitów. Zły bowiem wmawia im, że to nic złego i że i tak pójdziemy do Nieba, gdyż nie czynimy nikomu niczego złego. Demon zwodzi, wykorzystuje i dyryguje wszystkim za pomocą świetnie przemyślanego planu: podstępem.

Mówię Wam jednakże, że jeśli wybieracie się do wróżki, nieważne co tam robicie lub czego nie robicie; bestia tak i tak odciśnie na Was swoją pieczęć, jeśli zwracacie się ku okultyzmowi, chodzicie do tarocistów, wywołujecie duchy, paracie się okultyzmem i astrologią, bierzecie udział w seansach z

.........................................................................................................................................................

wirującymi stolikami - przy tych wszystkich „hobby", które w dzisiejszym świecie są w modzie, Zły wyciska na Was swoją pieczęć.

Po raz pierwszy w takim miejscu byłam z mój ą koleżanką, która zabrała mnie do czarownicy, by ta przepowiedziała mi moją przyszłość, i tam zostałam opieczętowana przez bestię. Tak, Zły wycisnął wtedy na mnie pieczęć. Od tamtego czasu pojawiło się w moim życiu zło, wewnętrzne niepokoje, zamęt, nocne koszmary, lęki, udręczenia, obawa, przerażenie. Ogarnęła mnie chęć samobójstwa. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć przyczyny tej chęci. Płakałam, czułam się nieszczęśliwa i nigdy więcej nie miałam w sobie pokoju. Wprawdzie modliłam się, ale czułam, że Pan jest tak daleko ode mnie, nigdy już nie odczuwałam bliskości Boga, jakiej doświadczałam, będąc dzieckiem. Coraz trudniej było mi się modlić. To takie jasne: otwarłam Złemu drzwi i wkroczył w moje życie z całą swoją mocą.

Dusze Czyśćcowe

 

Powracam teraz do tego strasznego miejsca, w którym się znajdowałam, na skraju tej okropnej przepaści. Musicie wiedzieć, że byłam bezbożnicą, w praktyce ateistką. Nie wierzyłam już w istnienie diabła, a tym samym w istnienie Boga. Tutaj jednakże - w tych okolicznościach - zaczęłam krzyczeć: O wy, Biedne Dusze Czyśćcowe, proszę was, wyciągnijcie mnie stąd, wydostańcie mnie. Proszę, pomóżcie mi!

Gdy tak krzyczałam, przepełnił mnie dotkliwy ból. Wówczas zauważyłam, jak miliony, wiele milionów ludzi płakało i szlochało. Ujrzałam nagle, że były tu niezliczone rzesze ludzi młodych, przede wszystkim młodych osób, wszyscy pośród niewymownych cierpień. Pojęłam, że w tym strasznym miejscu, w tym bagnie pełnym nienawiści i cierpienia zgrzytali zębami, i wydawali z siebie takie ryki i wrzaski z bólu, że przyprawiało mnie to o dreszcze, czego nigdy nie zapomnę.

Macie pojęcie? To jest nieobecność Boga, to są grzechy, to ich konsekwencje. Macie pojęcie, czym jest grzech1? To całkowite przeciwstawienie się Bogu, który jest nieskończoną miłością. Grzech jest czymś tak przerażającym, że ma takie straszne skutki. A my żartujemy sobie z tego. Żartujemy z grzechu, piekła i demonów. Jednocześnie nie zdajemy sobie sprawy z tego, co robimy. Od tamtego przeżycia upłynęły lata, ale zawsze, gdy o tym myślę, płaczę z powodu cierpień tych wielu ludzi (Pani Polo wybucha płaczem). To byli samobójcy, którzy w momencie rozpaczy odebrali sobie życie, a teraz byli pośród tych mąk i katuszy; otoczeni przez te okropne stwory, okrążeni przez demony, które ich męczyły. Najgorsza w tej całej torturze była nieobecność Boga, jego kompletna nieobecność, bo tam nie czuje się Boga. Zrozumiałam, że ci, którzy odbieraj ą sobie życie, muszą tam tak długo pozostać, tyle lat, ile musieliby żyć na ziemi. Samobójstwem naruszyli porządek Boga, dlatego demony miały do nich dostęp.

 

Dusze Czyśćcowe zazwyczaj są uchronione od wszelkiego wpływu zła, są już świętymi Boga i nie mają już nic wspólnego z demonami. Mój Boże, tak wielu biednych ludzi, szczególnie młodych, tak wielu, wielu, płaczących, cierpiących niewymownie. Gdyby wiedzieli, co ich czeka po samobójstwie, z pewnością pogodziliby się z karą więzienną, niż z czymś takim. Wiecie jakie dodatkowe cierpienia muszą znosić? Muszą przyglądać się, jak ich rodzice czy najbliżsi, którzy jeszcze żyją, cierpią z ich powodu, znoszą hańbę, wpędzają się w kompleksy winy: Gdybym go wychował surowiej, gdybym go ukarał, albo: gdybym go ukarał, gdybym mu powiedział, gdybym zrobił to czy tamto, i na odwrót Te wyrzuty sumienia są przytłaczające i bolesne, stanowią piekło na ziemi.

Konieczność przyglądania się temu cierpieniu ich najbliższych sprawia im największy ból. Jest to dla nich największa męka, z której cieszą się demony i pokazują im wszystkie te sceny: Popatrz, jak twoja matka płacze. Popatrz, jak twój ojciec płaczą jak są zrozpaczeni, przepełnieni strachem, jak się obwiniają, jak dyskutują i nawzajem się oskarżają. Popatrz na cierpienia, jakie im zadałeś. Spójrz, jak teraz buntują się przeciw Bogu. Spójrz na swoją rodzinę - wszystko to twoja wina!

Te biedne dusze potrzebują przede wszystkim tego, aby ci, którzy pozostali na ziemi, zaczęli lepsze życie, zmienili swoje życie, spełniali dzieła miłości, odwiedzali chorych, aby zamawiali Msze Święte za zmarłych oraz sami w nich uczestniczyli.

Dusze te miałyby z tego wicie dobrego i czerpałyby pociechę. Dusze, które są w Czyśćcu, nic nie mogą dla siebie zrobić. Nic, zupełnie nic. Ale Bóg może uczynić coś poprzez niezmierzone łaski Ofiary Mszy Świętej. Powinniśmy im tym sposobem pomóc i zamawiać za nie Msze, sami w nich uczestniczyć i ofiarowywać nasz udział jak dar Ojcu w Niebie przez Najświętszą Maryję Pannę.

Ja, przepełniona strachem, pojęłam teraz, że dusze te nie mogły mi pomóc. W obliczu tego strachu i paniki ponownie zaczęłam wołać: Kto się pomylił? To musi być jakiś błąd! Spójrzcie, jestem święta, wszyscy nazywali mnie w moim życiu świętą. Nigdy nie kradłam i nigdy nie zabiłam. Nikomu nie zadałam cierpień. Zanim zbankrutowałam, za darmo leczyłam zęby i często nie żądałam pieniędzy, gdy nie mogli mi zapłacić. Robiłam paczki dla biednych... Co ja tu robię?

Domagałam się moich praw! Ja, która przecież byłam taka dobra, która powinnam trafić prościutko do nieba. Co tu robię? Chodziłam w każdą niedzielę na Mszę Świętą, mimo że podawałam się za ateistkę i nie zważałam na to, co mówił ksiądz. Nigdy nie opuściłam Mszy Świętej. Jeśli w całym

 

moim życiu nie było mnie na niej pięć razy, to tylko tyle, nie więcej. Co ja tutaj zatem robię? Uwolnijcie mnie stąd! Wyciągnijcie mnie stąd!

Krzyczałam i wrzeszczałam, pokryta tymi ohydnymi stworzeniami, które się mnie uczepiły: Jestem wyznania rzymskokatolickiego,, jestem praktykującą katoliczką, proszę, uwolnijcie mnie stąd!

Ujrzałam moich rodziców

Podczas gdy moje ciało na ziemi znajdowało siew śpiączce, gdy tak krzyczałam, że jestem katoliczką, ujrzałam małe światło - i wiedzcie, że tylko jedno malutkie światełko w tej nieprzeniknionej ciemności jest czymś wspaniałym, gdy znajdujecie się w takiej absolutnej, nie dającej się opisać ciemności. To najlepsze, co może się Warn w tej sytuacji przytrafić. To największy prezent, o którym można pomarzyć i na którego otrzymanie nie ośmielacie się mieć nadziei. Nad tą niesamowitą i mroczną dziurą widzę kilka stopni, spoglądam w górę i zauważam tam mojego ojca. Umarł 5 lat przed tym wydarzeniem. Stał prawie na skraju tej przepaści. Miał trochę więcej światła niż ja tam na dole. Kilka stopni wyżej zobaczyłam moją matkę, która miała więcej światła. Była zatopiona jakby w modlitwie, w postawie adoracji. Gdy ujrzałam ich oboje, wypełniła mnie taka radość, tak wielka, że nie mogąc się opanować, zaczęłam wołać: Tato! Mamo! Jakie się cieszę. Że was widzę. Proszę, wyciągnijcie mnie stąd! Proszę was z całego serca, wyciągnijcie mnie stąd! Wydostańcie mnie stąd!

Gdy skierowali swój wzrok na mnie i mój tata zobaczył mnie w tej beznadziejnej sytuacji, powinniście byli widzieć ten wielki ból, który mogłam wyczytać z ich twarzy. Po tamtej stronie natychmiast widzi się takie rzeczy, ponieważ każdego rozpoznaje się do głębi. Tak więc spojrzałam się na nich i natychmiast odczułam ogromny smutek i cierpienie Jakie czuli moi rodzice ,widząc mnie w takim stanie.

Mój tata zaczął gorzko płakać, zasłonił twarz rękami i lamentował: Moja córko! Moja córeczko! A moja matka dalej modliła się, i tak oto zdałam sobie sprawę, że moi rodzice nie mogli mnie stąd wydostać. Przy tym wszystkim wielkim cierpieniem było to, że moją sytuacją przyczyniłam się do tego, że także tam, gdzie byli, musieli dodatkowo znosić mój ból. Moje cierpienie potęgowało jeszcze to, gdy widziałam, jak dzielą je ze mną i nic nie mogli dla mnie zrobić. Pojęłam również, że byli tu dlatego, ponieważ musieli zdać Panu sprawę z wychowania, które było moim udziałem.

Byli ustanowionymi strażnikami moich talentów, które Bóg mi dał. Powinni byli ustrzec mnie przed atakami szatana swoim życiem i przykładem.

Powinni byli podtrzymywać łaski dane mi przez Pana. Wszyscy rodzice są strażnikami talentów, które Bóg daje ich dzieciom. Gdy ujrzałam cierpienie moich rodziców, przede wszystkim mojego ojca, krzyczałam zrozpaczona: Wyciągnijcie mnie stąd, zabierzcie mnie stąd!

Eutanazja

Ponownie z całej siły zaczęłam krzyczeć: Wydostańcie mnie stąd! To musi być jakaś pomyłka. Kto jest za nią odpowiedzialny? Wyciągnijcie mnie stąd!

Wtedy, gdy tak krzyczałam, moje ciało znajdowało się na ziemi w śpiączce. Byłam podłączona do wielu aparatur. Byłam w agonii. Umierałam. Moje płuca nie pracowały, nerki już nie funkcjonowały, „żyłam" jeszcze, gdyż byłam podłączona do urządzeń, i ponieważ moja siostra, która także jest lekarzem, nalegała, aby nie odłączano mnie od nich. Powiedziała do opiekujących się mną lekarzy i pielęgniarek, którzy chcieli ją namówić do zakończenia intensywnej terapii i wyłączenia aparatury: Nie jesteście Bogiem! Lekarze bowiem uważali, że nie opłaca się kontynuować intensywnej terapii. Rozmawiali już z moimi bliskimi i przygotowywali ich na to, że umrę. Mówili, że powinni pozwolić mi umrzeć w spokoju, ponieważ leżałam w agonii. Moja siostra jednakże nie ustępowała. Widzicie tu ten kontrast? W moim życiu zawsze broniłam eutanazji, tak zwane prawo do „godnej śmierci". Moja siostra tylko dlatego mogła przy mnie być, ponieważ sama była lekarzem. Przez cały czas trwała przy mnie. I wyobraźcie sobie: w momencie, gdy moja dusza była po drugiej stronie i widziałam rodziców, i krzyczałam z całych sił do nich, moja siostra usłyszała całkiem wyraźnie, jak wołałam do moich, naszych, rodziców, ciesząc się z tego, że przybyli, aby mnie wydostać...

Moja siostra jednakże źle zinterpretowała to wołanie. Prawie umarła ze strachu, kiedy usłyszała moje krzyki - naprawdę usłyszała je wyraźnie przy moim łóżku. Dla niej oznaczały to, że ostatecznie odejdę z tego świata. Krzyknęła: Moja siostra umarła! Przegrała walkę. Mój ojciec i moja matka zabrali ją. Odejdźcie stąd, tato, mamo, idźcie sobie! Nie bierzcie jej ze sobą. Ma przecież jeszcze dzieci, które są małe. Nie zabierajcie jej nam. Nie zabierajcie mojej siostry Glorii. Zostawcie ją! Lekarze musieli ją stamtąd zabrać, gdyż sądzili, że jest w szoku. I nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ przeżyła wiele: śmierć mojego siostrzeńca, którego potem musiała zabrać z krematorium, śmierć swojej siostry lub jej krytyczną sytuację; nie umarła, ale nie przeżyje dzisiejszego dnia, jak mniemali lekarze. Obciążona była tymi troskami i obawami już od 3 dni i do tego wszystkiego nie mogła jeszcze spać. Nic dziwnego, że jej koledzy sądzili, że postradała zmysły.

 

Egzamin

Na nowo zaczęłam krzyczeć: Nie rozumiecie! Wyciągnijcie mnie stąd, jestem przecież katoliczką! To wszystko musi być jakimś nieporozumieniem, pomyłką! Któż się tam pomylił! Proszę, wyciągnijcie mnie stąd!

I gdy tak rozpaczliwie krzyczałam, nagle usłyszałam głos, tak słodki i miły głos, niebiański głos. Słysząc go, moja cała dusza drży z radosnego podniecenia. Wypełnia się głębokim pokojem i nieobrażanym uczuciem miłości. A wszystkie te ciemne postaci błyskawicznie odstępują przerażone, nie mogą bowiem przeciwstawić się owej miłości. Tego pokoju też nie mogą znieść. Upadły na ziemię, leżały tak, jak gdyby też adorowały Pana. To zdarzenie wywarło na mnie niesamowite wrażenie. Ów niesamowity pokój powraca do mnie i słyszę, jak czarujący głos mówi do mnie: No dobrze, jeśli naprawdę jesteś katoliczką, z pewnością możesz Mi powiedzieć, jak brzmi Dziesięć Przykazań Bożych!

Co za nieoczekiwane wyzwanie dla mnie. Mam się teraz ośmieszyć. Sama sobie zastawiłam tę pułapkę moim krzykiem i deklaracją. Cały świat ma teraz dowiedzieć się o mojej niesłowności i moim kłamliwym wyznaniu. Jaka straszna perspektywa dla mnie. Możecie to sobie wyobrazić? Wiedziałam, że było Dziesięć Przykazań. Nic więcej. Nic, zupełna ciemnota. Rany, jak ja się z tego wypłaczę? Co mam teraz zrobić? Tylko nie się nie poddawaj, jakoś to będzie!

Będziesz miłował Pana Boga twego z całego serca swego, z całej duszy swojej...

Moja matka zawsze mówiła o pierwszym przykazaniu miłości. Nareszcie jej słowa mają jakąś wartość dla mnie. Jej ciągłe napomnienia i pouczenia nie były więc nadaremne. Wybiła zatem godzina, by udowodnić, jaką to jestem grzeczną i posłuszną córeczką. Moja mama ucieszy się z tego. Przekonajmy się, czy z tą szczątkową wiedzą dam sobie radę, nie ujawniając mojej pozostałej ignorancji. Myślałam, że ze wszystkim sobie poradzę, tak jak to było w moim życiu. Miałam zawsze najlepsze wymówki i zawsze mogłam się ze wszystkiego wykaraskać. Zawsze tak się usprawiedliwiałam i broniłam, że po prostu nikt nie zauważał tego, czego nie wiedziałam i czego nie potrafiłam. Tak oto wyobrażam to sobie teraz i zaczynam po prostu mówić: Pierwsze przykazanie brzmi: Kochaj Boga ponad wszystko, a bliźniego swego jak siebie samego! I słyszę odpowiedź: Doskonale! Zaraz po tym ten sam miły głos mówi: A ty? Kochałaś swoich bliźnich? Odpowiadam prędko: Tak, tak, kochałam ich; tak, naprawdę ich kochałam. Tak, kochałam ich!

 

Z drugiej strony dochodzi do mnie: Nie! Krótkie, krystalicznie czyste „nie!" Słuchajcie teraz, proszę, uważnie! Gdy usłyszałam to „nie", trafił mnie jakby piorun, wtedy dopiero tak naprawdę poczułam uderzenie pioruna. To było jak szok, byłam jak sparaliżowana. A głos mówił dalej: Nie, nie kochałaś swego Boga ponad wszystko! A jeszcze mniej kochałaś swego bliźniego jak siebie samą! Ulepiłaś sobie własnego Boga. Utworzyłaś go sobie tak, jak ci akurat pasowało. Tylko momentami dawałaś swemu Bogu miejsce w życiu, gdy byłaś w największej potrzebie. Był twoim przyciskiem alarmowym! Rzucałaś się na ziemię przed Nim, gdy byłaś jeszcze biedna, gdy twoja rodzina żyła w prostych warunkach, a ty koniecznie chciałaś mieć wykształcenie zawodowe i pozycję społeczną. Tak, wówczas modliłaś się każdego dnia i spędzałaś na tym wiele czasu. Wiele godzin błagałaś Pana, prosiłaś Go na kolanach. Bezustannie prosiłaś o to, by uwolnił cię z nędzy, by umożliwił ci wykształcenie zawodowe i aby pozwolił ci być kimś poważanym w społeczeństwie. Kiedy byłaś w potrzebie, chciałaś po prostu pieniędzy. „Odmówię zaraz różaniec, Panie, ale nie zapomnij dać mi pieniędzy! "-tak wyglądało wiele twoich modlitw! I to była twoja relacja z Bogiem! Tak obchodziłaś się ze swym Bogiem, i według własnych wyobrażeń przyznawałaś Mu miejsce w swoim życiu!

To prawda, w taki sposób traktowałam Pana Boga w moim życiu. To smutna prawda, której nie mogę upiększyć ani jej zaprzeczyć. Mogę dodać jeszcze, że Bóg  był dla mnie swego rodzaju bankomatem. Wrzucałam „różaniec" i musiała wtedy wysypać się pewna suma pieniędzy. Taka była moja relacja z Bogiem.

Pokazano mi to i zdałam sobie z tego sprawę. Gdy tylko Pan pozwolił mi otrzymać dobre wykształcenie zawodowe, gdy tylko sprawił, że znaczyłam coś w społeczeństwie, że byłam „kimś", gdy tylko pozwolił na wzbogacenie się, tak że mogłam sobie na wiele pozwolić, nagle Bóg stał się nieważny dla mnie - stał się poboczną rzeczą w moim życiu. Zaczęłam być zarozumiała - zarozumiałość to bardzo niebezpieczny odcinek na drodze życia! Moje ego stało się gigantyczne! Nie byłam zdolna nawet do najmniejszego odruchu miłości ani do wdzięczności wobec Pana! Być wdzięczną! Nigdy, przenigdy! Niby czemu! Przecież sama wszystko osiągnęłam! Stałam się „kimś". Ja sama osiągnęłam wszystko to, o czym marzyłam. Byłam całkowicie ślepa, nie mogłam już przypomnieć sobie swoich próśb i błagań! Niemożliwością było dla mnie powiedzieć: Panie, dziękuję za kolejny dzień, który mi darujesz! Dziękuję za moje zdrowie! Dziękuję Ci za życie i zdrowie moich dzieci. Dziękuję Ci za to, że mamy dach nad głową; pomóż również biednym ludziom, którzy są bezdomni i nie wiedzą, czym się dziś pożywią! Daj im przynajmniej coś do jedzenia; nie pozostawiaj ich samych; wspomóż ich!

............................................................................................................................................................

Niczego z tego wszystkiego nie mogłam powiedzieć. Nie byłam do tego zdolna. Nie myślałam też o tym. Byłam totalnie skupiona na sobie. Moje , ja" wystarczało mi. I tak oto byłam najbardziej niewdzięczną istotą, jaką tylko można sobie wyobrazić. Co więcej, ponieważ nie byłam zdolna do okazania wdzięczności, nawet gardziłam Bogiem i wystawiałam Go na pośmiewisko.

Ezoteryka - Reinkarnacja

Bardziej niż w Niego wierzyłam w Merkurego, Wenus i inne ciała niebieskie. Amulety były dla mnie ważniejsze niż Bóg. Byłam zaślepiona astrologią oraz czytaniem z gwiazd i rozpowiadałam wokół, jak to gwiazdy wpływają na moje życie i pozytywnie je kształtują. Astrologia to jedna z rys w naszym duchowym życiu, na które nie zwracamy uwagi. I gdy później zauważamy, jak jesteśmy zaplątani w te sztuczki, będące również demonicznego pochodzenia, wówczas jest już zwykle za późno, by się z tego wyrwać. Zaczęłam wtedy ulegać modnym trendom ducha czasów. Wszystkie nauki - nawet jeśli były wytworem chorych umysłów - były dla mnie bardziej interesujące niż Radosna Nowina Pana. To wszystko było o wiele bardziej na czasie niż Pismo Święte i dwu tysiącletnia nauka Kościoła Katolickiego. Zaczęłam toteż wierzyć w to, że się po prostu umiera i potem zaczyna się żyć od nowa. Reinkarnacja była dla mnie wygodną nauką, wypełniającą moje pozbawione wiary życie. Wdzięczność dla mojego Stworzyciela była czymś obcym. Po prostu nigdy o tym nie myślałam.

Łaska była słowem, które wykreśliłam z mojego słownika - była dla mnie obcym pojęciem, którego znaczenia kompletnie zapomniałam i nie potrzebowałam już dla mojego stylu życia. A już zupełnie nie byłam świadoma tego, że Pan zapłacił za mnie wysoką cenę, że i ja zostałam odkupiona ceną Jego Przenajdroższej Krwi. Wszystko to stało się jasne podczas egzaminu z Dziesięciu Przykazań - dzięki słowom i pytaniom tego niebiańskiego głosu. Teraz ujrzałam to wszystko całkiem wyraźnie. Ślepota została jakby zmyta. Sprawdza mnie i chce wiedzieć, co wiem o Dziesięciu Przykazaniach. I pokazuje mi, że udawałam, że wmawiałam sobie, że czczę Boga; że kocham Pana. Uderza we mnie moimi własnymi słowami. Co ma to znaczyć? Mam być po prostu odesłana do diabła, do piekła?

Gdy pewnego razu przyszła do mego gabinetu miła kobieta, by okadzić moje pomieszczenia swoją mieszanką z ziół, spryskać esencjami na szczęście i odprawić rytuał odpędzania nieszczęść, powiedziałam do niej: Nie wierzę w takie bzdury. Ale niech pani to zrobi, nigdy nie wiadomo. Jeśli nie zaszkodzi, to tylko wyjdzie na dobre! I tak oto wypowiedziała magiczne

 

zaklęcia i rozpyliła swoje eliksiry, by w ten sposób wypełnić pomieszczenia szczęściem i dobrym samopoczuciem. Pozwoliłam, aby ta prymitywna magia i te przeciwstawiające się mojej nauce zabobony więcej miały wpływu na moje życie, niż Pan i Jego Radosna Nowina.

W moim gabinecie ukryłam - w kącie, aby nikt nie widział, aby nie zauważyli moi pacjenci - mięsisty liść rośliny „aloe vera", o której mi opowiedziano, że wypędza złą energię z pomieszczeń. Pomyślcie, na jakie manowce zeszłam! Dowiedzieliście się, jaka pustka zamiast prawdziwej nauki wypełniła moje życie. Jest to hańbą i wstydzę się dziś tego. W rzeczywistości takie było moje ówczesne życie! A teraz kontynuuje

...................................................................................................................................................................

 analizę mojego życia na podstawie Dziesięciu przykazań Bożych. Przy tym wskazuje całkiem dokładnie na to, jak się zachowywałam wobec mojego bliźniego. Jakże często wołałam do Pana, że Go kocham, zanim się odwróciłam od Niego, mojego Boga. Zanim zaczęłam błądzić po drogach ateizmu i przyjmować fałszywe nauki, często mówiłam Panu: Mój Panie i mój Boże, kocham Cię!

Ja i mój bliźni

Tym językiem, którym tak chwaliłam i wychwalałam Pana, tym językiem i tymi samymi ustami krzywdziłam ludzi i przeklinałam ich. Krytykowałam wszystko i wszystkich. Nic mi nie odpowiadało. Wskazywałam palcem na cały świat i obwiniałam. Tylko na siebie nie wskazywałam, siebie nie obwiniałam! Byłam przecież „świętą Glorią", tą „dobrą", „kochaną" i „piękną". I jakże się napuszałam, gdy mówiłam, że kocham Boga; jednocześnie byłam zazdrosna, nieznośna i ani trochę wdzięczna! Nigdy nie okazywałam moim rodzicom i rodzinie wdzięczności za wszystkie trudy, miłość, wyrzeczenia, które brali na siebie, by umożliwić mi dobre wykształcenie zawodowe, by widzieć, jak awansuję społecznie, by mnie wspierać.

Do tego dochodzi jeszcze to, że skoro tylko ukończyłam studia, skoro tylko wspięłam się po drabinie kariery, wówczas moi rodzice i rodzina nie byli dla mnie ważni. Nawet ci, którzy wspierali mnie wszystkimi możliwymi środkami, stali się dla mnie kimś mało znaczącym. Tak, doszło nawet do tego, że wstydziłam się swojej matki. Wstydziłam się jej, ponieważ pochodziła z prostej rodziny i żyła w nędznych warunkach.

Ja i moja rodzina

Po tych wynikach mojego egoistycznego stylu życia ukazuje mi jeszcze podczas tego egzaminu z Dziesięciu Przykazań Bożych to, że nie spisałam się

 

również jako żona. Całkowicie nie tak, jak Bóg spodziewa się po chrześcijańskiej małżonce. Jaką byłam żoną? Jaka byłam? Cały dzień tylko narzekałam - już od momentu wstania z łóżka. Mój mąż witał mnie serdecznymi słowami: Dzień dobry! A ja na to: To ma być dobry dzień? Wyjrzyj przez okno! Znowu pada! Umiałam zawsze odparować i skrytykować; byłam w złym humorze. Nikt nie mógł mi dogodzić. Szukałam wszędzie dziury w całym i od razu zaczynałam się z tego powodu denerwować. Nie tylko wobec męża, ale także wobec dzieci zachowywałam się w ten sam nieznośny i niesprawiedliwy sposób.

Podczas tego egzaminu ukazano mi również, że nigdy nie okazywałam szczerego uczucia miłości czy prawdziwego współczucia dla moich bliźnich, moich braci i sióstr poza rodziną. Pan powiedział mi: Po prostu nigdy o nich nie myślałaś! Ujrzałam mnóstwo chorych i samotnych i zaczęłam lamentować: O Panie, jakże są biedni, opuszczeni, ci chorzy ludzie. Nikt nie troszczy się o nich! Udziel mi tej łaski, bym poszła do nich i odwiedziła ich, pocieszyła, dotrzymała towarzystwa. Także te liczne dzieci, które nie mają już matki, te małe sieroty, o Panie, jakie cierpienia muszą znosić w swoim młodym wieku.

Im więcej widziałam i im dalej postępował egzamin, tym wyraźniej widziałam przed sobą moje skamieniałe serce. Musiałam stwierdzić, iż było dla mnie niczym potwór w moim wcześniejszym stylu bycia. Wszystko było tak jasne i jednoznaczne, że w żaden sposób nie mogłam wybrnąć z opresji, do czego zazwyczaj byłam przyzwyczajona. Mówiąc wprost, krótko i treściwie: Na tym egzaminie z Dziesięciu Przykazań Bożych całkowicie poległam. Nie miałam szansy na zdanie go z tym moim minionym życiem.

To było niewyobrażalnie straszne! W moim minionym życiu żyłam w ogromnym chaosie. Nie było już żadnego porządku, jaki jest nadany stworzeniom. Co z tego, że nikogo nie zamordowałam? Podam Wam jeszcze jeden przykład: Bardzo często dawałam w darze wielu potrzebującym ludziom towary, artykuły spożywcze, ubrania i wiele innych rzeczy. Ale nigdy nie dawałam im tego z bezinteresownej miłości, lecz by mieć poważanie, by pokazać, jaka to ja jestem dobra, by wywrzeć na nich wrażenie, i by wśród ludzi stworzyć sobie dobry wizerunek. A ponieważ byłam bardzo bogata, chciałam ukazywać ludziom, jaka to ja jestem dobra i wspaniałomyślna. Powinni strzępić sobie języki z powodu tej mojej wspaniałomyślności, zazdrościć mi i podziwiać. I ponieważ byłam taka bogata, moimi podarunkami i wspaniałomyślnością chciałam sterować ich potrzebami oraz nędzą i czerpać jeszcze z tego korzyści. I tak oto mówiłam: Spójrz, daję ci to i tamto (w zależności od tego, co mi się akurat nawinęło pod rękę albo co mi zbywało), ale za to proszę cię, bądź tak dobra i pójdź zamiast mnie na wywiadówkę do szkoły moich dzieci i zastąp mnie tam, ponieważ ja nie mam niestety czasu, by iść na to zebranie, gdzie zawsze sprawdzana jest obecność. W ten

sposób wprawdzie rozdawałam wokół mnóstwo rzeczy, ale każdy dar związany był z pewnymi warunkami albo żądaniami.

.................................................................................................................................................................

Owinęłam sobie ludzi wokół palca. Manipulowałam nimi i byli ode mnie zależni. Ponadto podobało mi się niezmiernie, gdy widziałam, jak rzesza ludzi podążała za mną i opowiadała za moimi plecami, jaka to ja jestem wspaniałomyślna, dobra i święta. Tak oto stworzyłam sobie w moim otoczeniu imponujący wizerunek. Nikt nie wiedział, że był kłamliwy i że nie odpowiadał rzeczywistości.

Podczas tego mojego egzaminu wszystko wyszło na jaw. Powiedziano mi: Jedynym Bogiem, którego czciłaś, były pieniądze. Tym swoim bożkiem sama się potępiłaś! Z powodu twojego boga pieniędzy i samych pieniędzy stoczyłaś się do otchłani I tak oto sama oddalałaś się coraz bardziej od Boga. Tak było, przez pewien czas mieliśmy dużo pieniędzy, później jednak zbankrutowaliśmy. Utonęliśmy w długach - mieliśmy niewiarygodnie wiele długów. Pieniądze całkowicie się nam skończyły, nie mieliśmy już nic. l gdy wypomniano mi te pieniądze, po prostu krzyknęłam: O jakich pieniądzach mówisz? Na ziemi  zostawiłam przecież masę problemów i długów! Więcej nie mogłam już powiedzieć...

Nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremno

Gdy robił mi wymówki z powodu drugiego przykazania, ujrzałam w pełnym świetle, jak będąc dzieckiem, nauczyłam się, że kłamstwa są doskonałym środkiem uniknięcia kar mojej matki, które czasami mogły być bardzo surowe i dotkliwe. W ten oto sposób zaczęłam iść przez moje życie, mając przy sobie ojca wszelkiego kłamstwa, szatana. Stał się moim towarzyszem, a ja wielką kłam czynią. Zaprawiałam się w tej sztuce kłamania; byłam coraz to doskonalsza. Wraz z tym, jak wielkie i perfidne stawały się moje grzechy, powiększały się moje kłamstwa; stawały się coraz większe oraz bezwstydne. Widocznie chciałam udowodnić samej sobie, do jakiego mistrzostwa w tej dyscyplinie kłamania mogłam dojść. Kłamstwa stawały się coraz bardziej wymyślne i pogrążałam się w nich - podobnie jak w długach.

Grzech kłamstwa osiągnął swój punkt kulminacyjny w przypadku sacrum i samego Boga. Zauważyłam, że moja mama miała głęboki szacunek dla Pana. Dla niej Imię Pańskie było czymś godnym czci, czymś świętym. Przemyślałam sobie to dobrze i pomyślałam, że to najlepsza broń dla mnie. Tak oto miałam kontrolę nad moją matką. W ten sposób zaczęłam przysięgać na Boga w każdej drobnostce, by zatuszować moje kłamstwa. Wymawiałam

.........................

Imię Boże lekkomyślnie i bezpodstawnie. Mówiłam na przykład do mamy: Mamo, na Rany Chrystusa przysięgam ci, że... lub Mamo, przysięgam na Boga, zapewniam cię itd. itp. Tak oto dzięki tym wiarygodnie spreparowanym kłamstwom wymigiwałam się od dobrze zasłużonych kar mojej matki.

Czy możecie sobie wyobrazić, że dla moich kłamstewek, małych świństewek, tego błota, w którym czułam się tak dobrze, nadużywałam Najświętszego Imienia Boga i przez to także Jego wciągałam w to błoto, ponieważ ja sama tkwiłam po szyję w owym szambie grzechów. Moi drodzy Bracia i Siostry, dzięki temu doświadczeniu, o którym teraz właśnie mówię, nauczyłam się i doświadczyłam na własnej skórze, że słowa i zdania, które wychodzą z naszych ust, i które często tak lekkomyślnie i bez zastanowienia wypowiadamy, nie idą na wiatr i nie przepadają. Ale pozostają często rzeczywistością, która nas później dogoni i kłamstwa niczym bumerang powrócą do nas, a mówiąc dobitniej, spadną na nas.

Może zjeżą Warn się włosy na głowie, gdy opowiem wam następującą rzecz; nie raz, a bardzo często, kiedy moja matka była naprawdę nieugięta i po prostu nie chciała mi wierzyć, mówiłam do niej: Mamo, niech mnie piorun trzaśnie, jeśli kłamię. Mówię ci cala prawdę! Te moje częste zapewnienia popadały w zapomnienie i nikt nie myślał już o nich. Ale teraz popatrzcie, jedynie dzięki Miłosierdziu Boga stoję przed Wami, bo w rzeczywistości uderzył we mnie piorun, przeszedł praktycznie przez całe moje ciało, przedzielił mnie praktycznie na dwie części i całkowicie spalił. Ukazano mi w zaświatach, jak to ja, która tak pięknie podawałam się za katoliczkę, nie dotrzymywałam słowa, byłam gołosłowna i dla moich niecności nadużywałam zawsze Najświętszego Imienia naszego Pana i Boga. Byłam pod wrażeniem, jak Pan znosił wszystkie te straszne i okropne czyny, i jak równocześnie wszystkie stworzenia padały przed Nim na ziemię w geście imponującej adoracji i czci. Widziałam Najświętszą Maryję Pannę, Matkę Bożą u stóp Pana, adorującą Go. Modliła się za mnie i błagała Go. A ja, wielka i podła grzesznica, przebywając w moim bagnie byłam z Panem na „ty". Ja, która rzekomo byłam taka dobra i miałam tak dobrą reputację, którą sobie przecież kupiłam moimi manipulacjami. Ujrzałam siebie, jak to często buntowałam się przeciw Panu, jak to byłam wściekła na Niego, zwymyślałam Go i także przeklinałam. Świadomość mojej przeszłości i jasne jej widzenie było dla mnie nie tylko wstydem, ale i nieznośnym oraz bolesnym doświadczeniem.

Pamiętaj, abyś dzień święty święcił

Była to dla mnie straszna chwila, gdy podczas egzaminu z Dziesięciu Przykazań Bożych, przyszła kolej na przykazanie święcenia dnia Pańskiego i świąt. Ogarnął

........................

mnie nieznośny ból. Głos powiedział mi jasno i wyraźnie, że codziennie do 4-5 godzin zajęta byłam swoim ciałem, moim wyglądem, moją rzekomą urodą, i przy tym nie poświęciłam nawet l  minut na to, by okazać Panu swą miłość i wdzięczność, by pomodlić się do Niego. Tak, często było nawet tak, że gdy obiecałam Mu różaniec, odmawiałam go zazwyczaj w pośpiechu i stresie. Bywało przy tym, że mówiłam: Jak dobrze się składa. W czasie reklamy podczas mojej ulubionej telenoweli mogę odmówić różaniec. I ukazane mi zostało na tamtym świecie, jak niewdzięczna zawsze byłam wobec mojego Pana, nigdy nie przyszło mi na myśl, by podziękować Mu, mojemu Stworzycielowi i Zbawicielowi. Stało się jasne, jakie miałam wymówki, gdy z lenistwa nie chciałam iść na Mszę Świętą. Mamo, skoro Bóg jest wszędzie i jest wszechobecny, dlaczego więc koniecznie muszę iść do kościoła, by tam Go spotkać?

Łatwo i wygodnie było mi tak mówić. A głos ponownie wypomniał mi, że kazałam czekać Bogu każdego dnia 24 godziny, i że przez cały czas nie pomyślałam o Nim. Nie modliłam się do Niego i ani razu nie poszłam do Niego w niedzielę, by Mu podziękować, wyrazić wdzięczność, okazać mą miłość, przynajmniej w dniu Pańskim. Po prostu było to dla mnie zbyt wiele. Byłam zbyt dumna i do tego pyszna.

Najgorsze w moim przypadku było to, że wizyta w kościele była dla mojej duszy jak wizyta w restauracji. Moja dusza marniała - mówiąc dobitniej - głodowała, gdy nie chodziłam do kościoła, gdyż nie otrzymywała pożywienia. Poświęcałam się jedynie mojemu ciału. Dla pielęgnacji tej przemijającej powłoki zawsze miałam czas. Stałam się niewolnicą ciała. Przy tym wszystkim nie widziałam malutkiego, ale istotnego szczegółu. Miałam również duszę, o którą po prostu się nie troszczyłam. „Osierociłam" ją. Nigdy nie karmiłam jej Słowem Bożym. Byłam bowiem zdania, że ten, kto regularnie czyta Biblię, wcześniej czy później straci rozum.

Z sakramentami nie miałam nic do czynienia. Jakże mogłam wyznać grzechy jakiemuś z tych „starych, zwapniałych facetów", którzy sami byli gorsi i bardziej grzeszni niż ja. Było na rękę mi i moim świństewkom, by nie iść do spowiedzi. Ten wielki kłamca i wichrzyciel, diabeł właśnie, trzymał mnie z dala od spowiedzi i sakramentów. I tak oto szatanowi udało się zapobiegać uświęcaniu i oczyszczaniu mojej duszy. Jest bowiem tak, że demon za każdym razem, gdy popełniałam grzech, wyciskał na białej szacie mojej duszy stempel - czarny znak swojego królestwa ciemności.

Moje grzechy nie były zatem pozbawione skutków. Nie były czymś bezpłatnym i gratisowym, lecz miały poważne konsekwencje dla zdrowia mojej duszy. Nigdy - oprócz mojej Pierwszej Komunii Świętej - nie wyspowiadałam się należycie. Od tamtej pory nie chodziłam już do spowiedzi. Nierządko natrafiałam na księdza, który przyznawał mi rację odnośnie do mojego nastawienia do spowiedzi usznej, określał ten sakrament jako coś nie pasującego do naszych współczesnych czasów i nowoczesnego człowieka. I tak dochodziło do tego, że za każdym razem, gdy przystępowałam do Komunii Świętej, niegodnie przyjmowałam Pana naszego Jezusa Chrystusa w Sakramencie Ołtarza. Bluźniłam do tego stopnia, że dumna i wszystko wiedząca mówiłam naokoło:

........................................................................................................................................................

To ma być Najświętszy Sakrament? Jak to możliwe, że sam Wszechpotężny Bóg obecny jest w kawałku chleba, Hostii. Ci księża powinni raczej dodać do Hostii trochę sosu karmelowego, aby przynajmniej dobrze smakowała, a nie tak mdło.

Moje życie tak bardzo wymknęło się spod kontroli i do tego stopnia naruszyłam porządek stworzenia, że zdolna byłam do takich bluźnierstw. I tak oto osiągnęłam najniższy punkt, dno i zniszczyłam moją relację z Bogiem, moim Stworzycielem. Nigdy nie dawałam mojej duszy czegoś naprawdę budującego, jakiejś pożywki. Dziś każda matka i każdy ojciec ponoszą tę samą odpowiedzialność, gdy nie chrzczą swojego dziecka. Sakrament chrztu to „matczyne mleko dla duszy". Często słyszy się dziś: Tak, dziecko samo powinno zdecydować, gdy dorośnie, czy chce być ochrzczone czy też nie.

Nie ochrzcić dziecka to tak jakby nie karmić go, argumentując: Tak, niech samo później zdecyduje, co chce jeść i pić!

Odpowiedzialnością naszą przed Bogiem jest dawanie dziecku właściwej pożywki dla jego duszy. Bez sakramentów sami jesteśmy pozbawieni pokarmu dla naszej duszy, i ona głoduje.

Sakrament kapłaństwa

Na domiar złego nie robiłam nic innego tylko krytykowałam księży i ukazywałam ich w złym świetle. Powinniście byli to zobaczyć, jak załamała mnie ta sprawa podczas egzaminu w zaświatach. Pan poczytał mi to postępowanie za bardzo ciężki grzech. W mojej rodzinie zwykło się plotkować o księżach. Odkąd pamiętam, w naszym domu od małego mówiło się źle o księżach. Począwszy od mojego, ojca wszyscy mawiali, że typy te są kobieciarzami, uganiają się za każdym fartuchem i wszyscy razem byli bardziej pobłogosławieni pieniędzmi i bogactwem niż my biedni ludzie. Wszystkie te oszczerstwa, my dzieci, powtarzaliśmy od małego. Pan powiedział do mnie smutnym, ale surowym głosem: Co ty sobie myślałaś, że kim ty jesteś, aby tak czynić, jak gdybyś była Bogiem, i wydajesz osąd o moich konsekrowanych, i przy tym oczerniasz ich i im wymyślasz? Kontynuował: Są ludźmi z krwi i ciała. A jeśli chodzi o świętość księdza, to ta wspomagana jest

 

przede wszystkim przez wspólnotę wiernych, przez parafian. Wspólnota wspiera konsekrowanego swoimi modlitwami, szacunkiem. A kiedy ksiądz dopuszcza się grzechu, wtedy nie powinniście tak bardzo wypytywać go o powód i obwiniać, lecz o wiele bardziej szukać winy we wspólnocie, która nie okazała mu szacunku, nie data wsparcia, nie modliła się za niego lub  robiła to w niewystarczającym stopniu.

I Pan pokazał mi wówczas, jak to za każdym razem, gdy krytykowałam księdza i stawiałam go w złym świetle, demony rzucały się i przylegały do mnie. Ponadto widziałam, jak wielkie zło czyniłam, gdy przedstawiałam konsekrowanego jako homoseksualistę, i nowina ta szła lotem błyskawicy przez całą wspólnotę. Nie jesteście w stanie sobie wyobrazić, jakie wielkie i ogromne szkody wyrządziłam.

Wiecie, moi Bracia i Siostry w Chrystusie Panu, gdy ksiądz upada, wtedy wspólnota odpowiedzialna jest za niego przed Bogiem. Wspólnota odpowiedzialna jest za świętość swoich kapłanów. Diabeł nienawidzi katolików, ale księży jeszcze bardziej. Nienawidzi naszego Kościoła, gdyż dopóki są księża, dopóty wymawiane są słowa Konsekracji. I my wszyscy musimy wiedzieć, że ręce kapłana dotykają Boga, nawet  jeśli jest tylko człowiekiem, ma pełnomocnictwo, by wezwać Boga z Nieba, przez jego słowo dokonuje się w kawałku zwyczajnego chleba trans substancja, przeistoczenie chleba i wina w Ciało i Krew Pana. Kapłan jest konsekrowanym Pana, uznanym przez Boga Ojca.

Wiecie, gdy kapłan unosi Hostię czuje się obecność Pana i wszyscy padają na kolana, nawet demony! A ja, gdy chodziłam na Mszę, nie okazywałam ani trochę szacunku i nie poświęcałam temu żadnej uwagi, żułam gumę, czasami zasypiałam, oglądałam się dookoła, myślałam o wszystkim - o banalnych rzeczach, tylko nie o tym wspaniałym eucharystycznym wydarzeniu, gdzie za każdym razem Niebo dotyka ziemi. Potem miałam jeszcze czelność uskarżać się, pełna pychy, że Bóg mnie nie wysłuchiwał, gdy prosiłam Go o coś. Czymś imponującym było widzieć, jak całe stworzenie padało na ziemię w postawie adoracyjnej, gdy Pan przechodził. Widzę też Najświętszą Dziewicę pokorną i adorującą Pana, z czołem pochylonym do samych nóg Pana, modlącą się za mnie. Zanosiła do Niego wszystkie modlitwy, jakie były wznoszone ku Niebu w mojej intencji. A ja grzesznica, w mojej nie-wrażliwości i z lodowatym, skamieniałym sercem, nieczuła na wszystko, co dobre, traktowałam Pana tak o: Ty tam, ja tutaj. Twierdziłam jeszcze potem, że jestem dobra, prawie święta. Tak, byłam istną ruiną, niczym innym-religijnym zamkiem na lodzie, postawionym na piasku i bagnie! Gardząc Panem i obrażając Go - Jego, który z miłością zawsze był tuż za mną, zatroskany

 

o mnie! Wyobraźcie sobie taką grzesznicę! Przecież nawet demony z pokorą musiały rzucić się na ziemię przez Panem, gdy przechodził.

Godzina śmierci - nasza „ostatnia godzina"

Te konsekrowane ręce kapłana, och, jak bardzo demon ich nienawidzi! Strasznie nienawidzi tych rąk, upoważnionych przez Niebo. Diabeł tak bardzo odczuwa wstręt do nas katolików, ponieważ mamy Eucharystię, ponieważ jest ona otwartą bramą do Nieba i jest tą jedyną bramą. Kto pożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne! Nie przyjąwszy Eucharystii, to znaczy Ciała i Krwi Przenajdroższej Pana, nikt nie może wkroczyć do wiecznej szczęśliwości. Pan przychodzi do każdego umierającego człowieka, obojętnie jaką wiarę wyznawał czy nie wyznawał, do każdego z osobna przychodzi Pan w jego ostatniej godzinie i objawia się mu, mówi mu pełen miłości i miłosierdzia: To Ja, twój Pan!

Gdy ten człowiek przyjmuje swego Pana i prosi o przebaczenie swoich grzechów, dzieje się coś niesłychanego, co trudno wyjaśnić: Pan błyskawicznie zabiera tę duszę do miejsca, gdzie sprawowana jest Msza Święta i ów człowiek przyjmuje wiatyk. To mistyczna komunia. Bowiem tylko ten, kto otrzymuje Ciało i Krew Pana, może wejść do Nieba. To tajemnicza łaska, którą dał Bóg naszemu Kościołowi, i tak wielu jest ludzi, którzy klną na Kościół. Jednakże tylko w Kościele Katolickim możemy znaleźć zbawienie. Ci umierający mogą wówczas dostąpić zbawienia, idą do Czyśćca, ale są uratowani. Tam nadal czerpią łaskę z Eucharystii. Dlatego też diabeł tak bardzo nienawidzi kapłanów. Dopóki są księża, dopóty chleb i wino są przemieniane. Z tego względu naszym obowiązkiem jest modlić się wiele za księży, gdyż demon atakuje ich nieprzerwanie. Pan pokazał mi to wszystko. Jedynie przez kapłana możemy np. otrzymać sakrament pokuty i pojednania. Jedynie przez kapłana otrzymujemy przebaczenie naszych win.

Wiecie, czym jest konfesjonał? To wanna, kąpiel dla duszy. Nie kąpiel z mydłem i wodą, a z Krwią Chrystusa: Gdy dusza jakiegoś człowieka stała się wskutek grzechu brudna i czarna, może on ją umyć Krwią Chrystusa podczas spowiedzi. Ponadto zrywane są pęta, którymi szatan związał nas z sobą.

Stąd logiczną rzeczą jest, że diabeł najbardziej nienawidzi kapłanów i chce ich doprowadzić do upadku. Nawet ci kapłani, którzy sami są wielkimi grzesznikami, mają moc odpuszczania grzechów, jak i ważnego szafowania każdym sakramentem. Pan ukazał mi, jak to się dzieje. A dzieje się to w Ranie Jego Serca. Są rzeczy, które przekraczają ludzkie pojęcie, ale to duchowa rzeczywistość. Przez tę Ranę Pana dusza wznosi się do Boskiego

wymiaru, wznosi się do Miłosierdzia Bożego, do bram Bożego Miłosierdzia; dusza wznosi się i oczyszczana jest w Sercu Wiecznego Arcykapłana Najświętszą Krwią Krzyża.

Widziałam, jak moja dusza została oczyszczona poprzez wyznanie grzechów. Przy każdym grzechu, którego szczerze żałowałam i wyznałam go, Pan rozwiązywał pęta, które mnie mocno trzymały przy szatanie. Jaka szkoda, że oddaliłam się od sakramentu pokuty i pojednania. Ale to wszystko jest dla nas możliwe tylko dzięki kapłanowi. Tak samo w przypadku wszystkich pozostałych sakramentów: przyjmujemy je dzięki kapłanowi. Dlatego mamy obowiązek modlić się za księży, aby Bóg strzegł ich, oświecał i prowadził.

Teraz można pojąć, dlaczego diabeł nienawidzi Kościoła i kapłanów, ponieważ święty kapłan ma moc wyrwania szatanowi wielu dusz.

Czcij ojca swego i matkę swoją

Doszliśmy do czwartego przykazania: Czcij ojca swego i matkę swoją! Także tu Pan ukazał mi, jak niewdzięczna byłam podczas mego życia względem moich rodziców. Jak często i jak strasznie klęłam na nich oraz zwymyśłam ich. Wyrzucałam im, że nie mogli mi zaoferować tego wszystkiego, co otrzymały już moje koleżanki. Zobaczyłam, jak bardzo byłam nieumiejącą niczego cenić córką, dla której wszystko, co z trudem i wyrzeczeniami dawali mi moi rodzice, nie miało żadnej wartości. Tak, nawet do tego stopnia żywiłam urazę do moich rodziców, że twierdziłam, że ta kobieta nie może być moją matką, gdyż po prostu jest dla mnie zbyt prymitywna i wydawała mi się nikim, aby była moją matką.

Przerażającą rzeczą było dla mnie widzieć ten wynik o mnie samej: widzieć siebie, jako kobietę bezbożną, i jak ta bezbożna kobieta wszystko niszczyła oraz negatywnie wpływała na wszystko, co stanęło jej na drodze. Najgorsze w tym wszystkim było, że wmawiałam sobie, że jestem kimś wyjątkowym, przede wszystkim dobrym i świętym. Pan wyjaśnił mi również, dlaczego wmawiałam sobie, że przy tym czwartym przykazaniu nie muszę się niczego obawiać. Byłam bowiem pewna, że z łatwością sobie tutaj poradzę, ponieważ w ostatnich latach życia rodziców finansowałam lekarzy i leki, które potrzebowali, gdy chorowali. Tylko z powodu tego prostego przykładu wmawiałam sobie, że wypełniłam czwarte przykazanie bardziej niż było to nakazane. Pasowało to bowiem do mojej filozofii życia, w której wszystkie moje czyny oceniałam i segregowałam według zasady pieniędzy. Tak samo było i z moimi rodzicami. Środkami pieniężnymi manipulowałam nimi i wykorzystywałam do swoich celów. Dzięki bogactwu urosłam dla nich, żyjących w prostych warunkach, do rangi bóstwa, które sami czcili, oślepieni moimi pieniędzmi.

Ta mamoną uwarunkowana sytuacja pozwoliła mi także na bezczelne obchodzenie się z moimi rodzicami. Nie możecie sobie wyobrazić, jak bardzo bolało mnie to jasne poznanie - miałam je z łaski Boga - mojego wcześniejszego życia, jaki głęboki ból sprawiało. Musiałam przypatrywać się, jak mój tata z wielkim smutkiem płakał i szlochał nade mną i moim zachowaniem, bo mimo wszystkich swoich słabości był dobrym ojcem. Uczył mnie, by być pracowitą i prowadzić przykładne życie. Ponieważ tylko ten, kto dobrze pracuje i dobrze wykonuje swój zawód, będzie postępował naprzód i coś osiągnie. Niestety, mimo, że tak starał się mnie dobrze wychować, uszedł mu mały szczegół, całkiem istotny, a mianowicie to, że miałam także duszę, która umierała z głodu, i że on jako wzór dla swej córki miał do spełnienia misję: żyć Radosną Nowiną i wiarą. Pod tym względem całkowicie zawiódł i nie widział po prostu, jak to moje życie tonęło w bagnie wskutek braku tego małego szczegółu.

.....................................

Bolało mnie, gdy widziałam, jakim kobieciarzem był mój ojciec. Czuł się szczęśliwy i dobrze z tym, gdy mógł opowiadać mojej matce i wszystkim ludziom oraz chełpić się przy tej okazji, jakim to on jest macho, ponieważ miał równocześnie wiele kobiet i był w stanie trzymać je na wodzy oraz zadowalać. Poza tym wiele pił i palił. Z tych wszystkich wad i złych przyzwyczajeń mój ojciec był nawet dumny. Z tego powodu był bardzo zarozumiały; błędnie uważał, że nie były to wady, a wręcz przeciwnie, cnoty, które czyniły go kimś wyjątkowym.

Tak oto już w młodym wieku widziałam, jak mama siedziała w domu zalana we łzach, gdy tata zaczynał chełpić się swoimi innymi kobietami i przygodami, jakie z nimi miał. Im częściej to przeżywałam, tym większy był mój gniew, wściekłość i awersja, która mnie ogarniała. A teraz widzę przebieg mojego wcześniejszego życia i pojmuję natychmiast, że te niepohamowane uczucia powoli doprowadzały mnie do „duchowej śmierci", do obumierania mojej duszy. Ogarniał mnie ogromny gniew, gdy musiałam przypatrywać się, jak tata perfidnie upokarzał mamę na oczach całego świata.

Zaczynałam się przeciwko temu bronić, przeciwstawiać się temu, zagadywałam do mamy i próbowałam na nią wpłynąć. Mówiłam do niej na przykład tak: Nigdy nie będę taka jak ty, nie pozwolę sobie na takie rzeczy ze strony mężczyzny. My kobiety nie mamy żadnej wartości w społeczeństwie i jesteśmy dlatego tak poniżane, ponieważ są takie kobiety, jak ty, pozwalające sobie na wszystko. Kobiety, które ulegle poddają się samowoli tym macho, które nie mają już godności i dumy, a są bardziej podłamane

psychicznie. Właśnie takie kobiety, które pozwalają zarozumiałym mężczyznom na znęcanie się nad sobą i traktowanie siebie jak ostatnią szmatę.

A do mojego ojca powiedziałam, gdy byłam nieco starsza: Nigdy, uwierz mi i wbij to sobie do głowy, tato, nigdy nie dopuszczę do tego, żeby jakiś mężczyzna tak mnie traktował i upokarzał, jak ty to ciągle czynisz z mamą. Jeśli dojdzie do tego stopnia, że mężczyzna będzie mi niewierny i będzie mnie oszukiwał, zemszczę się na nim i będę się nad nim znęcać w rynsztoku. Ze mną tak nie będzie, kochany tato! W odpowiedzi na to ojciec zlał mnie na kwaśne jabłko i krzyczał na mnie: Co ty sobie myślisz? Na co sobie pozwalasz? Za kogo ty się masz, by tak mówić do mnie?

Nie jesteście w stanie sobie wyobrazić, jakim strasznym maczo był mój ojciec. Nie mogłam trzymać języka za zębami i odpowiedziałam: Nawet jeśli mnie bijesz i prawie mnie zabijasz, przysięgam ci, że nie pozwolę sobie na takie coś. W razie gdyby doszło do tego stopnia, że będąc zamężną, dowiem się o niewierności męża, wtedy zemszczę się na nim w straszliwy sposób, abyście wy mężczyźni zrozumieli, co przeżywa kobieta, gdy mężczyzna traktuje ją jak ostatnią szmatę, upokarzają, i znęca się nad nią jak nad mokrą ścierką.

W ten sposób pochłaniałam wszystkie te awersje, gniew i wściekłość, jakie były we mnie przez cały czas i wypełniałam nimi moje myśli i umysł. Ja sama zatruwałam swój umysł i charakter. Kiedy dorosłam i byłam samodzielna - i oczywiście miałam już wystarczająco dużo pieniędzy — zaczęłam ciągle wywierać presję na moją matkę, mówiąc do niej: Mamo, wiesz co? Rozejdź się z tatą, weź z nim rozwód!

Zachowywałam się tak, chociaż szanowałam tatę i lubiłam go. Mimo to od nowa zagadywałam mamę: Nie może tak być, abyś tak po prostu znosiła takiego typa jak mój ojciec! Jako kobieta bądź świadoma swej godności! Odzyskaj swój honor i pokaż mu, że jesteś kimś cennym, wyjątkowym, a nie kawałkiem szmaty, którą może się wytrzeć!

Te i podobne frazy powtarzałam nieustannie mojej matce. Możecie to sobie wyobrazić? Robię wszystko, by rozdzielić moich rodziców, by skłonić ich do rozwodu. Mama zwykle mawiała wtedy do mnie: Nie, moja droga córko, nie rozwiodę się. Nie myśl sobie, jakoby zachowanie twojego ojca nie było dla mnie bolesne i upokarzające. Cierpię bardzo z tego powodu, co z pewnością możesz sobie wyobrazić. Ale ponoszę tę ofiarę i wytrzymuję, gdyż mam was - moje siedmioro dzieci Jest was siedmioro, a ja jestem sama. Tak więc lepiej jest, aby tylko jedna osoba musiała cierpieć, a nie siedem osób musiało znosić ten ból. W końcu twój ojciec jest dobrym tatą i nie mam serca, by tak po prostu uciec i pozostawić was, abyście sami dorastali. Pytam się jeszcze ciebie: Jeśli rozejdę się z twoim ojcem, kto wtedy będzie

 

się modlił o jego nawrócenie, aby jego dusza została zbawiona? Cierpienie i poniżenie, jakie wyrządza mi twój tata, jednoczę Z niewymownymi cierpieniami naszego Pana Jezusa Chrystusa na Krzyżu. Każdego dnia mówię naszemu Panu: „To, co muszę cierpieć i znosić, jest przecież niczym w porównaniu z cierpieniami, jakie znosiłeś dla nas na Krzyżu. Aby moje cierpienie miało wartość, proszę Cię o to, bym mogła połączyć i zjednoczyć je z Twoim cierpieniem, tak aby to moje cierpienie otrzymało moc wyproszenia łaski nawrócenia dla męża i dzieci, by mogli zostać uchronieni od wiecznego potępienia! "

Nie rozumiałam tego wszystkiego i tylko potrząsałam głową z powodu głupoty mamy. Po prostu nie byłam w stanie tego pojąć. To były myśli, które były mi obce i diametralnie sprzeciwiały się mojemu sposobowi życia i myślenia. Wiedzcie jeszcze, nie tylko nie rozumiałam tego; wypowiedzi mojej matki drażniły mnie i powiększały mój gniew. Doszło do tego, że zmieniło się całe moje życie, gdyż stałam się prawdziwą rebeliantką. Ta rebelia objawiała się najpierw w tym, że angażowałam się dla praw kobiet i emancypacji - i to nie tylko jako bierna uczestniczka — nie, na czele frontu walczyłam o prawa kobiet.

Zaczęłam bronić aborcji, prawa kobiety do decydowania o swoim brzuchu; niezależności i prawa do bycia singlem czy życia w wolnym związku — do organizowania sobie życia z tak zwanymi przygodnymi partnerami. Propagowałam rozwód jako dobre rozwiązanie problemów małżeńskich. W szczególności broniłam „prawa talionu" (prawo karne oparte na zasadzie odpłaty, „oko za oko, ząb za ząb"). To znaczy: doradzałam zawsze kobietom, by odpłacały tym samym, by również one również mściły się na każdym niewiernym mężczyźnie skokiem w bok-jeśli to możliwe, to z jego najlepszym przyjacielem. Mimo że ja osobiście nigdy nie byłam niewierna mojemu mężowi, to moimi złośliwymi radami wyrządzałam wielkie szkody bardzo wielu osobom. Niestety!

Nie zabijaj - Aborcja

Kiedy w mojej „Księdze Życia" doszliśmy do piątego przykazania Bożego -„Nie zabijaj" —pomyślałam sobie: wreszcie, nie mam sobie nic do zarzucenia, ponieważ nikogo nie zabiłam. Ku mojemu ogromnemu przerażeniu Pan pouczył mnie o czymś całkiem innym. Pokazał mi z całą wyrazistością, że byłam niesamowicie okrutną morderczynią. Mordy, w jakie byłam uwikłana, należały do zabójstw, które w oczach Pana zaliczają się do tych najpotworniejszych: aborcja dzieci nienarodzonych.

Pewnego dnia moja przyjaciółka Estela rzekła do mnie: Posłuchaj mnie! Masz teraz 13 lat i nie straciłaś jeszcze cnoty? Spoglądałam na nią zupełnie oni umiała. Co chciała przez to powiedzieć? Moja matka opowiadała mi zawsze o ważności dziewictwa. Mówiła, że to dar, jaki panna młoda może ofiarować Bogu. Moja przyjaciółka jednakże odpowiedziała mi, wyrażając wyższość i zarozumiałość: Moja matka zaprowadziła mnie do ginekologa, jak tylko dostałam moją pierwszą menstruację. Od tamtego czasu biorę pigułki antykoncepcyjne.

Wtedy nie wiedziałam nawet, co to takiego. Wyjaśniła mi, że te pigułki są od tego, by nie zajść' w ciążę. I opowiedziała mi, z jakimi mężczyznami już spała. To była duża ilość chłopaków i młodych mężczyzn. Powiedziała, że to takie przyjemne. Rzekła do mnie: Widzę, Że nie masz pojęcia o tym wszystkim. Potwierdziłam i powiedziała, że zaprowadzi mnie do miejsca, gdzie będę mogła się czego; nauczyć. Byłam przestraszona, bo nie wiedziałam, gdzie chce mnie zaprowadzić. Przede mną otworzył się nowy świat, całkowicie nieznany świat, zabrali mnie z sobą do kina w centrum miasta, by razem obejrzeć film pornograficzny Możecie sobie wyobrazić moje przerażenie? Dziewczynka, która wówczas miała 13 lat! Nie posiadaliśmy wtedy nawet telewizora. Możecie sobie wyobrazić taki film? Prawie umarłam ze strachu i wstrętu. Wydawało mi się, że jestem w piekle. Chciałam uciec, ale tylko wstyd przed moimi przyjaciółkami powstrzymywał mnie. Jednak niczego innego nie pragnęłam, jak uciec stamtąd; byłam do głębi wstrząśnięta.

W tym dniu poszłam z mamą na Mszę Świętą. I ponieważ czułam się tak źle, poszłam do spowiedzi. Mama uklękła przed ołtarzem i modliła się. Na spowiedzi powiedziałam zwyczajne rzeczy, że nie odrobiłam pracy domowej, że ściągałam na klasówkach, że byłam nieposłuszna - to były mniej więcej moje grzechy. Spowiadałam się zawsze u tego samego księdza i ten znał moje grzechy mniej lub bardziej na pamięć. Ale dziś wyznałam również, że uciekłam od mamy, by pójść do kina. Ksiądz był zupełnie zaskoczony i nieomal krzyknął: Kto komu uciekł? Kto gdzie poszedł? Przestraszyłam się ogromnie tej reakcji i spoglądałam bojaźliwie na moją matkę, czy coś usłyszała, ale klęczała spokojnie na swoim miejscu i modliła się. Bogu niech będą dzięki, pomyślałam, niczego nie usłyszała. Samo wyobrażenie sobie, że mogła coś usłyszeć, było dla mnie czymś nieznośnym. Wstałam od konfesjonału i byłam wściekła na księdza. Oczywiście nie powiedziałam mu, na jakim filmie byłam. Skoro takie cyrki wyprawiał z tego powodu, że byłam w kinie, jakie sceny by robił, gdyby wiedział o wszystkim. Być może nawet by mnie zbił.

Od tamtego momentu szatan zaczął działać we mnie. Od tamtego czasu bowiem nie wyspowiadałam się już szczerze. Od tamtego czasu wybierałam, co powiem, a co przemilczę. Tu zaczęły się moje świętokradzkie spowiedzi i przyjmowałam Komunię, mimo że wiedziałam, że nie                 wyspowiadałam się szczerze. Przyjmowałam Pana świętokradzko. A On pokazał mi teraz, jak straszna była degradacja mojego życia, jak ten proces duchowej śmierci coraz bardziej postępował. Przyczyną tej degradacji było to, że przy końcu swego życia nie wierzyłam już w istnienie diabła ani w nic innego. A moje grzechy nawet uważałam za dobre czyny. Pan ukazał mi, jak kroczyłam jako dziecko, trzymając się ręki Boga, jaką głęboką relację miałam do Niego i jak moje grzechy oddzielały mnie coraz bardziej od Boga i Jego prowadzącej ręki. Pan powiedział mi, że każdy kto niegodnie przyjmuje Jego Ciało i Krew, ściąga na siebie potępienie. Spożywałam i piłam moją zgubę. Zobaczyłam w „Księdze Życia", jak diabeł był zrozpaczony, ponieważ w wieku 12 lat wierzyłam jeszcze w Boga i chodziłam z matką na adorację. Diabeł był wściekły z tego powodu.

Gdy rozpoczęło się moje grzeszne życie, Pan dał mi odczuć, jak pokój opuścił moje serce. Wzięły początek wyrzuty sumienia, ale co powiedziały na to moje przyjaciółki? Co? Iść do spowiedzi? Ty chyba zwariowałaś, to zupełnie nie jest na czasie. I to do tych księży, którzy mają większe grzechy niż my! Żadna z nich nie poszła już do spowiedzi, ja byłam tą jedyną. Rozpoczęła się wewnętrzna walka między tym, co mówiły moje koleżanki, a tym, co mawiała moja matka i co podpowiadało mi moje sumienie. Szala stopniowo przechylała się i moje koleżanki zwyciężyły. Nie chciałam bowiem spowiadać się u tych starych i nastawionych negatywnie do ciała księży i to na pewno nie u tych, którzy wzburzali się tylko dlatego, że się szło do kina.

Widzicie tutaj przebiegłość szatana. Odsunął mnie od spowiedzi, gdy miałam zaledwie 13 lat. Okazał się bardzo podstępny. Wiecie, on podsuwa nam złe pomysły. W wieku 13 lat Gloria Polo była już żywym trupem, jeśli chodzi ojej duszę. Dla mnie jednak było to czymś ważnym i dumna byłam, że mogłam należeć do tej małej grupki moich koleżanek, do tych fajnych, mądrych dziewczyn, który wmawiały sobie, że wiedzą więcej niż wszyscy ich rodzice razem wzięci. Mając 13 lat, myślałyśmy, że wszystko wiemy i byłyśmy zdania, że każdy, kto mówił o Bogu, był nienowoczesny lub szalony. To co nowoczesne, to korzyści i przyjemności. Konsumpcja, przyjemności — to było w modzie.

Wiecie, nie powiedziałam Wam jeszcze, że wtedy, gdy stałam nad przepaścią do piekła i nagle rozległ się głos Pana, wszystkie demony uciekły. Uciekły gdzie pieprz rośnie, jeden tylko został. Bóg pozwolił mu zostać. Ten ogromny demon krzyczał przeraźliwym głosem: Ona należy do mnie! Ona jest moja! Należy do mnie! Jest moja na zawsze! Ten demon mógł tylko dlatego pozostać, ponieważ był przywódcą hordy, która zagnieździła się u mnie i manipulowała wszystkim w moim życiu, abym grzeszyła. Podstęp-

 

nie wykorzystywali moje słabe strony. Ten demon był tym, który trzymał mnie z dala od spowiedzi. Dlatego Pan zarządził, aby był obecny. Ten diabeł krzyczał strasznie, gdyż obawiał się, że jego łup może się mu wymknąć w ostatnim momencie. Wrzeszczał przeraźliwie i oskarżał mnie. Mógł pozostać, gdyż umarłam w stanie grzechu śmiertelnego. Od 13. roku życia bowiem nie spowiadałam się należycie, a wcześniej raz, dwa razy moja spowiedź nie była ważna. Należałam zatem do tego demona i z tego względu mógł być obecnym na egzaminie. Możecie sobie wyobrazić, jak się czułam, gdy moje wszystkie grzechy zostały mi przedstawione? Było ich tak wiele. I do tego wszystkiego te złośliwe, szydercze oskarżenia. Prawie nie mogłam tego wytrzymać, gdy tak wrzeszczał, że należę do niego. To było coś niewyobrażalnie strasznego. Zły trzymał mnie z dala od sakramentu pokuty i pozbawiał mnie przez to uzdrowienia i oczyszczenia mojej duszy, dokonywanych przez Jezusa. Za każdym razem bowiem, gdy grzeszyłam, grzech nie był czymś za darmo. Grzech jest własnością szatana i musimy za niego zapłacić. Mój grzech był tak wielki, że diabeł wypalił pieczęć na mojej duszy. Ta pierwotnie tak cudowna, przeniknięta światłem dusza, jaką widziałam podczas mojego poczęcia, stawała się coraz ciemniejsza, czarna, była jedną, straszną czernią. Tak więc ciągle świętokradzko przyjmowałam Komunię Świętą, nie odbyłam prawie w ogóle dobrej spowiedzi, wtedy jak jeszcze chodziłam się spowiadać.

Zawsze, zanim skorzystamy z sakramentu pokuty, musimy prosić Ducha Świętego i naszego Anioła Stróża, aby nas oświecili, aby ciemność naszego umysłu rozjaśniła się. Bowiem jedną z rzeczy, którą diabeł czyni z lubością, jest to, że zaciemnia nasz umysł, tak że sądzimy, że wszystko to nie jest grzechem i wszystko jest w porządku, że nie trzeba spowiadać się u księży, bo ci więcej mają grzechów niż my sami oraz że spowiedź wyszła z mody. To oczywiste; dla mnie było wygodniej już się w ogóle nie spowiadać.

Aborcja mojej przyjaciółki Esteli

Gdy miałam 13 lat, moja przyjaciółka Estela zaszła w ciążę. Gdy mi opowiedziała o swojej ciąży, zapytałam jej: Ale chyba wzięłaś pigułki? Odparła: Tak, ale na nic się to zdało. Powiedziałam: I co teraz? Co zrobisz? Kto jest ojcem? Odpowiedziała: Nie wiem. Nie wiedziała, czy było to podczas tego spaceru, czy tamtego, lub na tym festynie, czy też czy ojcem dziecka jest jej narzeczony. Powiedziała mi: Powiem po prostu, że to jego (jej narzeczonego).

W czerwcu ona i jej rodzina pojechali na wakacje. Była już w piątym miesiącu ciąży. Kiedy powróciła, byłam zaskoczona. Nie było już oznak ciąży. Nie było widać grubego brzucha, ale wyglądała jak trup. Była tak blada i nic nie pozostało z tej ekstrawertycznej, żywej dziewczyny, która tak chętnie się bawiła. Mówiąc w skrócie: Nie była tą samą dziewczyną.

Wiecie, żadna z nas dziewczyn nie szła chętnie na Mszę Świętą. Ale w szkole przy klasztorze, do której uczęszczałyśmy, było to obowiązkiem. Musiałyśmy iść na Mszę z zakonnicami. Ksiądz był już w podeszłym wieku i trwało zawsze trochę dłużej, aż skończył. Nam te Msze wydawały się trwać całą wieczność. Bawiłyśmy się zawsze, gadałyśmy, śmiałyśmy się nie poświęcając minimum uwagi temu, co się działo przy ołtarzu. Pewnego dnia jednakże przybył młody ksiądz, który był bardzo przystojny. Uważałyśmy, że szkoda było takiego ładnego, młodego mężczyzny. I tak zastanawiałyśmy się, która z nas mogłaby uwieść tego młodego, przystojnego księdza. Macie wyobrażenie? Co za nienormalne rzeczy diabeł zaszczepia młodej, zepsutej osobie. W tej szkole zakonnice jako pierwsze szły do Komunii Świętej. Dopiero potem była nasza kolej, mimo że nie byłyśmy u spowiedzi. Zakładałyśmy się, której z nas uda się uwieść księdza. Postanowiłyśmy rozpinać nasze bluzki, idąc do Komunii Świętej i ta, przy której jego ręka zaczynała drżeć, gdy podawał Ciało Pana, ta miała najlepszy biust i zwróciła na siebie jego uwagę. Co za diabelskie myśli i jaki zamęt siał w nas zły duch. Ale my w swej naiwności wierzyłyśmy, że to tylko niewinna zabawa. Jak nisko upadłyśmy...

Gdy Estela powróciła z wakacji, nie była już tym radosnym podlotkiem co niegdyś, skłonnym do zabaw. Miała zamglone spojrzenie. W ogóle nie chciała mi opowiedzieć, co się stało. Ale pewnego razu byłam u niej w domu i wtedy pokazała mi bliznę po operacji, z aborcji. Powiedziała: Gdy moja matka dowiedziała się, ze jestem w ciąży, tak się wściekła, że natychmiast wzięła mnie za rękę, wcisnęła do samochodu i zawiozła do ginekologa. Gdy tam dotarłyśmy, rzekła mu: „Jest w ciąży. Proszę, niech Pan żąda, czego chce, ale natychmiast trzeba operować moja córkę i usunąć ten problem (jak rzeczowo: problem)."

Po tym jak mi to powiedziała, otworzyła szafę i pokazała mi słoik, w którym w roztworze spirytusowym znajdował się płód. To było jej dziecko. Było już całkowicie rozwinięte, zakonserwowane w tym słoiku. Nigdy nie zapomnę tego widoku. Jej matka obstawała, aby Estela miała przed swymi oczyma konsekwencje swego błędnego postępowania. A na wieczku tego słoika stało pudełko z pigułkami antykoncepcyjnymi, aby nigdy nie zapomniała ich brać. Wyobrażacie sobie coś takiego?

Zobaczcie, jak grzech czyni człowieka chorym. I jak matka, ślepa duchowo, bierze własne dziecko do lekarza, aby usunąć niechciany owoc łona. I do tego ten absurdalny pomysł z zakonserwowanym płodem, aby stawiać jej go przed oczami każdego dnia, by nie zapominała brać pigułek. By za każdym razem, gdy otwierała szafę, widziała swoje dziecko i pamiętała o tych pigułkach. To naprawdę chore, to jest po prostu demoniczne. Takie rzeczy robi diabeł, gdy przez grzech otwieramy mu drzwi i nie chcemy go zmazać w sakramencie pokuty i pojednania, którym może szafować (gdyż kapłan jest zawsze wyświęcony) rzymskokatolicki kapłan. Kiedy zapytałam moją przyjaciółkę, czy nie bolało, odpowiedziała mi ironicznie: Ach, dlaczego mam być smutna? To najmniejsze zło, znieść tych parę bólów, niż żebym miała się użerać z tym dzieckiem przez całe życie! Ten problem został tak łatwo rozwiązany!

To było kłamstwo, gdyż nie była już nigdy taka jak wcześniej. Nie minęło dużo czasu i wpadła w straszną depresję. Zaczęła brać LSD. I ponieważ byłam jej najlepszą przyjaciółką, zaproponowała mi spróbować. Ja jednak przestraszyłam się tego. Z jednej strony chętnie bym spróbowała, ponieważ mówiła, że ten narkotyk daje takie przyjemne uczucie, człowiek ma wrażenie, jakby się unosił, jakby był na chmurach - takimi i innymi podobnymi rzeczami zachwycała się przede mną. Tak, chętnie bym skosztowała, ale nie mogłam. Bałam się i powiedziałam jej, że nie da rady, gdyż potem przesiąknę tym zapachem i gdy moja matka to odkryje, zabije mnie wtedy. Ma wyostrzony zmysł powonienia, zabiłaby mnie, gdyby się dowiedziała. Faktem jest, że nie spróbowałam tej używki chroniona przez mojego Anioła Stróża i dzięki modlitwom mojej matki. Pan ukazał mi teraz w mojej „Księdze życia", że nie spróbowałam nie tyle ze strachu przed moją matką, lecz ponieważ udzielił mi łaski, abym tego nie uczyniła i ponieważ miałam matkę, która się za mnie modliła. Jej modlitwa różańcowa uchroniła mnie od wpadnięcia do tej otchłani. Moje koleżanki jednakże nie były ze mnie z tego powodu zadowolone i dyskutowały, krzyczały, mówiły że jestem nudziarą, bo nie wzięłam w tym udziału. Aleja nie mogłam, po prostu nie mogłam. To była jedna z wielu łask, które otrzymałam, ponieważ miałam taką matkę, która była tak związana z Bogiem i modliła się za mnie. Modlitwa jest tak bardzo ważna.

W wieku 16 lat utraciłam swą niewinność

Na nieszczęście, mając 16 lat, poznałam mojego pierwszego narzeczonego. Moje przyjaciółki ponownie zaczęły na mnie wywierać presję. Byłam czarną owcą wśród nich, ponieważ byłam jeszcze dziewicą. Teraz, gdy miałam już narzeczonego, znów mnie prześladowały. Obiecałam im, że to zrobię, gdy będę miała narzeczonego, ale nie wcześniej. A teraz nie mogłam się im wymigać. Powiedziałam do mojej koleżanki Esteli: A jeśli zajdę w ciążę, jak ty? Odpowiedziała: Nie, to ci się nie przytrafi, bo teraz są inne metody, mianowicie prezerwatywy.

 

Za jej czasów były jedynie pigułki, ale teraz nie będzie żadnych problemów. Powiedziała mi, że mi da 5 pigułek, aby je połknąć wszystkie na raz dla większej pewności. Poza tym powiedziała, że powinniśmy użyć prezerwatywy i że przekonam się, że nic mi się nie przydarzy. Tak mi było z tym źle, że musiałam dotrzymać tej głupiej obietnicy. Bałam się bardzo, że te moje przyjaciółki zepsują wszystko. Gdy było po, dotarło do mnie, że moja matka miała rację mówiąc, że dziewczyna, która traci niewinność, gaśnie. Czułam, że coś we mnie zgasło, jak gdybym straciła coś, co już nigdy nie powróci, nigdy nie zostanie mi zwrócone. I tak z wyczarowanego przed moimi oczami przez moje przyjaciółki sensacyjnego przeżycia pozostały jedynie wewnętrzne rozczarowanie, gorycz i smutek.

Nie wiem, dlaczego wszyscy mówią, że seks jest dobry. Nie wiem, dlaczego młodzież mówi, że tak bardzo to kocha. Myślę, że wcale nie jest taki wspaniały. W moim kraju, w Kolumbii, ogląda się w telewizji, jak w reklamach chwalą niezawodność prezerwatywy, jak ludzie wykorzystują seksualność dla zaspokojenia żądz, swego egoizmu, dla sprawowania władzy i spędzania czasu. Smutno mi, gdy widzę coś takiego. Gdyby ci wszyscy ludzie wiedzieli, jak te powierzchowne uczucia w rzeczywistości oszołamiają duszę, człowieka, aby nie pamiętał już o przykazaniach! Interesujące jest to, że niektóre osoby, które w swej młodości były wielkimi zwolennikami pokolenia 68, w dojrzałym wieku sami zdały sobie sprawę, jaką złą drogę wówczas obrały i ile szkód wyrządzili innym ludziom, także swoim potomkom.

Co do mnie, to po stracie mojego dziewictwa byłam bardzo smutna i bałam się potwornie iść do domu, ponieważ myślałam, że moja matka z pewnością coś po mnie zauważy. Po tym przeżyciu nie mogłam już więcej spojrzeć matce w oczy, z czystego strachu, że może z moich oczu wyczytać, co uczyniłam. Byłam oburzona i wściekła na moje przyjaciółki, także na siebie samą, że byłam taka głupia i im uległam, że zrobiłam coś, czego nie chciałam i że to wszystko uczyniłam z tchórzostwa przed nimi. Ale mimo wszystkich rad mojej przyjaciółki Esteli, pomimo wszystkich środków ostrożności, po moim pierwszym razie zaszłam w ciążę. Możecie sobie wyobrazić strach 16-letniej dziewczyny? Ciąża! (po tym zdaniu głos pani Polo załamuje się i płacze -potem kontynuuje:)

Zauważyłam wiele zmian w moim ciele. Oprócz mojej obawy czułam również, jak czułość do tego dziecka, które nosiłam w sobie, kiełkowała i stawała się coraz silniejsza. Rozmawiałam z moim narzeczonym i opowiedziałam mu o wszystkim. Był zaskoczony i przestraszony. Oczekiwałam, że powie: No to się pobierzmy. Miałam 16 lat, a on 17. Powiedział mi jednak, że nie zrujnujemy sobie życia z tego powodu i że powinnam usunąć dziecko.

 

Odeszłam strasznie przygnębiona, zmartwiona, niezmiernie smutna. Byłam również wściekła na Estelę, która mi obiecała, że nic mi się nie stanie.

Odnośnie do aborcji powiedziała mi: Nie martw się, nie ma po co. Nie zapominaj, że ja coś takiego już kilka razy przeżyłam. Za pierwszym razem byłam trochę smutna, za drugim było ciut lżej, za trzecim w ogóle niczego się nie czuje. Rzekłam do niej: Nie wyobrażasz sobie, co się stanie, gdy wrócę do domu, a moja matka zauważy bliznę. Zmartwienie, jakie jej przysporzę, zabije ją. Estela uspokoiła mnie i powiedziała: Nie robią teraz tak dużych nacięć. To cięcie, jakie u mnie widziałaś, było tak wielkie, ponieważ dziecko było już tak duże. Ja sama byłam wtedy w piątym miesiącu. Jeśli o ciebie chodzi, nie zamartwiaj się, twoje jest przecież dopiero takie malutkie. Twoja matka kompletnie niczego nie zauważy.

Ach, moi Bracia i Siostry w Chrystusie Panu, co za smutna sprawa! Jakże wielki ból. To szatan tak sprawia, że źle rozumiemy rzeczy, bagatelizujemy je, jak gdyby wszystko to nie było niczym ważnym, jak gdyby było bez znaczenia. Jak gdyby aborcja była najnormalniejszą rzeczą w tym bezbożnym świecie. Skoro nawet taka głupia osoba, jąkają byłam, czuje się potem źle, jak strasznie musi się czuć ktoś młody i niezepsuty! Zły omamia młodzież, że seks jest po to tylko, by czerpać z niego przyjemność, że nie trzeba mieć żadnych wyrzutów sumienia, że nie trzeba się czuć winnym. Ale wiecie, dlaczego szatan to czyni? Dlaczego zwodzi ludzi, aby robili coś takiego? Oprócz wielu innych powodów potrzebuje tych ofiar, ponieważ każda umyślnie dokonana aborcja zwiększa jego władzę w świecie.

Nikt nie jest w stanie sobie wyobrazić, jak się bałam i jakie miałam poczucie winy, gdy udałam się do tego szpitala, daleko od mojego domu, by dokonać aborcji. Lekarz poddał mnie narkozie. Gdy się ocknęłam, nie byłam już tą samą osobą co wcześniej. Zabili dziecko, a ja umarłam wraz z nim. (Pani Polo przerywa swoje świadectwo i zaczyna od nowa płakać!)

Wiecie, Pan pokazał mi wszystkie te rzeczy w „Księdze Życia", których nie jesteśmy w stanie ujrzeć naszymi ziemskimi oczyma. Ukazał mi, co się wydarzyło, gdy lekarz przeprowadzał aborcję. Zobaczyłam tego lekarza, jak trzymał coś na kształt obcęg, którymi chwycił dziecko i rozdrobnił je na kawałki. Dziecko krzyczy z całej siły. O mój Boże, tak bardzo krzyczy. Każde dziecko mianowicie otrzymuje zaraz po poczęciu duszę, całkowicie dorosłą i dojrzałą, gdyż nie rośnie ona tak jak ciało. Bóg stwarza ją już całkowicie ukształtowaną.

Natychmiast po tym, jak doszło do połączenia plemnika z komórką jajową, tworzy się nieskończenie piękny, świetlisty promień. Światło owe wygląda jak słońce, które wychodzi z świetlistego blasku Boga Ojca i Jego nieskończonej Miłości. W tym samym momencie ta stworzona przez Niego

 

dusza jest już dojrzała i dorosła. Jest doskonała, jest obrazem Boga. To młode życie jest zatopione w Duchu Świętym, który pochodzi z Bożego Serca. Łono kobiety, które poczęło, pełne jest tego światła, blasku zjednoczenia Pana z tą nowo stworzoną duszą. I gdy mordercy i personel klinik aborcyjnych chwytają dziecko obcęgami i rozczłonkowują je, jak bardzo walczy o życie ta maleńka istota. Zobaczyłam, jak Pan drżał i wzdrygał się, gdy wyrywali z Jego rąk tę duszę. Gdy zabija się takie dziecko, ono tak głośno krzyczy, że całe Niebo drży i trzęsie się. W moim przypadku, gdy pozwoliłam uśmiercić dziecko, słyszałam jego głośny i rozdzierający serce krzyk. Słyszałam także, jak Jezus jęczał i cierpiał na krzyżu z powodu tej duszy i każdej pojedynczej duszy, która jest abortowana , i której odmawia się prawa do życia. Spojrzenie Pana na krzyżu było tak pełne bólu, nie da się opisać, jakie cierpienia musiał znosić z tego powodu! Gdybyście mogli to zobaczyć, nikt nie odważyłby się dokonać aborcji. (Pani Polo ponownie przerywa przemówienie i zaczyna płakać).

A teraz pytam Was: ile aborcji przeprowadzanych jest na tym świecie? W jednym dniu? Wciągu jednego miesiąca? Możecie zmierzyć straszliwy rozmiar naszych grzechów? Rozmiar masowego mordu, cierpienia, jakie sprawiamy Bogu, Jemu, który jest pełen miłosierdzia dla nas, który nas kocha, mimo że jesteśmy niczym potwory i po prostu grzeszymy ot tak sobie? I krzywdy, jaką sami sobie wyrządzamy oraz jak zło opanowuje nas i nasze życie?

Aborcja jest najcięższym grzechem, najstraszliwszym grzechem ze wszystkich grzechów. Za każdym razem, gdy przelewana jest krew dziecka - niewinnego dziecka — składamy szatanowi ofiarę całopalną, a jego moc w świecie powiększa się. Dusza krzyczy zrozpaczona o pomoc - i nikt nie może jej usłyszeć, względnie nikt nie chce jej usłyszeć! Powtarzam Wam jeszcze raz: ta dusza jest dojrzała i dorosła, nawet jeśli nie ma jeszcze wykształconego i uformowanego ciała, to jest ona już w pełni ukształtowana. Tak jak w pestce jabłka zawarte jest już wszystko o dużym rozłożystym drzewie. Ciało musi się wpierw uformować i urosnąć, ale dusza jest gotowa. A ów krzyk, jaki wydaje młode życie, gdy się je zabija, sprawia że Niebo drży. Ale i w piekle rozdziera się krzyk, ale tryumfu, porównywalny z okrzykiem na stadionie piłki nożnej, gdy ktoś strzelił gola. Piekło jest takim stadionem, ogromnym, niedającym się ogarnąć wzrokiem boiskiem pełnym demonów, diabłów, którzy odniósłszy tryumf, krzyczą jak szaleni.

Demony wylały na mnie krew mojego dziecka, które miałam na sumieniu i również krew dzieci tych osób, które zachęcałam i podżegałam do dokonania aborcji. Moja początkowo jasna dusza przekształciła się w nieprzeniknioną ciemność. Po aborcji utraciłam wszelkie poczucie grzechu. Naprawdę uważałam, że nie miałam grzechów. Pan jednak ukazał mi jeszcze więcej, a mianowicie to, jak przez tak zwane „planowanie rodziny" przyczyniałam się do kolejnych aborcji. Założono mi miedzianą spiralę jako środek antykoncepcyjny. Od 16. roku życia używałam tego środka. Nosiłam ją do dnia, gdy trafił we mnie piorun. Usuwałam ją jedynie wtedy, gdy chciałam zajść w ciążę.

Chciałabym powiedzieć wszystkim kobietom, że skutkiem stosowania spirali jest aborcja. Zapłodnione jajo nie może się zagnieździć i ginie. Jest spędzane. Wiem, że wiele kobiet w czasie okresu zauważa w krwi coś na kształt skrzepu i odczuwa wielkie bóle, większe niż podczas zwyczajnej menstruacji. Idą do lekarza, a ten nie poświęca temu wszystkiemu szczególnej uwagi, przepisuje im jakiś środek przeciwbólowy, a gdy ból staje się nieznośny, daje zastrzyk.

Wiecie, czym tak naprawdę jest spirala? Mikro-aborcją. Tak, spirala powoduje mikro-aborcję, gdyż zapłodniona komórka jajowa chce się zagnieździć w macicy i nie może z powodu spirali, jak Warn już to wcześniej powiedziałam. Te zapłodnione komórki jajowe to są już ludzie. Mają już duszę, w pełni wykształconą duszę i nie pozwala się im żyć. Straszną rzeczą było przyglądać się, jak wiele takich zapłodnionych komórek - a więc w pełni zdolnych do życia ludzi - zostało w ten sposób spędzonych. Te słońca, „boskie iskry" są zgaszane, mordowane, a krzyki dzieci wstrząsają fundamentami Nieba.

Najgorsze dla mnie było to, że nie mogłam powiedzieć, że nie wiedziałam tego. Pewien ksiądz bowiem powiedział o tym w swoim kazaniu, ale ja nie chciałam tego słuchać. Zwykle, gdy chodziłam na Mszę, nigdy nie zważałam na to, co ksiądz mówił. Nigdy nie słuchałam, a gdy ktoś pytał mnie, jaka była ewangelia, nie wiedziałam tego. Wiecie, demony są obecne również w kościele i nie dopuszczają do tego, abyśmy coś usłyszeli, rozpraszaj ą nas i usypiają. Na takiej Mszy, podczas której byłam zupełnie nieobecna myślami, mój Anioł Stróż dał mi kuksańca i otworzył moje uszy, aby słyszała, co w tamtej chwili ksiądz mówił. Wtedy usłyszałam, jak mówił akurat, że spirala przyczynia się do aborcji i że każda kobieta używająca czegoś takiego nie może przystępować do Komunii Świętej. Słuchałam tego i wściekałam się na księdza. Co ci księża sobie myślą? Co się tak wtrącają, jakim prawem? No jasne, to dlatego Kościół nie idzie do przodu i świeci pustkami: nie idzie z duchem czasu, ma gdzieś postęp i naukę. Właściwie to za kogo się ci księża uważają? Czy to oni może dają jeść wszystkim tym dzieciom, które przychodzą na świat? Wściekła i pomstując, wyszłam z kościoła.

Nie mogłam zatem na swoim sądzie przed Bogiem powiedzieć, że nie wiedziałam. Jednakże nie zważałam na te usłyszane słowa i nadal nosiłam spiralę. Ileż dzieci zabiłam w ten sposób... Z tego powodu byłam w takiej depresji, gdyż moje łono, zamiast być źródłem życia, stało się cmentarzyskiem, miejscem straceń moich nienarodzonych dzieci. Wyobraźcie sobie, że własna matka zabija swoje dziecko. Matka, której Bóg udzielił tak wielkiego daru, że może przekazywać życie, która powinna strzec dziecka i zachować je od każdego zła; i ta matka morduje swoje własne dziecko. Demon, działając według swej diabelskiej strategii, doprowadził do tego, że ludzkość zabija swoje dzieci, a tym samym rujnuje swoją przyszłość. Zaczęłam teraz pojmować, dlaczego przez cały czas byłam taka zgorzkniała, przygnębiona, w złym humorze, nieprzyjemna, wiecznie rozdrażniona, sfrustrowana z powodu wszystkiego i wszystkich. To jasne - przekształciłam się w maszynę do zabijania dzieci nienarodzonych. To coraz bardziej ciągnęło mnie w dół, aż na krawędź piekła. Dobrowolna aborcja jest najgorszym grzechem, gdyż zabijanie w łonie matki niewinnego dziecka, niewinnej istoty, oznacza przekazanie szatanowi kierownictwa życia, zaprzedanie mu duszy. Demon prowadzi nas bezpośrednio prosto do otchłani, ponieważ przelewamy niewinną krew.

Dziecko jest niczym baranek, „niewinnym barankiem", podobnym do Jezusa, „Baranka Bożego, który został za nas zabity". Taki grzech oznacza głęboki związek z ciemnością, ponieważ własna matka jest tą, która zabija swe dziecko. To właśnie jest przyczyną tego, dlaczego więcej demonów opuszcza otchłań i zamieszkuje ziemię, by zniszczyć całą ludzkość. Każdy z nas zdaje sobie dziś sprawę, jak satanizm rośnie w siłę. Otwierają się dotychczas zapieczętowane bramy, odpadają pieczęcie, które Bóg tam umieścił, by zło nas nie zalało. Te pieczęcie kruszeją coraz bardziej po każdym dzieciobójstwie. Z piekielnych bram wy chodzą demony, które wyglądają jak straszne larwy, a ziemia i ludzkość coraz bardziej zalewana jest tym szatańskim pomiotem. Przyczepiają się do nas, prześladują, a na końcu czynią z nas wszystkich niewolników naszego ciała, pożądania, grzechu, podatnymi na zło. Sami widzimy, jak zło przybiera wszędzie na sile. Jest tak, jak gdybyśmy sami dawali demonom do ręki klucze, aby mogli wyjść. I wychodzą, coraz liczniej, demony prostytucji, chorej seksualności, satanizmu, ateizmu, samobójstwa, znieczulicy i wszelkiego zła, jakie codziennie widzimy. Z każdym dniem świat staje się coraz gorszy. Tryumfem piekła jest codzienny mord wielu dzieci. Z powodu tej niewinnej krwi demony są wypuszczane, by potem nas zwodzić.

Zauważcie, grzeszymy bezwiednie, ponieważ zagłuszyliśmy nasze sumienie. A nasze życie zmienia się coraz bardziej w piekło, pełne problemów każdego rodzaju, z chorobami i innym złem, które nas nawiedza. To wszystko to działanie demonów wśród nas, w kulturze śmierci. Jednak to my sami ponosimy winę i tylko my, którzy naszymi grzechami otworzyliśmy diabłu na oścież bramę, za które nie żałowaliśmy i z których się nie wyspowiadaliśmy. W ten

 

sposób dajemy mu swobodę i pozwolenie na to, aby postępował z nami, jak mu pasuje. Nie jest bowiem tak, że grzeszymy jedynie z powodu aborcji, chociaż jest najcięższym grzechem, lecz w wielu dziedzinach nie jesteśmy świadomi grzechu i jesteśmy zupełnie obojętni. Wtedy mamy jeszcze czelność obwiniać Boga za nasze zło, gdy spotyka nas choroba, cierpienie i krzywda.

Nasz kochający Bóg daje nam jednak w swoim nieskończonym miłosierdziu sakrament pokuty i mamy możliwość żalu, zmycia naszych grzechów dzięki spowiedzi i w ten sposób zerwania pęt szatana, położenia kresu raz na zawsze temu jego wpływowi na nasze życie. Tak oto możemy obmyć naszą duszę. Ja jednakże tego nie czyniłam.

Nie zabijamy tylko wtedy, gdy odbieramy komuś życie. Można popełnić ten grzech również „okrężnie". Uważajcie teraz dobrze! Władza i wpływ, jakie sobie zyskałam dzięki moim pieniądzom, zwiodły mnie i doprowadziły do tego, że sfinansowałam nie tylko jedną, lecz wiele - by nie powiedzieć mnóstwo - aborcji. Dopiero moje pieniądze umożliwiły ich realizację. Zawsze bowiem mawiałam: Kobieta ma prawo do decydowania do tego, kiedy chce zajść w ciążę, a kiedy nie. Jej brzuch należy tylko do niej!

I patrzcie! W mojej „Księdze Życia" stało czarno na białym, i wielkim bólem było dla mnie, gdy zobaczyłam i zrozumiałam w końcu, w jakie potworne przestępstwa uwikłałam się moimi pieniędzmi. W mojej „Księdze Życia" było to napisane. Pewną dziewczynę, która miała zaledwie 14 lat, skłoniłam do aborcji. Byłam jej mistrzynią, od której pobierała nauki. Gdy ktoś ma w sobie truciznę, wtedy nic nie pozostaje zdrowe w jego otoczeniu. Taki człowiek wywiera negatywny wpływ na wszystkich, którzy się do niego zbliżają. Stykają się z tą trucizną i sami zostają zatruci; stają się trujący. Inne całkiem młode dziewczyny, trzy z moich siostrzenic i narzeczona jednego z moich bratanków dokonały aborcji. Ich rodzice kazali im iść do mnie, gdyż byłam przecież tą „nadzianą", która mogła wszystko załatwić i miała takie „dobre serce". Byłam tą dobrą ciocią, która zawsze wszystkich zapraszała; tą dobrą ciocią, która opowiadała im o nowinkach ze świata mody, przedstawiała najnowsze kolekcje i często też je kupowała. Byłam tą, która uczyła te młode osóbki, jak mogą stać się atrakcyjnymi, jak mogą wkroczyć do  społeczeństwa i jak mogą pokazywać innym, że ich młode ciało jest sexy i pociągające.

Wyobraźcie sobie! Moja siostra z całkowitym zaufaniem posyłała do mnie swoje dzieci i pozostawiała je mnie. Jakże je zepsułam i zgorszyłam. Tak, zgorszyłam te młode umysły. To było kolejne wykroczenie wołające o pomstę do nieba, straszny grzech, który na liście najpotworniejszych czynów w oczach Pana plasuje się tuż za aborcją. Te młodziutkie dziewczynki uczyłam następujących rzeczy:

 

Moje drogie dziewczynki, nie bądźcie głupie! Nawet jeśli wasze matki tyle opowiadają o wartości dziewictwa, skromności i czystości, to da się to tylko tym wytłumaczyć, że wasi rodzice są zacofani, ich świat nie jest już tym obecnym światem, żyją tym, co było wczoraj, przegapili szansę na prowadzenie wolnego i nowoczesnego życia. Musicie być dla nich wyrozumiałe. Ale wy same powinniście dołączyć do nowoczesnego życia, cieszyć się wywalczoną przez nas kobiety wolnością i realizować się jako kobieta — więc przysłuchujcie się im, bądźcie dla nich wyrozumiałe, gdyż nie mogą inaczej; nie rujnujcie sobie jednakże przez to waszego młodego życia. Wasze matki rozmawiają z wami o Biblii, która ma już 2000 lat. Rodzice nie są po prostu na bieżąco. Także księża odrzucili to co nowoczesne i nie chcą iść Z duchem czasu. Głoszą tylko to, co nakazuje im papież. Papież nie pasuje już do dzisiejszych czasów, ten papież wyszedł z mody. I każdy nowoczesny człowiek, który się go jeszcze słucha, jest głupi i sam winny temu, że nie może właściwie używać życia.

Popatrzcie na truciznę, którą wlałam w te młode, dziewczęce serca. To po prostu niewyobrażalna potworność! Uczyłam też te młode dziewczyny, jak najlepiej mogą używać ciała i czerpać przyjemność z seksu. Przy tym zwracałam im uwagę na to, jak ważną rzeczą są środki antykoncepcyjne. Nauczyłam je wszystkich znanych mi metod. O ryzykach i zapobieganiu skutkom stosunku płciowego poinformowałam je podczas rozmowy na temat „Perfekcyjna i samodzielna kobieta". Pewnego dnia przychodzi jedna z tych dziewcząt, a dokładnie narzeczona mojego bratanka — miała wtedy 14 lat - do mojego gabinetu (to, co wam teraz opowiadam, osobiście widziałam zapisane w mojej „Księdze Życia") i opowiada mi, płacząc rzewnie: Glorio, jestem przecież jeszcze taka młoda, właściwie to sama jestem jeszcze dzieckiem, a mimo to jestem już w ciąży. Odparłam: Ale z ciebie głupia gęś! Nie uczyłam was, jak się zabezpieczać?! Odpowiedziała mi, nadal płacząc: Owszem, ale po prostu nie zadziałało jak powinno. Dzięki wglądowi do mojej „Księgi Życia" zrozumiałam, że Pan przysłał do mnie tę młodą osóbkę, by uchronić ją od popełnienia głupstwa. Chciał, abym uchroniła ją od skończenia w tej otchłani, abym odwiodła ją od zabicia jej maleństwa.

Aborcja bowiem zakłada na naszą szyję tak ciężki łańcuch, który ciąży nam i którego potem nie możemy ciągnąć za sobą. Sprawia taki ból, który nigdy nie przeminie w naszym życiu: ta straszna świadomość, że się popełniło morderstwo, że jest się mordercą. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie zabiło się kogoś tam, ale własne dziecko, własne ciało i krew. W przypadku tej dziewczyny najgorsze było to, że ja zamiast j ą odciągnąć od tego zamiaru, opowiedzieć jej o naszym Panu Bogu, dałam jej do ręki plik banknotów, by

 

było ją stać na tę aborcję. By uspokoić moje sumienie (nie wiem, czy można nazwać to jeszcze sumieniem, co wówczas miałam), dałam jej tak dużo pieniędzy, aby mogła udać się do najbardziej renomowanej kliniki aborcyjnej, by potem zapobiec wszelkim komplikacjom. Podobnie jak przy tej okazji sfinansowałam jeszcze parę innych aborcji, by nie powiedzieć wiele.

To takie straszne, gdy dziś o tym myślę. Za każdym razem, gdy przelewana jest krew dziecka, jest to jak jedno wielkie całopalenie dla szatana, jak uczta dla diabła. Zaciera ręce i tańczy z radości. A nasz Pan Jezus Chrystus cierpi jak podczas swojej śmierci na Krzyżu i wśród tych cierpień drży i cierpi bardzo za każdym razem, gdy nienarodzone niewinne dziecko zamęczane jest na śmierć.

W „Księdze Życia" mogłam mianowicie zobaczyć, jak powstaje życie. Ujrzałam, jak nasza dusza kształtuje się w momencie, w którym plemnik łączy się z komórką jaj ową. Wówczas pojawia się cudowna iskra emanująca światło, które pochodzi ze światła Boga Ojca. A brzuch przyszłej matki rozświetla się promieniami tej nowej duszy w momencie, gdy jej komórka jajowa jest zapładniana. I gdy potem dochodzi do aborcji, wtedy dusza krzyczy i jęczy z wielkiego bólu, nawet jeśli nie zostały jeszcze ukształtowane oczy i członki. Cała wspólnota Świętych, całe zaświaty słyszą te krzyki i jęki, gdy mordowana jest nowa, stworzona przez Boga dusza. Całe sklepienie niebieskie wzdryga się od tego krzyku i słychać je od jednego końca do drugiego, głośno i wyraźnie jak echo w górach. W piekle też słyszy się głośne krzyki, ale tam są one wiwatami, jakie wszystkie demony wznoszą dla świętowania dnia i do tego tańczą z radości.

Bezpośrednio po tym otwierają się w piekle niektóre pieczęcie i wychodzą straszne duchy, które są wypuszczane na ziemię, by od nowa kusiły całą ludzkość i sprowadzały ją na manowce. Skutek tego jest taki, że ludzie coraz bardziej zniewalani są przez szatana, coraz bardziej oddają się żądzom i przyjemnościom, coraz to nowe powstają nałogi i mają miejsce te wszystkie straszne, okrutne przestępstwa oraz niegodziwości, o których codziennie słyszymy, widzimy w wiadomościach, i o których za każdym razem sądzimy, że nie może być gorzej, by następnego dnia natknąć się na nowe i dojść do wniosku, że jednak mogło być gorzej.

Czy mamy w ogóle pojęcie o tym, jak wiele dzieci zabijanych jest codziennie na całym świecie? Nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie rozmiaru tej przerażającej zbrodni. Brodzimy we krwi tych niewinnych dzieci i nawet tego nie zauważamy. Jest to dla nas normalną rzeczą; jest po prostu na porządku dziennym. Gdy ktoś angażuje się w walkę przeciwko aborcji, przedstawiany jest jako fanatyk, konserwatysta, ktoś staromodny i trochę szalony.

To jest jeden z największych tryumfów księcia piekła, szatana. Jak ma być dobrze na tym świecie, jeśli to cena niewinnej krwi każdego nienarodzonego sprawia, że nowe demony wypuszczane są na ziemię. Wkrótce zaciemni się od nich na świecie.

Potem ujrzałam, jak zanurzałam i kąpałam się we krwi niewinnych dzieci. Całkiem inaczej, jak wygląda proces prania na naszym świecie: przez to pranie we krwi moja dusza stawała się coraz ciemniejsza i nędzniejsza, aż stała się zupełnie czarna. Po tych epizodach z aborcją nie miałam już wyczucia, co jest grzechem. Dla mnie grzech po prostu nie istniał. Wszystko było dozwolone i moje zachowanie odpowiadało mi. Pomagałam przecież ludziom. Nie było jednakże świadoma, że tym ludziom pomogłam w drodze do piekła.

Pokazano mi jeszcze coś innego, co w żaden sposób nie przyszło mi na myśl ani nie rzuciło mi się w oczy; sama bowiem figurowałam na liście płac diabła. Ukazano mi wszystkie dzieci, które sama zabiłam przez aborcję. I tak samo, jak Wy teraz, nie wiedziałam w pierwszej chwili, jak, kiedy i gdzie! Teraz mi to pokazano i wtedy zrozumiałam. Już na początku opowiadałam Wam, że sama stosowałam spiralę jako środek antykoncepcyjny w planowaniu rodziny. Ku mojemu bolesnemu zdziwieniu zmuszona byłam teraz widzieć w mojej „Księdze Życia", jak wiele moich komórek jajowych zostało zapłodnionych i jak zaczęły stawać się małymi dziećmi. Widziałam wiele świetlistych iskier, które jaśniały podczas stwarzania ich dusz. Słyszałam również krzyki tych dusz, gdy wyrywane były z ręki Boga Ojca.

Zrozumiałam natychmiast powód, dlaczego byłam zawsze w takim złym nastroju, zgorzkniała i markotna. Byłam w złym humorze, często nieprzystępna, niepohamowana i kapryśna wobec moich bliźnich, mojej rodziny. Przez cały dzień byłam poirytowana, nic nie mogło mnie zadowolić. Często ogarniały mnie straszne depresje. Teraz spadły mi łuski z oczu: Jakie to proste i oczywiste -przeobraziłam się w maszynę do zabijania moich dzieci!

Wszystko to sprawiło, że coraz głębiej tonęłam w bagnie grzechu. Jak mogłam sobie wmawiać na początku tego przeglądu mojego życia, że nikogo nie zabiłam? Jak mogłam każdym, kto według mnie był za gruby albo niesympatyczny, wzgardzić, traktować z nienawiścią i po prostu odrzucić? Jak mogłam się tak wywyższać, mimo że byłam taką podłą morderczynią?

Ukazano mi też, że człowieka można zabić nie tylko strzałem z pistoletu. Nie, często wystarcza, że się go strasznie nienawidzi, że życzy mu się najgorszego albo krzywdzi, wystarcza że jest ofiarą zazdrości. Tym sposobem można właśnie zabić drugą osobę. Istnieje coś takiego jak mordowanie dobrego imienia. Morderstwo w rodzinie lub gdzie indziej zaczyna się często od takich postaw, które określamy jako nieszkodliwe.

 

Nie cudzołóż

Teraz, przy szóstym przykazaniu - „Nie cudzołóż" - powiedziałam sobie: „No wreszcie - przynajmniej przy tym przykazaniu nie mogą mi zarzucić jego naruszenia. Nie będą mogli wypomnieć mi jakiegoś kochanka, ponieważ przez całe życie wierna byłam jednemu mężczyźnie, to jest mojemu mężowi." Na raz ukazano mi, że za każdym razem, gdy odkrywałam brzuch i pokazywałam ciało w seksownym bikini, sprawiałam, że obcy mężczyźni gapili się na mnie, mieli sprośne fantazje i przez to nakłaniałam ich do grzechu. W ten prosty sposób dopuściłam się cudzołóstwa. Także moją postawą, gdy ciągle doradzałam kobietom, by nie były wierne swoim mężom: Nie bądźcie głupie, odpłaćcie się im, nie wybaczajcie im tylko, lecz rozstańcie się i lepiej szybko rozwiedźcie! Samym tym gadaniem i tymi złymi radami uczestniczyłam w tym wstrętnym cudzołóstwie, tudzież byłam mu współwinna. W czasie tego przeglądu mojego życia zdałam sobie sprawę, że tak zwane grzechy „pożądliwości" są ohydne. Prowadzą bezpośrednio do potępienia, ale da sieje całkowicie odrzucić, nawet jeśli wielu ludzi uważa je dziś za normalne i mówi, że wspaniale jest samemu doświadczyć tego czy tamtego; że trzeba spróbować, by dowiedzieć się, czy czerpie się z tego przyjemność albo dochodzi do szczytu. Niektórzy nie boją się użycia porównania do zwierząt, argumentując swe czyny i mówią: „Róbmy to tak dziko jak dzikie zwierzęta!" Także dla homoseksualizmu stosuje się argument, jakoby był całkiem naturalny i dozwolony przez Boga, ponieważ udowodniono już, że w królestwie zwierząt mają miejsce homoseksualne kopulacje. Tak, nie zauważamy bowiem, że tym samym bierzemy zwierzęta za wzór. Jest to równoznaczne z odrzuceniem duszy. To, co nas wyróżnia jako istoty stworzone na podobieństwo Boże, to stworzona przez Niego nieśmiertelna dusza, a my ją depczemy.

W swoim życiu wyrwałam się niestety z ręki Boga. Musiałam stwierdzić ze smutkiem, że grzech to nie tylko akt dokonany, lecz najbardziej tajemna myśl w mojej duszy. Bolesną rzeczą było dla mnie, gdy musiałam zdać sobie sprawę z tego, jakie skutki miały wszystkie te grzechy i jak przez długi czas działały. Grzech cudzołóstwa mojego ojca wyrządził wiele szkód również jego dzieciom i udusił ich duszę. Z tego powodu gardziłam wszystkimi mężczyznami, a moi bracia stali się prawdziwymi kalkami, kopiami mojego taty, którzy wszędzie obnosili się z tym, że są prawdziwymi maczo,     kobieciarzami i wielkimi pijakami. Wmawiali sobie jeszcze inne rzeczy. Trąbili o tym na około. Nie zdawali sobie sprawy z tego, jak wielkie szkody wyrządzali tym swoim dzieciom. Dlatego też widziałam, jak mój ojciec gorzko płakał na tamtym świecie. Dopiero tam pojął, jaki grzech zapisał w testamencie swoim synom i córkom. Dowiedział się, jakich szkód narobił Boskiemu porządkowi i stworzeniu Boga Ojca.

Nie kradnij

Przy siódmym przykazaniu - „Nie kradnij" znowu byłam pewna swego, uważałam siebie za kogoś godnego czci i nie miałam sobie nic do zarzucenia! Pan jednakże ukazał mi w drastyczny sposób, że wiele artykułów spożywczych w moim domu zaczęło się psuć i pleśnieć, ponieważ kupowaliśmy je bez zastanowienia i nie mogliśmy wszystkiego zjeść. Więc gdy ja marnowałam żywność, tyle głodu było na całym świecie i kiedy Pan mi to ukazał, powiedział jedynie: Byłem głodny i popatrz, co zrobiłaś z tym, co ci dałem. Nie ceniłaś tego i zmarnowałaś. Było Mi zimno i popatrz, jak stałaś się niewolnicą trendów w modzie i wyglądu zewnętrznego. Ile majątku wydałaś na zastrzyki, by być szczuplejszą. Stałaś się także niewolnicą swojego własnego ciała. Krótko mówiąc, ciało swoje wyniosłaś do rangi bóstwa, bożka.

Pan dał mi do zrozumienia, że tym samym byłam winna nędzy w naszym kraju i że również w przypadku tego przykazania Boga ponosiłam winę. Potem zwrócił mą uwagę na to, ze za każdym razem, gdy źle mówiłam o kimś, kradłam mu honor. Prawie niemożliwością jest naprawienie tego, zwrócenie go. Łatwiejszą rzeczą byłaby kradzież banknotu, gdyż wówczas mogłabym po prostu zwrócić tę sumę. Toteż kradzież dobrej reputacji człowieka jest czymś poważniejszym niż zwykła kradzież rzeczy czy pieniędzy.

Okradałam również swoje dzieci, gdy odmawiałam im bycia dobrą gospodynią domową i matką, czułą matką. Nie mieli matki, która by się o nie troszczyła, zawsze przy nich była i stanowiła prawdziwy wzór bezinteresownej i ofiarnej miłości. Byłam matką, która szlajała się po ulicach i zostawiała dzieci pod opieką telewizora jako substytutu ojca, komputera jako substytutu matki i w kręgu wielu gier wideo jako substytutu rodzeństwa.

By uspokoić moje sumienie, kupowałam im zawsze markowe ciuchy, aby przynajmniej w szkole i wśród kolegów robiły dobre wrażenie i prowokowały do zazdrości. Jeszcze bardziej przeraziłam się, gdy zobaczyłam, jakie wyrzuty robiła sobie moja matka i pytała siebie, czy była dobrą matką, mimo że była bardzo pobożną i dobrą kobietą, gospodynią i matką, która nieustannie upominała nas, kochała nas i pokazywała, jak bardzo jest zatroskana o nas i nasze dobro. Podobnie mój ojciec. Na swój sposób ukazywał nam, jak bardzo nas kocha, że jesteśmy najważniejsi w jego życiu. I gdy tak pogrążona byłam w tych myślach, rzekłam do siebie samej: Co się ze mną stanie, ze mną, która nigdy nie dałam czegoś moim dzieciom; może w ogóle nie

 

zauważą, że mnie nie będzie; prawdopodobnie nic ich nie obchodzę! Przy tych słowach wzdrygnęłam się cała i przeszył mnie ból, jak miecz prosto w serce. Wstydziłam się tego, że zawiodłam na całej linii. Musicie wiedzieć, że w „Księdze Życia" widzi się wszystko jak na filmie. I tak oto zobaczyłam, jak moje dzieci rozmawiały z sobą: Miejmy nadzieję, że mamie zajmie jeszcze trochę czasu, nim wróci do domu; miejmy nadzieję, że stoi w korku, nasza mama jest bowiem bardzo nudna i przez cały czas potrafi tylko narzekać i krytykować.

Jakim szokiem było dla mnie słyszeć to z ust trzyletniego dziecka i trochę starszej córeczki, jak tak rozmawiali o swojej matce-złodziejce. Ponownie zdałam sobie sprawę, że okradałam ich z prawdziwej matki. Nigdy nie dałam im przytulnego ogniska domowego. Swoją postawą uniemożliwiłam im poznanie Boga w dzieciństwie. Nie nauczyłam ich miłości bliźniego. Jest bowiem tak: jeśli nie kocham bliźniego, nie będę miała nic do czynienia z naszym Panem Bogiem; i jeśli sama nie okazuję współczucia i miłosierdzia i nie wcielam w czyn, wówczas nie mogę być po stronie Boga; tym samym nie mogę nikomu przybliżyć Boga i przekazywać wiary. Bóg jest bowiem miłością...

Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu

No dobrze, teraz opowiem Warn coś na temat przykazania: „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu." W tej dziedzinie byłam profesjonalistą. Czy wszyscy słyszeli? Diabeł bowiem stał się moim ojcem. Każdy z nas ma bowiem swego ojca, czy to Boga Ojca, czy szatana, który spiera się z Nim o ojcostwo.

Jeśli Bóg jest miłością, a ja jestem pełna nienawiści, to kto jest moim ojcem? Nie trudno odpowiedzieć na to pytanie; łatwo jest też to zrozumieć. Gdy Bóg mówi mi ciągle o pojednaniu i przebaczeniu, gdy wzywa mnie do tego, abym kochała również moich nieprzyjaciół i tych, którzy wyrządzają mi szkody, a ja myślę jedynie o zemście i kieruję się mottem: „Ząb za ząb" (taki wtedy był mój świat i moje wyobrażenia), to kto tak naprawdę był moim ojcem? Mało tego: On, nasz Pan jest samą Prawdą a szatan księciem kłamstwa. Kto zatem był wtedy moim ojcem? Rozumiecie teraz. Choćbym nie wiem, co robiła, wynik jest zawsze taki sam: sama wybrałam diabła na ojca w moim życiu. I powiadam Warn, nie ma podziału na grzechy. Nie ma podziału na niewinne, nieszkodliwe i niepozorne kłamstewka. Każde kłamstwo to po prostu kłamstwo. Podobnie jak tych niepozornych kłamstewek nie ma także kłamstw z konieczności albo z grzeczności, miłosierdzia czy litości i wielu innych ich rodzajów, jakie przebiegłe osoby wymyśliły za

 

natchnieniem złych duchów. Każde kłamstwo jest po prostu kłamstwem. A diabeł jest ojcem kłamstwa, kłamcą od samego początku.

Kłamstwa, jakie rozsiewałam, były tak straszne, po prostu potworne. Mogłam zobaczyć, że tu zdobyłam największą ilość punktów. Kłamstwo to kłamstwo i zawsze nim pozostanie. Najgorsze jest to, gdy sami wikłamy się w kłamstwa tak dalece, że na koniec przyjmujemy je za prawdę. Największym kłamstwem jest, gdy człowiek uważa się za świętego mówiąc: „Nie kradłem, nikogo nie zabiłem. Nie ma też żadnego Boga. A jeśli już Bóg naprawdę istnieje, to pójdę bezpośrednio do Nieba, ponieważ jestem taki pobożny i święty. Gdzie indziej miałbym się w mojej pozornej świętości dostać?" Są to wówczas tak zwane życiowe kłamstwa.

Przy każdej okazji, jak na przykład podczas plotek, które szerzyłam na cały świat, kiedy naśmiewałam się z kogoś albo kiedy lekkomyślnie wymyślałam innym ludziom złośliwe przezwiska, oraz mówiłam o nich dookoła i za każdym razem naigrawałam się w straszliwy sposób. Jak bardzo i jak wiele osób przez to zraniłam, obraziłam, wystawiłam na pośmiewisko i oczerniłam. To wszystko wyrządziłam moim bliźnim. Nie macie pojęcia, jak jedno przezwisko może zranić osobę. Może ona z tego powodu nabrać kompleksów niższości, które mogą towarzyszyć jej przez całe życie i stać się przyczyną cierpień. Na przykład pewną koleżankę, która była nieco pulchna nazywałam „grubaską" albo „tłuścioszką". Nigdy nie pozbyła się tego określenia i pozostała na zawsze „tłuścioszką". Bardzo ją to bolało. Frustracja uczyniła z niej bulimiczkę, co wpływało na jej sylwetkę. Z tego powodu inni często nie zabierali jej z sobą ani nie zapraszali. Zobaczcie, jak słowa mogą pociągać za sobą pewne czyny. Na końcu powstaje mnóstwo złośliwości. Wszystko to jest trującym owocem jednego lekkomyślnie wypowiedzianego słowa.

Ani żadnej rzeczy, która jego jest

Gdy już sprawdził moje życie na podstawie Dziesięciu przykazań Bożych, okazało się, że całe moje zło, grzechy i złośliwości miały swój początek w chciwości. To szalona chęć, ta żądza posiadania wszystkiego i decydowania o wszystkim. „Mieć" aniżeli „być". Sądziłam zawsze, że będę szczęśliwa, jeśli posiądę wszystkie pieniądze świata i będę bogata, i to życzenie, by mieć pieniądze, stało się dla mnie obsesją. Było to dla mnie wielką tragedią, gdy posiadałam naprawdę dużo pieniędzy i stać mnie było na wiele, przeżywałam najgorszy i najnieszczęśliwszy okres w moim życiu.

Moja dusza zeszła tak nisko, że nawet chciałam odebrać sobie życie. Miałam tak wiele pieniędzy i bogactwa, a mimo to byłam sama i pusta wewnętrznie, samotna i opuszczona. Na własnej skórze doświadczyłam, że pieniędzmi nie można kupić miłości, przyjaźni i sympatii. Nawet jeśli za pieniądze całego świata próbuje się kupić miłość, otrzymuje się zazwyczaj jedynie obłudę, fałsz, pochlebstwa i udawaną służalczość. Byłam dogłębnie rozczarowana, zgorzkniała w tej ślepej uliczce mojego życia, którą sama wybrałam. Osiągnęłam szczyt frustracji, a tam wiał lodowato zimny wiatr, który nasuwał mi pytanie, po co tutaj w ogóle się wspięłam. Chciwość, jak każda inna żądza zresztą - ta żądza pieniędzy i bogactwa; zazdrość tego, co ktoś inny już ma; to „też-to-muszę-mieć" - uczepiło się mnie, brało mnie za rękę i sprowadzało na manowce. Chciwość ta prowadziła mnie bezpośrednio do piekła, daleko od Boga, mojego Stworzyciela, z którego ręki tą chęcią posiadania wyrwałam się. Żądza, chciwość oddala zawsze od Boga. Idzie się w przeciwnym kierunku i podąża się za diabłem. Im bardziej jest się oddalonym od Boga, tym mniej zauważa się Jego obecność i tym mniejsza jest Jego ochrona.

By Warn ukazać, jak Bóg w cudowny sposób przybliżał się do mnie, chcę Warn opowiedzieć następującą rzecz. Po moim wypadku sanitariusze zawieźli mnie do publicznego szpitala, zanim dotarłam do socjalnej kliniki.

Wiecie, co mi się przytrafiło w tym szpitalu publicznym? Było tam tak wiele chorych i ofiar wypadków, że po prostu nie było już miejsca. Nawet korytarze szpitalne przepełnione były łóżkami i noszami. Nie było więc nawet jednych wolnych noszy, by mnie tam położyć. Bóg dopuścił, abym doznała w ten sposób zupełnego opuszczenia przez ludzi. Dla tych biednych lekarzy było to wszystko ponad ich siły. Byli całkowicie zdezorientowani. Ratownicy niosący mnie na noszach bezustannie pytał i: Gdzie mamy ją położyć? Jedyną odpowiedzią, jaką za każdym razem otrzymywali, było: Połóżcie ją tam w kącie! albo Połóżcie ją tam na podłodze! Oni jednak nie chcieli mnie tak po prostu położyć na podłodze w korytarzu, gdyż wiedzieli, że z moimi oparzeniami łatwo dostałabym śmiertelnego zakażenia albo sepsy. W owych godzinach, kiedy tak tam leżałam i nikt z lekarzy nie mógł się o mnie zatroszczyć, ponieważ mieli poważniejsze przypadki, gdzie było więcej nadziei na powodzenie ich zabiegów, doświadczyłam tego całkowitego opuszczenia ze strony wszystkich dokoła mnie, mimo że roiło się od ludzi, chorych pacjentów i zdrowych pomocników.

Gdy spoglądali na mnie, jak tak leżałam podobna do zwęglonego kawałka mięsa z grilla, wszyscy lekarze myśleli sobie, że na wszelką pomoc i tak jest za późno i że nie da się już uratować mojego życia. Złościłam się, będąc w tej beznadziejnej sytuacji, że nikt się mną nie zajął. Gdy byłam tak opuszczona i rozzłoszczona, ujrzałam nagle naszego Pana, Jezusa Chrystusa, jak pochylił się nade mną i z całą swoją czułością położył rękę na mojej głowie, by mnie pocieszyć. Zamknęłam oczy, ponieważ sądziłam, że mam halucynacje, ale gdy je znowu otworzyłam, widziałam Go pochylonego nade mną i usłyszałam Jego głos mówiący do mnie: Zobacz, moja mała, teraz umrzesz. Zapragnij teraz mojego miłosierdzia! Wyobraźcie sobie; gdy to usłyszałam, pomyślałam sobie: Co to ma znaczyć? Miłosierdzie, pragnienie miłosierdzia? Cóż złego uczyniłam? Dlaczego mam potrzebować miłosierdzia? W żaden sposób nie mogłam zrozumieć powodu i sensu tej oferty. Nie miałam już w ogóle sumienia. Zupełnie je straciłam. Byłam całkowicie pozbawiona skrupułów! To, co jednak pojęłam to to, że teraz umrę. Nadeszła moja ostatnia godzina. Jedyna myśl, jaka mi przeszła przez głowę, była: Co stanie się teraz z moimi diamentowymi pierścionkami, które mam na palcach? Wcięły się w zupełnie spalone i napuchnięte palce. Martwiłam się, że się uszkodzą, gdy sieje odetnie lub zdejmie. Myśląc o tym próbowałam rozpaczliwie ściągnąć je ze swoich palców. Czy wiecie, jak strasznie boli spalona skóra i członki? Nie możecie sobie wyobrazić, jakie cierpienie sama sobie zadawałam przy próbie zdjęcia pierścionków z palców. Przy tym odrywało się ciało od moich palców. Mimo tego wmawiałam fanatycznie sobie, że na pewno sobie je zsunę. W moim życiu nie spotkałam się jeszcze ze zbyt trudnym zadaniem lub wygórowanym celem. Zawsze mogłam wszystko osiągnąć, co sobie wmawiałam. Także i w tym przypadku miałam to nastawienie, a właściwie tę egoistyczną obsesję. Powiedziałam sama sobie: To byłby już szczyt wszystkiego, gdybym przed śmiercią nie mogła zdjąć pierścionków z palców! Ledwo co udało mi się to zrobić, ogarnęła mnie kolejna rozpacz. Naszły mnie czarne myśli: Boże mój, zaraz umrę. Potem pielęgniarki z pewnością od razu skradną moje cenne pierścionki!

I wtedy nagle podszedł do mnie mój szwagier i moją pierwszą myślą ulgi było: Bogu niech będą dzięki, teraz przynajmniej moje pierścionki są bezpieczne! Przekazałam je jemu i powiedziałam: Daj je mojemu mężowi Ferdynandowi! I powiedz moim siostrom, aby troszczyły się o moje dzieci, ponieważ będą musiały sobie teraz poradzić beze mnie. Muszę ci powiedzieć, że tym razem nie ujdę z życiem. Umrę. Teraz mogłam już spokojnie umrzeć. Tak zamglony był mój umysł w tej ostatniej godzinie, że nawet nie mogłam ujrzeć światła, które Jezus mi ofiarowywał. I wiecie, co było moją ostatnią myślą? Boże mój, skąd wezmą pieniądze na pogrzeb z tym ogromnym debetem na koncie?

Popatrzcie, to historia osoby, która utraciła swoje sumienie, która swoje ostatnie myśli i chwile poświęcała marnościom tego świata i przekonana o swej świętości nie myślała w ogóle o wieczności, o przyszłości duszy i ofercie Pana. Gdy człowiek uważa się za „świętego", właśnie wtedy bardzo łatwo ześlizguje się w kierunku piekła albo przyczynia się tą błędną oceną do własnego potępienia.

 

Księga Życia"

Po tej analizie mojego życia według Dziesięciu Przykazań Bożych pozwlono mi na wgląd do mojej „Księgi Życia". Brakuje mi po prostu słów, by właściwie opisać tę „Księgę Życia". Zaczęła się od mojego poczęcia. Skoro tylko komórki moich rodziców połączyły się, pojawiła się iskra. Mała, cudowna eksplozja światła, i z tego powstała dusza, moja własna dusza, całkowicie chroniona rękami Boga Ojca, i w Bogu Ojcu ujrzałam kochającego i czułego tatę. 24 godziny na dobę był ze mną, prowadził mnie za rękę, ochraniał mnie, zawsze był o mnie zatroskany i był blisko mnie. Nie spuścił mnie z oka i nie zostawił samą. I wszystko, co w pierwszym momencie wydawało mi się karą lub niepowodzeniem, było niczym innym jak tylko wyrazem Jego miłości i troski o mnie. Nie patrzył bowiem na mój wygląd i moje ładnie uformowane ciało. Nie, patrzył na moje wnętrze, badał moją duszę i widział, jak powoli, ale pewnie schodziłam z Jego drogi i jak odrzucałam Jego ratunek oraz zbawienie. I tak oto przeżyłam wiele sytuacji mojego minionego życia, zaglądając do mojej „Księgi Życia" i widziałam poszczególne skutki mojego postępowania oraz decyzji mojej wolnej woli. Dla lepszego zrozumienia podam Wam pewien przykład, który ukazuje piękno „Księgi Życia". W moim życiu byłam fałszywa i obłudna. Często schlebiałam moim znajomym czy przyjaciółkom: Hej, jak pięknie dziś wyglądasz. Ta twoja sukienka jest po prostu cudna i tak dobrze na tobie leży! Jak tobie w niej do twarzy. W „Księdze Życia" jednakże widzi się to, o czym się przy tym myśli, i co kryje się we wnętrzu. Wtedy ujrzałam, co mówiłam sobie w myśli w tamtej chwili: Ale beznadziejnie wygląda, i do tego myśli, że jest królową piękności!

Widzicie, takie były moje myśli w moim wnętrzu. W tej „Księdze Życia" widzi się i słyszy wydarzenia jak na filmie. Tak oto widziałam i słyszałam wszystko tak samo, jak wówczas w moim życiu mówiłam, z tą jedyną różnicą, że mogłam słyszeć moje myśli. To było jak film w różnych językach z dwiema ścieżkami dźwiękowymi albo jak film z napisami. Jedna ścieżka pozwalała usłyszeć to, co obłudnie mówiłam, a druga moje myśli, które w tym samym momencie miałam, i mogłam też przy tym widzieć stan mojej duszy, moje wnętrze. Sami pomyślelibyście o tym jak o cudzie techniki, gdybyście w ten sposób przeżyli słowa czy sytuacje w Waszym własnym życiu. Po prostu coś niesamowitego!

Tak oto widziałam wewnętrzną rzeczywistość mojego życia. Wszystkie moje kłamstwa były na wierzchu, kipiały jak w garnku bez pokrywy, były nagie i bez retuszy, każdy mógł je zobaczyć, usłyszeć. Cały świat mógł je widzieć. Były żywe i ujawniały swoje haniebne czyny. Moja matka. Jak często ją oszukiwałam i podle z nią postępowałam. Często bowiem nie pozwalała mi na wyjście, abym spotkała się z moimi „złymi" przyjaciółmi. Ale gdy zaznaczałam — „Mamo, mam teraz pracować w grupie w szkolnej bibliotece!" -już mnie nie było. Moja matka połknęła haczyk i dała wiarę memu szybkiemu kłamstwu. Jakże często kradłam sobie czas takimi kłamstwami, włóczyłam się po domach, oglądałam sobie pornograficzne filmy, albo chodziłam do baru, by żłopać piwo z moimi „przyjaciółkami". A teraz moja matka zobaczyła to wszystko w mojej otwartej dla wszystkich „Księdze Życia". Nic nie umknęło jej uwadze.

Jeszcze jeden przykład tego, co zobaczyłam w tej „Księdze życia". Moi rodzice dawali mi zawsze banany do jedzenia w czasie przerwy w szkole. W owym czasie żyliśmy w nędznych warunkach, tak że posiłek składał się zwykle jedynie z bananów, od czasu do czasu z bułki i mleka. Już w drodze do szkoły jadłam swoje banany i rzucałam skórki po prostu wszędzie, gdzie byłam, nie myśląc o tym. Nigdy nie przyszłoby mi na myśl, nie łamałam sobie głowy nad tym, co może się zdarzyć z powodu takiej śliskiej, nieuważnie wyrzuconej skórki, jaką krzywdę coś takiego może wyrządzić innym ludziom. A wyrzucone przeze mnie skórki tak po prostu leżały sobie wokół.

Zaskakującą rzeczą było, gdy Pan pokazał mi, co niektóre - naturalnie nie wszystkie - z leżących wokół skórek spowodowały. Ujrzałam osoby, które poślizgnęły się na tych skórkach i w niektórych przypadkach upadki te z powodu dużego ruchu mogły nawet zakończyć się śmiercią, a ja byłabym temu winna, odebrałabym życie. Wszystko z bezmyślności, braku odpowiedzialności i miłosierdzia dla moich bliźnich.

Podobnie było w innym przypadku, kiedy to kasjerka supermarketu przez pomyłkę wydała mi o 4.500 peso więcej. Przy tej okazji poszłam do spowiedzi, gdzie czułam naprawdę szczerą, głęboką skruchę i głęboki ból z powodu mojego grzesznego zachowania. Mój ojciec zawsze upominał nas dzieci, abyśmy w życiu były uczciwe, i mimo nędzy uważały honor za wielkie dobro; przede wszystkim własny. Nie powinniśmy nigdy przywłaszczać sobie cudzych pieniędzy, nawet wtedy, gdy chodzi o kilka groszy. Kiedy więc miało miejsce to zajście z resztą, o pomyłce zorientowałam się dopiero w samochodzie, gdy byłam w drodze powrotnej do pracy. Powiedziałam sobie samej: Ta głupia krowa wydała mi o 4.500peso więcej i muszę teraz zawrócić, by oddać j ej pieniądze! Byłam już w drodze do supermarketu, gdy utknęłam w olbrzymim korku. Usłyszałam przez radio, że wszystko dookoła stało. I znowu głośno pomyślałam i powiedziałam do siebie samej: Dość tego! Teraz mam jeszcze tracić godziny mojego cennego czasu, tylko dlatego, że ta głupia krowa była zbyt głupia, by dobrze policzyć. Nikt jej przecież nie kazał być tak głupią i pomylić się w liczeniu! Teraz pojadę po prostu do domu i w tych okolicznościach nigdy nie zwrócę jej tych pieniędzy! O nie, w żadnym wypadku, sama jest temu winna."

Mimo moich wymówek miałam wyrzuty sumienia w związku z tym zajściem. I ponieważ mój tata tak często i wyraźnie podkreślał wartość honoru i przez to umocnił mój charakter, poszłam w następną niedzielę do spowiedzi i powiedziałam do księdza siedzącego w konfesjonale: Proszę księdza, zgrzeszyłam, ponieważ przywłaszczyłam sobie 4.500 peso, gdyż nie oddałam tej sumy kobiecie, do której należała. Nie zważałam wówczas zupełnie na to, co mi powiedział spowiednik i o czym mnie pouczył. I gdy zobaczyłam tę scenę w „Księdze Życia", musicie wiedzieć, że Zły, diabeł, nie mógł mi zapisać tego grzechu i uważać za złodziejkę, ponieważ wyznałam go w spowiedzi. Opowiem Wam jednak teraz o tym, co Pan powiedział do mnie na ten temat: Ten brak miłości bliźniego, jaki okazałaś w owym dniu, gdy nie zadośćuczyniłaś za swoje grzechy, nie jest w porządku. 4.500 peso były dla ciebie drobnostką, gdyż takie kwoty codziennie wydawałaś na zbytki, które koniecznie chciałaś mieć, ale dla tej biednej kobiety z minimalną płacą, która pół dnia musiała pracować i zmuszona była zostawić swoje dzieci, by związać koniec z końcem, dla niej te 4.500 peso były utrzymaniem na całe trzy dni, kapitałem najedzenie i napoje dla całej rodziny przez trzy dni.

I wiecie, co było najgorsze i najbardziej niesamowite w tej sytuacji? Pan ukazał mi tę scenę: na własne oczy mogłam zobaczyć, jak ta kobieta musiała wraz z dziećmi cierpieć z tego powodu i jak musiała ta rodzina znosić głód przez kilka dni. Wszystko z mojej winy. Skutki moich grzechów. Kobieta ta znosiła to wszystko ze swoimi małymi dziećmi i musiała obawiać się utraty pracy. Nasz Pan bowiem zwraca uwagę w „Księdze Życia" na nasze zachowanie. Ukazuje nam, kiedy coś uczyniliśmy, kto musiał cierpieć z powodu naszych czynów, kto ponosił skutki, do jakich czynów zmuszony był skrzywdzony bliźni.

Końcowe pytanie

 

Na końcu Pan zapytał się mnie: Jakie duchowe skarby przynosisz Mi? Myślę sobie: Jakie duchowe skarby ma na myśli? Stałam przecież przed Nim z pustymi rękami, nie miałam nic, zwisały mi po prostu, nic w nich nie trzymałam ani nie robiłam niczego. I w tej chwili słyszę, jak mówi do mnie: Co z tego, że miałaś dwa mieszkania własnościowe, że niektóre mieszkania były twoją własnością, że niektóre gabinety mogłaś nazwać swoimi? Na co

 

ci się zdało, że uważałaś się za wysoce wyspecjalizowanego stomatologa, który odniósł wiele sukcesów? Mogłaś przynieść pyłek kurzu z cegły jednego z twoich budynków. Masz może przy sobie swój wypchany portfel albo swoją grubą książeczkę czekową?

A kiedy potem spytał mnie: Co uczyniłaś z talentami, które ci dałem? Pomyślałam sobie: Jakie talenty ma na myśli? Co chce przez to powiedzieć? I nagle zrozumiałam. Uświadomiłam to sobie. Tak, otrzymałam zadanie, zadanie, by bronić i szerzyć „Królestwo miłości", „Królestwo Boże". Po prostu całkowicie zapomniałam, że posiadałam duszę, a jeszcze mniej pamiętałam o tym, że otrzymałam również talenty. I zupełnie nie byłam świadoma, że jednym z tych talentów była zdolność do bycia narzędziem Miłosierdzia Bożego, Jego miłosiernej ręki. Tak oto nie zdawałam sobie ponadto sprawy, że całe dobro, którego zaniechałam i nie uczyniłam, sprawiało Bogu wielki ból i przysporzyło Mu wiele trosk.

Konfrontował mnie z tyloma różnicami w moim życiu: Ile dobra mogłaś uczynić dzięki tym wielu pieniądzom, które wyrzucałaś na kosmetyki Na co zdały ci się twoje diety, które cię opanowały, którymi zamęczałaś swe ciało i spowodowałaś bulimię oraz anoreksję? Uczyniłaś z siebie samej i ze swego ciała bożka - „złotego cielca". Co ci teraz po tym? Robiłaś wiele prezentów, to prawda, ale czyniłaś to tylko po to, aby ci dziękowano, mówiono o tobie, jak jesteś dobra. Swoją dużą ilością pieniędzy manipulowałaś wszystkimi, aby ci wyświadczali przysługi. Powiedz Mi, co teraz przynosisz dla wieczności? Gdy cię ostatnio nawiedziłem bankructwem, nie była to kara, jak sobie myślałaś, a błogosławieństwo. Owe bankructwo miało cię uwolnić od twojego własnego bożka - twojego „złotego cielca", któremu służyłaś. To bankructwo miało cię do Mnie przyprowadzić. Ty jednak buntowałaś się, broniłaś i nie chciałaś opuścić swojej wysokiej pozycji w społeczeństwie, zniżyć się. Klęłaś, pomstowałaś i szalałaś, ty, niewolnica pieniędzy, niewolnica mamony. Sądziłaś, że wszystko potrafisz, że sama możesz uczynić coś swoim wysiłkiem, pilnością i zaangażowaniem. Myślałaś, że potrafisz wszystko lepiej od innych. Nie! Spójrz, ile jest wykształconych osób, absolwentów, którzy tak samo starali się jak ty, nawet lepiej i pilniej, mimo to nie osiągnęli tego samego co ty. Tobie więcej dano i dlatego więcej się od ciebie zażąda.

Wiedzcie, że musiałam zdać Bogu sprawę z każdego ziarenka ryżu, które zmarnowałam. Z całego jedzenia, które wyrzucałam do kosza. W „Księdze życia" ujrzałam też, jak razu pewnego jako dziecko potajemnie wyrzuciłam fasolę, którą dostałam na obiad, ponieważ nie lubiłam jej. Byliśmy wtedy bardzo biedni. Gdy moja matka zobaczyła pusty talerz, myślała, że dlatego

 

tak szybko zjadłam, ponieważ byłam głodna. Rezygnowała z własnej porcji, sama nie jadła i dawała mi swoją część, ponieważ sądziła, że byłam tak głodna. Często nie jadła, ponieważ dawała każdemu biednemu, który zapukał do drzwi. Nikt nigdy tego po niej nie zauważył, nigdy nie miała na pokaz zgorzkniałej miny, wręcz przeciwnie, zawsze się uśmiechała.

Pan pokazał mi, jak ja później, gdy miałam już wiele pieniędzy, wydawałam przyjęcia, zapraszałam gości i było wiele jedzenia - i jak potem więcej niż połowa wyrzucana była do kosza na śmieci. A dookoła mnie było tak wiele biednych i głodnych ludzi; w ogóle nie miałam wyrzutów sumienia. Pan dodał i prawie to wykrzyczał: Byłem głodny! Dał mi odczuć Jego ból z powodu potrzeby swoich dzieci i obojętności tych, którzy mogliby pomóc, a nie czynią tego. Ukazywał mi dalej, ile rzeczy miałam w swoim domu; fajne rzeczy, drogie markowe rzeczy, najlepsze ubrania, elegancka bielizna, wszystko najlepszej jakości. I powiedział mi: Byłem nagi w twoim bliźnim, a ty miałaś pełne szafy i żyłaś w zbytku, miałaś tak wiele rzeczy i niektórych wcale nie używałaś.

Widząc zawsze, że znajomi mieli to i tamto, czego ja jeszcze nie posiadałam albo co było lepsze od tego, co sama miałam, byłam zazdrosna i kupowałam sobie coś jeszcze lepszego. Chciałam mieć zawsze najlepsze rzeczy, gdyż byłam zazdrosna. Przykład: spoglądanie przez płot do ogrodu sąsiada powoduje w nas zazdrość. Jest to także grzechem, gdy człowiek świadomie wzbudza zazdrość u innych, albo szczególnie się cieszy, gdy ktoś staje się zazdrosnym z powodu naszego postępowania.

Pan powiedział mi: Byłaś dumna, porównywałaś się zawsze do innych, którzy byli w lepszej sytuacji niż ty. Bogacze! Nie troszczyłaś się o tych, którzy Żyli w niższej warstwie społecznej. Będąc ubogą, szłaś dobrą drogą, gdyż wtedy dawałaś z serca, nawet te rzeczy, które byty tobie potrzebne. Pan ukazał mi, że to się Mu spodobało. Jak wtedy, gdy moje nowo zakupione tenisówki podarowałam chłopcu z ulicy, ponieważ ten nie miał żadnych butów. Mój ojciec z trudem zdobył pieniądze na zakup tych butów i zrobił wielką awanturę. Był strasznie wściekły. Mieliśmy tak mało rzeczy do przeżycia, a ja poszłam i podarowałam moje buty. Da się to zrozumieć... Ale z punktu widzenia Pana było to w porządku. Mimo że byliśmy w trudnej sytuacji, Bóg wylewał na nas wiele błogosławieństw. Ukazał mi, ile łask miał dla mnie przygotowanych, gdybym nie porzuciła Jego drogi i pomogła wielu ludziom. Powiedział: Oświecałem cię i pokazywałem ci, jak mogłaś im pomóc. Nie spotkało by ich zło, które pociąga za sobą złe konsekwencje. Bóg bierze nas bardzo poważnie. Dalej pokazał mi: Popatrz, ten młody człowiek nie popełniłby samobójstwa, gdybyś się za niego pomodliła, i ta osoba nie umarłaby z powodu opuszczenia, gdybyś się pomodliła; znalazłaby wyjście z tej sytuacji

 

Ja jednakże nie dopuściłam nigdy do tego, aby Duch Święty mnie dotknął. Nie poruszała i nie wzruszała mnie czyjaś potrzeba. Moje serce było skamieniałe. Nie mogłam i nie chciałam otworzyć je na strumienie łask Pana. Jest to bardzo ważnym, pierwszym krokiem, gdy chcemy powrócić do domu Ojca: zmiękczyć serce, otworzyć je na łaskę, na Pana. Powiedział mi: Popatrz na krzywdę mojego ludu, spójrz, jak bardzo potrzebne było, aby twoja rodzina została dotknięta rakiem, byś nauczyła się współczucia. Współczułaś więźniom dopiero wtedy, gdy twój własny mąż został aresztowany. Pan prawie wykrzyczał: „Jesteś z kamienia, nie jesteś zdolna do miłości!".

Opowiedziałam Wam już, jakim to ziółkiem byłam jako córka. Byłam rozwydrzona i bezczelna. Mojego ojca nazywałam „Pedro Flinston" i chciałam przez to wyrazić, że żył nadal w epoce kamienia łupanego - nawiązując do telewizyjnej kreskówki „Flinstonowie". A mojej matce mówiłam, że jest nienowoczesna, staroświecka i inne rzeczy w tym stylu. Zabrnęłam tak daleko, że wypierałam się własnej matki, ponieważ wstydziłam się jej; nie należała do wyższych warstw społecznych. Wyobraźcie sobie! Teraz wiecie, dlaczego tak bardzo była o mnie zatroskana i modliła się za mnie. Nie jesteście jednak w stanie sobie wyobrazić, ile łask otrzymałam dzięki mojej matce, ale nie tylko ja, lecz cały świat. Miałam matkę, która chodziła do kościoła i swoje cierpienia zanosiła Jezusowi. Matkę, która wierzyła, bardzo mocno wierzyła. Spędziła wiele godzin na adoracji Najświętszego Sakramentu. I w ten sposób stała się pośredniczką wielu łask. Pan zwrócił się do mnie: Nikt tak ciebie nie kochał, jak twoja matka i nikt nie będzie cię tak kochał jak ona. Nigdy, przenigdy nikt nie będzie cię tak czule kochał jak ona.

Miłość Boża

Musicie bowiem wiedzieć, o co wciąż mnie Pan pytał! Pytał mnie nieustannie o miłość, o bezinteresowną, bezwarunkową miłość. Brakowało mi na co dzień tej miłości, tej „caritas", dobroczynności, szerokiego zakresu chrześcijańskiej miłości. Brak Jego boskiej miłości, którą włożył nam wszystkim do kołyski jako zadanie i talent, to - reasumując - wynik przeglądu wszystkich wydarzeń mojego dotychczasowego życia. Potem mi wyjaśnił: Wiesz, twoja duchowa śmierć, obumieranie twojej duszy zaczęło się... Wówczas pojęłam: wprawdzie żyłam jeszcze, oddychałam jeszcze, ale właściwie to umarłam; moja dusza umarła; udusiła się.

Gdybyście byli widzieli, czym jest „duchowa śmierć". Co to znaczy, że dusza obumarła, udusiła się. Powinniście byli widzieć, jak wygląda dusza, która odczuwa jedynie nienawiść. Jaka zgroza i przerażenie ogarniają na widok duszy, która jest jedynie zgorzkniała, nieznośna i uciążliwa. Myśli przez cały czas tylko o tym, jak może jeszcze dokuczyć światu. Tak właśnie wygląda dusza, gdy obciążona jest ciężkimi grzechami. Moja dusza jest tego przykładem. Na zewnątrz przyjemnie pachniałam i miałam na sobie drogie ubrania, ale moja dusza w środku strasznie śmierdziała i pogrążona była w przepaściach ludzkich i diabelskich złośliwości.

Zrozumiałe staje się, dlaczego miałam wszystkie te depresje i opanowała mnie gorycz. Pan wyjaśnia mi: Twoja duchowa śmierć zaczęła się bowiem od tego, gdy twoi bliźni i ich cierpienie stali się tobie całkowicie obojętni. Gdy nie miałaś po prostu dla nich serca. To było upomnienie ode Mnie i powinno było być dla ciebie ostrzeżeniem, gdy ukazywałem ci cierpienie twoich bliźnich —przy tak wielu okazjach i we wszystkich częściach świata. Albo kiedy mogłaś zobaczyć w telewizji lub innych mass mediach jak ludzie byli porywani, zabijani, rozrywani od bomb i wypędzani, rzucałaś tylko powierzchowne komentarze: „ Oh, biedni ludzie! Co za niegodziwość im się wyrządza! " Cierpienia twoich bliźnich w ogóle ciebie nie poruszyły, nie wzruszyły twojego skamieniałego serca, ich los nie zainteresował ciebie. W swoim sercu więc nic nie czułaś! Twoje serce było twarde jak kamień, lodowata skała. Twoje grzechy sprawiły, że skamieniało, stało się twarde i zimne!

I gdy moja „Księga Życia" zamknęła się, z pewnością możecie sobie wyobrazić, jaki wstyd i smutek mnie ogarnął. Ponadto odczuwałam wielki żal

- ten ból był większy, bardziej nieznośny - że w swoim życiu byłam taka zła i niewdzięczna dla Boga Ojca, mojego Stworzyciela. Bowiem mimo moich wszystkich ciężkich grzechów, mimo całej mojej brudnej duszy i mojej obojętności, mimo mojej letniości i wszystkich strasznie okrutnych uczuć wobec moich bliźnich, Pan zawsze mnie szukał i to nawet do ostatniego momentu. Szedł za mną i czekał na znak mojej woli do zawrócenia i powrotu. Posyłał ciągle osoby, które napotykałam na mojej drodze życia i które były Jego narzędziami, aby mnie skłoniły do zastanowienia się i powrotu do Niego. W ten sposób przemawiał do mnie, zwracał na Siebie uwagę, wołał mnie

- często całkiem głośno. Zabrał mi też wiele rzeczy, aby skłonić mnie do zastanowienia się. Zsyłał mi próby i ciężkie chwile. Jak kłody rzucał mi pod nogi wielkie rozczarowania. Wszystko to czynił nieustannie, by mnie odzyskać, sprowadzić mnie na tę właściwą drogę do domu Ojca. Naprawdę próbował wszystkiego do ostatniej chwili i czekał na mój znak. Nigdy jednak nie naruszył mojej wolnej woli. Powinnam była rozpoznać Jego wołanie oraz czekanie i dobrowolnie podjąć wtedy właściwą decyzję.

Wiecie, kim i jaki jest Bóg, Ojciec nas wszystkich? Stoi jak żebrak na skraju naszej drogi życia. I właśnie jak żebrak błaga nas, podąża za nami,

 

często jest natrętny; płacze i próbuje zmiękczyć nasze skamieniałe serce, i smutek ogarnia dogłębnie Jego Najświętsze Serce, gdy tak często musi przeżywać to, że odwracamy się do Niego plecami i nie zważamy na Niego, albo tak czynimy, jak gdybyśmy Go nie zauważali. Tak często i na różne sposoby uniża się - tak jak uniżał się na Krzyżu — by tylko sprawić, abyśmy się nawrócili i zmienili nasze życie, powrócili do Niego, do domu Ojca.

I gdy powiedziałam do Niego: Słuchaj, mój Panie, potępiłeś mnie! ponownie zdałam sobie sprawę, jak bezczelnie się zachowałam. To oczywiście nie była prawda, gdyż On nigdy mnie nie potępił, lecz ja sama doprowadziłam do tego wszystkiego. Poznałam, że w zależności od nastroju i ochoty - z wolnością, jakie ma stworzenie, a którą Bóg szanuje - podejmowałam decyzje. Znalazłam sobie swojego „ojca" i własny „klan". Ojcem, którego sobie wybrałam, nie był Bóg Ojciec, lecz szatan. Diabła wzięłam sobie za ojca i przewodnika mojego życia. Według jego woli i kłamstw ukształtowałam sobie życie. On i jego mamidła były sensem mojego nędznego życia.

Kiedy moja „Księga Życia" została zamknięta, dotarło do mnie, że wciąż zwisam głową w dół na krawędzi strasznej, ciemnej przepaści. Byłam pewna, że spadnę bezpowrotnie do tej mrocznej dziury, na końcu której wyobrażałam sobie bramę, przez którą później wkroczę do wiecznego potępienia. Tak oto zaczęłam z całej siły i rozpaczy krzyczeć i wołać. Błagałam wszystkich świętych, aby mnie uratowali. Nie macie pojęcia, ilu świętych naraz mi przyszło na myśl. Nie wiedziałam w ogóle, że znałam tylu świętych i ich imiona. Byłam przecież taką letnią, mało tego, naprawdę złą katoliczką. W tamtej chwili jednakże myślałam tylko o tym, by się uratować. I było mi całkowicie obojętne to, czy uratowałby mnie św. Józef Robotnik, czy św. Franciszek z Asyżu, czy inny przywołany święty. Najważniejsze, abym była uratowana. Na koniec skończyły mi się imiona świętych, których przywoływałam. Żaden mi nie przychodził na myśl i nagle zapadła grobowa cisza.

Ta cisza sprawiała, że znowu czułam nieopisane cierpienia. Poczułam beznadziejną pustkę. Czułam się samotna i całkowicie opuszczona. Mogłam tylko myśleć o tym, że na ziemi wszyscy ludzie z pewnością myślą o mnie i mojej reputacji jako dobrej, pięknej i świętej. Tę reputację umyślnie sobie zbudowałam dzięki mojemu stworzonemu przez siebie fikcyjnemu światu. Wszyscy opłakiwali mnie, rozmawiali o mojej „świętości", czekali na moją śmierć, by potem zwracać się do swojej „świętej", którą przecież osobiście znali, prosząc ją o ten czy tamten „cud".

Popatrzcie, w jakiej beznadziejnej sytuacji byłam. Żadna z tych opłakujących mnie osób, które czekały na moją śmierć - nawet moi najgorsi wrogowie - nie mogli wyobrazić sobie, w jak beznadziejnej sytuacji znajdowałam

 

się - a mianowicie tuż przed wiecznym potępieniem, przed odejściem do piekła, w istnienie którego większość z tych opłakujących osób całkiem już nie wierzyła. I gdy te myśli kłębiły mi się w głowie i ciągle za przeczająco potrząsałam głową- wyrażając niezrozumienie dla tego rozdźwięku między moim położeniem a myślami opłakujących mnie osób - wówczas wznoszę oczy ku górze, widzę oczy mojej matki i nasze spojrzenia spotykają się. Spoglądamy na siebie, patrzymy sobie wprost w oczy. Pośród wielkich cierpień wołam do matki: Mamo! Co za hańba. Potępiają mnie. Stamtąd, gdzie muszę iść, nigdy już nie powrócę i nigdy więcej się nie zobaczymy.

W tym momencie mojej matce została udzielona wielka, cudowna łaska. Przez cały czas była całkowicie nieruchoma i sztywna. I nagle pozwolono jej, by uniosła dwa palce ku górze i daje mi przez to jednoznaczny znak, bym również spojrzała do góry. W tej samej chwili od moich oczu odpadają dwie wielkie skorupy, które sprawiały mi niewyobrażalny ból i były powodem mojej duchowej ślepoty. Odpadają więc ode mnie i widzę nagle coś niesamowicie pięknego: pośrodku naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Jednocześnie przypominam sobie, jak jedna z moich pacjentek powiedziała mi pewnego razu: Niech pani doktor posłucha i zapamięta sobie. Jest pani bardzo materialistyczna, ale pewnego dnia przypomni pani sobie, co teraz powiem. Tak, będzie nawet pani tego bardzo potrzebowała. W obliczu wielkiego niebezpieczeństwa, którego pani nie uniknie, nieważne jakiego rodzaju jest to niebezpieczeństwo, jeśli znajdzie się pani w takiej sytuacji, to niech zwróci się pani do naszego Pana Jezusa Chrystusa i prosi Go, aby pokrył i ochronił panią swoją Prze-najdroższą Krwią. W ten sposób nigdy pani nie opuści i nie pozostawi samą. On bowiem także panią odkupił swoją Przenajdroższą Krwią!

Z wielką skruchą i wstydem, wśród wielkich cierpień w moim sercu, zaczęłam drzeć się w niebogłosy: Panie Jezu, zmiłuj się nade mną! Przebacz mi! Panie, daj mi drugą szansę!

Potem przeżyłam najpiękniejszy moment w całej tej historii. Brakuje mi po prostu słów, by właściwie opisać tę chwilę. On, nasz Pan, Jezus Chrystus, schodzi na dół wyciąga mnie z tej czarnej, okropnej otchłani, z tej napawającej strachem dziury. I gdy mnie wyciągnął i wziął za rękę, to wtedy te wszystkie stwory, te ohydne kreatury i te palące plamy, które wcześniej czułam, odpadły ode mnie i cała ziemia pode mną pełna była tych śmieci. Unosi mnie więc do góry i przenosi na tę płaszczyznę, którą opisałam wcześniej. Z tą miłością, nie dającąsię wyrazić ludzkimi słowami, mówi do mnie: Powrócisz na ziemię, otrzymasz drugą szansę... Przy tym mówi również z powagą: Tej łaski powrotu nie otrzymujesz dzięki modlitwom twoich przyjaciół i najbliższych. Można się tego spodziewać i jest to normalne, że two-

 

ja rodzina i osoby, które ciebie cenią, modlą się za ciebie i błagają Mnie z twego powodu. Możesz powrócić dzięki modlitwie tak wielu ludzi, którzy nie są z tobą spokrewnieni i nie należą do twojej rodziny. Tak wiele obcych ci osób gorzko płakało, modliło się do mnie ze złamanym sercem i z głębi duszy, i w twojej intencji wznosili do Mnie swe serce, jako wyraz uczucia największej miłości i sympatii.

W owym momencie ujrzałam, jak mnóstwo świateł, niczym małe białe płomienie, pełne bezinteresownej i czystej miłości, zaczęło świecić. I widzę nagle wszystkie osoby, które się za mnie modliły. To była demonstracja mocy modlitwy wstawienniczej. Wszystkimi tymi światłami były tysiące osób, które dowiedziały się o moim wypadku z gazet, serwisach radiowych i telewizji, które były poruszone tą wiadomością, płakali z tego powodu, wznosiły za mnie do Pana akty strzeliste, i naprawdę mi współczuły. Wielu z nich coś zaoferowało i poświęciło dla mojego ratunku. Wiedzcie, że Msza Święta jest największym darem, jaki możecie komuś sprawić. Eucharystia bowiem nie jest dziełem człowieka, a bezpośrednią interwencją Boga w świecie.

Jeden z płomieni był jednakże szczególnie duży, wyróżniał się spośród innych i świecił, emanował większym światłem niż wszystkie inne. To był płomień osoby, która włożyła w swą modlitwę najwięcej bezinteresownej i prawdziwej miłości bliźniego. Ciekawiło mnie więc, kim był ten człowiek, który nie wiadomo dlaczego okazał mi tyle miłości. Wówczas Pan rzekł do mnie: Ten człowiek, którego tam widzisz, to osoba, która odczuła tak wielką sympatię i czułą miłość - mimo że całkowicie jesteście sobie obcy - że trudno jest to sobie wyobrazić.

Pan pokazał mi, jak to wszystko się wydarzyło. Ten biedny mężczyzna indiańskiego pochodzenia, dla mnie święty rodak, żył na wsi u stóp „Sierra Nevada de Santa Marta". Był biednym i bardzo prostym rolnikiem. Nie miał wystarczająco dużo pożywienia dla własnej rodziny. Pożar zniszczył mu w owym roku jego zbiory. Lis zabrał większą część kur, jakie mu pozostały do przeżycia. Na domiar złego guerilleros zabrali mu syna, by użyć go jako żołnierza-dziecko do swoich celów. Chodził na Mszę Św. do wsi i uczestniczył w niej z takim nabożeństwem, jakie rzadko się widzi. Pan pozwolił mi zobaczyć, jak ten biedny wieśniak żarliwie się modlił na Mszy: Panie mój i Boże, kocham Cię, dziękuję Ci za życie, moją rodzinę i moje

 dzieci! Cała jego modlitwa była jednym dziękczynieniem i uwielbieniem. Miał przy sobie dwa banknoty -jeden o nominale l O peso, drugi 5 peso. Możecie to sobie wyobrazić, że on na tacę nie dał banknotu o nominale 5 peso, lecz pomimo swojej nędzy 10? Wiecie, ja ofiarowywałam banknoty, które jako fałszywki zdarzyło mi się od kogoś otrzymać w gabinecie. Po Mszy za resztę pieniędzy

 

kupił sobie jeszcze trochę chleba i sera. Te artykuły spożywcze zostały mu zawinięte w starą gazetę z poprzedniego dnia, co zwykło się robić na wsi. Gdy w drodze powrotnej chciał sobie coś zjeść i rozpakował bułeczki, ujrzał na stronie tytułowej tego wydania „El Espectador" zdjęcie mojego zwęglonego ciała, jak leżało na ulicy.

Kiedy ten prosty człowiek zobaczył zdjęcie, którego podpisu i towarzyszącego mu artykułu nie umiał nawet przeczytać, z wielkim pośpiechem i nie zwlekając długo, upadł na kolana i począł tak gorzko i rzewnie płakać. Uczynił to z tak wielką, wewnętrzną, bezinteresowną oraz dziecięcą miłością, i odmówił przy tym płaczącym głosem następującą modlitwę: Ojcze w Niebie, Panie mój i Boże, zmiłuj się nad moją siostrzyczką. Panie, uratuj ją, pomóż jej, Panie, nie pozwól, aby zginęła, wejrzyj łaskawie i zaopiekuj się nią. Jeśli uratujesz moją siostrzyczkę, obiecuję Ci, że pieszo odbędę pielgrzymkę do sanktuarium w Buga (maryjne miejsce pielgrzymkowe w południowej Kolumbii) i na pewno dotrzymam tej obietnicy, Ty zaś pomóż mojej siostrzyczce i uratuj ją!

Wyobraźcie sobie! Jakiś całkiem prosty i biedny rolnik, który nie klął na Boga ani Go nie przeklinał, mimo że musiał znosić głód i pragnienie, który pojmował, czym jest prawdziwa, bezinteresowna miłość, oferuje Panu przemierzenie naszego wielkiego kraju, by odbyć obiecaną pielgrzymkę za kogoś, kogo w ogólne nie zna i jeszcze nigdy nie spotkał w swoim życiu. Pan wyjaśnił mi: Widzisz teraz! To nazywam miłością bliźniego! (...) Zaraz po tym powiedział mi: Powrócisz na ziemię. O tym swoim przeżyciu jednakże nie opowiesz tysiąc razy, a tysiące tysięcy razy. Będą ludzie, którzy nie zmienią się, mimo Że dowiedzą się o twojej historii I takie osoby sądzone będą wtedy z większą surowością. Tak samo jak w twoim przypadku, w czasie twojego drugiego przybycia na twój sąd będą obowiązywały surowsze kryteria.

Również pomazańcy, to znaczy konsekrowani Pana będą sądzeni według surowszych kryteriów. I każdy z tych, którzy wiedzą o zdziałanych przez Pana cudach w tym świecie, spotka się z surowszym kryterium. Nie ma bowiem gorszego głuchoniemego, od tego, kto po prostu nie chce słuchać. Nie ma gorszej ślepoty, jak ta, gdy człowiek nie chce widzieć.

Wszystko, co Warn dziś tutaj opowiedziałam, drodzy Bracia i Siostry w Panu, nie jest groźbą czy pogróżką, żadnym też szantażem, nasz Pan bowiem nie potrzebuje nam grozić czy szantażować nas. To, co dziś usłyszeliście albo co przed chwilą przeczytaliście, jest Waszą drugą szansą, okazją, którą wszyscy, Wy i ja, zawdzięczamy jedynie niezmierzonej dobroci naszego Boga. Skorzystajcie z tej oferty. Być może to Wasza ostatnia okazja. Dzięki naszemu dobremu Panu przeżyłam to, co przeżyłam. W ten sposób

 

dzięki łasce Boga mogę Warn o tym mówić. Gdy bowiem otworzy się przed Wami „Księga Życia", przed każdym z Was, gdy każdy z was przejdzie do wieczności, gdy umrze, wszyscy doświadczymy tego samego procesu i zobaczymy siebie takimi, jakimi naprawdę jesteśmy, bez retuszu, z tą różnicą, że w obecności Boga zobaczymy i usłyszymy nasze najgłębsze myśli oraz najbardziej tajemne uczucia. Wszystko będzie jasne i nic się nie ukryje. Najpiękniejszą rzeczą będzie to, że każdy z nas stanie bezpośrednio przed Panem, twarzą w twarz.

Bezustannie jak żebrak prosi On, abyśmy się nawrócili, abyśmy powrócili do domu Ojca, powrócili do Niego, by zacząć od nowa i stać się nowymi stworzeniami z Nim i przez Niego. Bez Jego pomocy bowiem nie jest to dla nas możliwe.

Niech Pan, nasz Bóg, obsypie Was wszystkich hojnie swoim błogosławieństwem i łaską.

Chwała Bogu Ojcu, który nas stworzył i kocha nas z wielką czułością; chwała niech będzie Synowi Bożemu, naszemu Panu, Jezusowi Chrystusowi, który swoim cierpieniem na krzyżu wybawił nas od wszelkiej winy za grzech i obmył nas swoją Krwią Przenajdroższą z wszelkich grzechów i odkupił za cenę swojej Najdroższej Krwi; Chwała niech będzie Duchowi Świętemu, który nas uświęca i wzmacnia mocą swoich darów, pociesza i wspiera, aż Ty Panie powrócisz, jak sam nam obiecałeś. Przyjdź ,Panie, niech nadejdzie godzina, która uczyni wszystko nowym i utworzy Twe królestwo. Uczyń wszystko nowym i ustanów królestwo miłości i pokoju. Amen.

Gloria Polo

 

Dr Gloria POLO ORTIZ

POŚMIERTNE UZNANIE MOJEGO MĘŻA I OJCA MOICH DZIECI

Dnia 6 października 2006 r. mój mąż udał się z ciężkim sercem do innej części Kolumbii o nazwie QUINDIO. Pojechał w odwiedziny do swojego kuzyna, którego bardzo sobie cenił, by uczestniczyć w Pierwszej Komunii św. córki tego kuzyna. Mój mąż był bowiem ojcem chrzestnym tej dziewczynki. Jako chrzestny świadomy był swego obowiązku i na poważnie brał tę religijną funkcję. To było też powodem, że mimo wszystkich przeciwności związanych z terminem, nie zrezygnował z przyjazdu, aby koniecznie być na Pierwszej Komunii św. swojej chrześnicy.

7 października 2006 poszłam do radia „Minuty z Bogiem", aby tam nagrać moje świadectwo wiary dla audycji radiowej. Była godzina 14.00, kiedy mój mąż zadzwonił do mnie na komórkę i powiedział następujące słowa: Kochanie, byłem na Pierwszej Komunii św. mojej chrześnicy i przyjąłem Komunię św. podczas tej Mszy. Potem pojechałem z Jorge (Jorge to wspomniany już kuzyn mojego męża) do jego posiadłości. Przerwałam mu: Skarbie, bardzo cię kocham, ale nie mogę teraz z tobą rozmawiać, gdyż właśnie idę do studia, gdzie jestem umówiona na nagranie mojego świadectwa. Zadzwoń do mnie tak koło 18.00! Odpowiedział mi jedynie: Też cię bardzo kocham —później na pewno zadzwonię do ciebie!

O godzinie 17:30 byłam z moimi dwojgiem dziećmi, mianowicie ze starszym, 17-letnim synem, z którego jego ojciec był bardzo dumny i który znaczył wszystko dla mojego męża, oraz z moją najmłodszą córką, Marią Jose. Nagle zakręciło mi się w głowie i zrobiło mi się bardzo niedobrze, tak jak gdyby ziemia pod moimi stopami ustąpiła. Moja córeczka powiedziała do mnie: Prawdopodobnie dlatego źle się czujesz,ponieważ ten sklep udekorowany jest wszędzie czarownicami i magicznymi przedmiotami

Tuż po 18.00 poczułam nagle, jak gdybym unosiła się i jakby ktoś mnie ciągnął. Najpierw ciągnął mnie za ramiona, potem ześlizgiwał się wzdłuż mojego ciała aż do stóp. Jednocześnie czułam się, jak gdybym w tym momencie miała umrzeć. Mój syn podparł mnie wtedy i przytrzymywał. Zapytał mnie: Mamusiu, co się z tobą dzieje? Co ci jest? Odczuwałam wielki ból w moich wnętrzu, w sercu, jak gdyby moja dusza się dusiła.

Kiedy jechaliśmy samochodem do domu, nagle dzwoni moja komórka i słyszę, że mój mąż miał zawał serca. Tuż po pierwszym telefonie znowu zadzwoniła i mówią nam, że mój maż już nie żyje. Prowadziłam właśnie samo-

 

chód, moje dzieci krzyczały głośno z bólu z powodu tej nieoczekiwanej wiadomości. I wówczas odmówiłam następującą modlitwę: Boże mój, kocham Cię, przekazuję Ci w Twe miłosierne ręce mojego drogiego męża. Ofiaruję Ci moje wielkie, nieskończone cierpienie mojej duszy, które w tych godzinach przenika moją cala rodzinę, która w ten bolesny sposób zjednoczona jest z Tobą na krzyżu, abyś Ty, Wszechmocny, tą ofiarą mógł uratować wiele dusz. Płakałam z bólu i miałam w sobie uczucie radości i zadowolenia, gdyż wiedziałam, że mój mąż jest z naszym Panem i Bogiem i tam może doświadczyć nieopisanej radości oraz szczęścia płynącego z wiecznej Miłości Bożej. Było bowiem tak, że mąż już nie żył podczas pierwszego telefonu, gdy powiadomiono nas, że przed chwilą miał atak serca. Te osoby planowały przygotowanie nas w ten sposób na otrzymanie bolesnej wiadomości o jego śmierci. Nie minęła nawet jedna minuta, gdy otrzymaliśmy drugi telefon z wiadomością, że już nie żyje.

Co się więc wydarzyło?

Mąż udał się do swego pokoju, aby się odświeżyć i wziąć prysznic. I gdy kuzyn zauważył, że mój mąż Fernando zbyt długo przebywał w pokoju, poszedł na górę, by go poszukać i zapukał do drzwi. Mój Fernando jednakże nie odpowiadał, mimo że kuzyn głośno walił w drzwi. Otwarcie drzwi nie zajęło wiele czasu, ponieważ znaleziono zapasowy klucz - drzwi były zamknięte od śrdka. Gdy otworzono drzwi, zastano mojego męża leżącego na podłodze. Gdy mąż opuścił kabinę prysznicową, upadł martwy obok krzesła i leżał tak, jak go znaleziono. Zawał serca nastąpił nagle i mąż natychmiast umarł. To było dokładnie w tym samym czasie, gdy poczułam silny uścisk moich ramion, który nieomal zatrzymał mój oddech. Następnie czułam, że te ręce nie mogły trzymać się moich ramion i zsuwały się po mnie w dół i nawet chciały powalić mnie na ziemię. Było mi wtedy bardzo niedobrze, prawie zemdlałam i tak się chwiałam, że syn musiał mnie podtrzymać. Ciało zostało potem zabrane do Bogoty i pochowaliśmy mojego męża Fernanda dopiero trzeciego dnia po jego śmierci, gdyż musieliśmy poczekać na móją najstarszą córkę, która jest siostrą zakonną i w tamtym czasie przebywała w Rzymie ze wspólnotą swej kongregacji.

Wiecie, co wtedy powiedziała do mnie moja najmłodsza córka Maria Jose? Ze łzami w oczach rzekła: Mamo, jeśli BÓG jest tak dobry i miłosierny, dlaczego zabiera nam tatę, skoro w swej wszechwiedzy musiał wiedzieć, że jego dzieci go tak bardzo pilnie potrzebują, przede wszystkim ja najmłodsza?

Odparłam: Zobacz, właśnie dlatego, że twój tata był tak dobrym człowiekiem, Bóg go wyróżnił i dał w prezencie najpiękniejszą i najwyższą

 

nagrodę, jaka tylko jest, a mianowicie NIEBO! A my, którzy kochamy go z całego serca, nie będziemy go opłakiwać i wołać za nim, skoro otrzymał tak wielkie wyróżnienie. Raczej powinniśmy w naszym smutku cieszyć się Z tego, że jest już w Sercu JEZUSA CHRYSTUSA i tam odpoczywa!

W czwartek, gdy byliśmy w drodze na pogrzeb, zadzwonili do mnie ludzie z Peru i donieśli mi, że uzgodnione spotkania w związku z moich świadectwem wiary mają już kompletną liczbę uczestników. Odpowiedziałam im: Nie mogę przybyć. Właśnie chowam mojego męża.

Pani Nancy Freud, wspaniała apostołka w Peru i kobieta, która cały swój majątek oddała na nową ewangelizację, prosiła mnie nieustannie, abym jednak przyjechała w sobotę, gdyż niemożliwością było odwołanie z niewielkim wyprzedzeniem tych wszystkich zaplanowanych już imprez. Poza tym zaproponowała mi zabranie moich dzieci w podróż, aby nie pozostawić ich w tej sytuacji samych. I wiecie, rzekłam po prostu do mojego JEZUSA: Jeśli chcesz, abym poleciała do Peru, to udziel mi łaski i siły do odbycia tej podróży razem z moimi dziećmi Poleciałam więc razem z nimi. Miały miejsce cudowne świadectwa wiary, ponieważ przez cały czas bardzo wyraźnie czułam, że Duch Święty prowadził mnie, towarzyszył mi i podsuwał mi właściwe słowa i zdania. A mój zmarły mąż otrzymał całkiem szczególny prezent, kiedy to podczas spotkania na dużym stadionie biskup wraz z dwunastoma księżmi sprawował Mszę św. Jaki cenny prezent dla mojego drogiego Fernanda!

Takie to nieoczekiwane wydarzenia świadczą nam nieustannie o nieskończonej Miłości Boga. Tego samego dnia w jasno beżowym spodnium złożyłam moje świadectwo w peruwiańskim programie telewizyjnym, którego urywki można obejrzeć w Internecie.

Tego samego dnia, gdy polecieliśmy do Peru, rozmawiałam z osobą, która mnie zaprosiła na maryjne spotkanie do Meksyku, a dokładniej mówiąc do Cancun, aby także i tę panią powiadomić, że nie mogę dotrzymać ustalonego terminu. Ta pani jednakże poczęła lamentować i błagała mnie: Boże, tylko nie to. Proszę nie! Biskup wygłosi na tym spotkaniu przemówienie. Planowaliśmy, że zaraz po tym pani złoży swe świadectwo. Z tą nagłą odmową, gdy pozostało mniej niż 10 dni do naszej imprezy, niemożliwością jest odwołanie wszystkiego. Wszystkie pomieszczenia zostały wynajęte na umowę. Proszę, niech pani przybędzie razem z dziećmi. Ulokuję was wszystkich w hotelu i pokryję koszty pobytu. Jesteście moimi gośćmi.

Opowiedziałam o tym wszystkim moim dzieciom i powiedziałam do nich: Popatrzcie, jak wspaniały i dobry jest nasz Pan Bóg, że mimo naszej uszczuplonej sytuacji finansowej -1 to nie jest zarzut, ani też nie chcę być niewdzięczna, gdyż zawsze błogosławił mnie łaskami, tak że miałam dość

 

pracy, by zarobić na utrzymanie mojej rodziny - możemy się tam udać. Ale faktem jest, że moimi skromnymi środkami nigdy nie mogłabym sobie pozwolić na spędzenie z wami wakacji w Cancun.

Mimo żałoby i bólu były to wspaniałe dni, które mogłam z moimi dziećmi spędzić w Meksyku, gdzie dane mi było złożyć świadectwo przed wieloma osobami i w ten sposób mimo żałoby dotrzymać terminu, zaplanowanego jeszcze przed śmiercią męża.

Kontynuowałam składanie świadectwa wspierana przez „żołnierzy eucharystycznych" i przez Was wszystkich, drogie rodzeństwo w Panu, przez Waszą modlitwę.

Mój spowiednik i kierownik duchowy, ojciec Wilson z parafii Świętego Krzyża (Santa Cruz) w Bogocie wezwał mnie jednakże do odwołania moich zaplanowanych przemówień. Otrzymałam od niego jedynie pozwolenie na złożenie mego świadectwa w Kalifornii i Europie. Pozostałych zaplanowanych wykładów musiałam po prostu zaniechać. Było mi bardzo przykro i wstydziłam się, że posłuszna mojemu spowiednikowi nie mogłam przybyć na spotkania, jak na to w Meksyku, gdzie wszystko było już zorganizowane i potrzebne pomieszczenia były wynajęte, i poszczególni biskupi wydali swoją zgodę. Mój duchowy kierownik o. Wilson upomniał mnie w następujący sposób: Wcześniej mogłaś bez problemów i ze spokojem jeździć do każdego zakątka ziemi, gdyż twój mąż pozostawał z waszymi dziećmi; ale teraz nie jest to już możliwe z racji twej rodzicielskiej odpowiedzialności jako matki samotnie wychowującej. Nie możesz ot tak pozostawić swoich dzieci samych.

Musicie wiedzieć i nie możecie sobie wyobrazić, jak wielkim bólem było to w moim sercu i do głębi wstrząsało moją duszą, ale posłuchałam tego polecenia w posłuszeństwie mojemu kierownikowi duchowemu, który z pewnością w swoim pełnomocnictwie jako kapłan Pana miał powody, by nałożyć na mnie ten obowiązek i dać mi ów zakaz.

Mój mąż był wspaniałym człowiekiem. Bez jego bezkompromisowego wsparcia i gotowości do poświęceń nie mogłabym podróżować do tylu krajów, by spełnić moje posłannictwo dane przez PANA.

Proszę Was wszystkich, którzy tak często chcecie dać mi coś w prezencie, módlcie się za moją rodzinę, moje dzieci i moich zmarłych członków rodziny — przede wszystkim również za mojego męża i zmarłego od uderzenia pioruna siostrzeńca, i w końcu też za mnie samą. Wasze modlitwy są dla mnie najpiękniejszym i najcenniejszym prezentem.

Bóg zapłać i dziękuję serdecznie za wszystko, szczególnie za modlitwę za mojego zmarłego męża, Luisa Fernanda RICO RAMIREZA, ur. 25 maja 1957, zm. 7 października 2006 r.

 

niniejsze świadectwo poruszyło Twoje serce,

to uczyń proszę wszystko,

aby dotarło ono także do Twego bliźniego,

aby i do niego dzięki Tobie mógł przemówić

nasz Zbawiciel, Jezus Chrystus, w swojej nieskończonej Miłości i niezmierzonym Miłosierdziu.

Niech Dobry Bóg Ci w tym błogosławi!

Dozwolone jest rozpowszechnianie, kopiowanie i używanie tekstu dla sprawozdań, czasopism, gazet, telewizji i radia jak i Internetu przy spełnieniu następujących warunków:

1) Treść nie może być skracana ani zmieniana - zdania nie mogą być wyrywane z kontekstu. W przypadku przedruku własnych skrótów czy streszczeń świadectwa należy uprzednio skontaktować się z yishana@wp.pl

2) Nie jest dozwolona sprzedaż i dzierżawa w celach komercyjnych tekstu lub jego części, zdjęć, nagrań video i audio. Ponadto wyraźnie musi zostać podane źródło tekstu: www.gloriapolo.net

3) Świadectwo i jego przedruki mogą być rozpowszechniane jedynie bezpłatnie i używane w celach niekomercyjnych.

Na stronie www.gloriapolo.net można przejrzeć strony, które w wielu językach opisują historię pani Glorii Polo.

 

 

 

 

Oblicza z Manoppello –Prawdziwe Oblicze Chrystusa

23 września 2004 r. niemiecki dziennik D/e l/l/e/t opublikował reportaż pt. Prawdziwe Oblicze Chrystusa. Odnalezienie niezwykłej relikwii Zmartwychwstania?, napisany przez znanego niemieckiego dziennikarza Paula Baddego. Media włoskie przypomniały wtedy, że w 1963 r. św. o. Pio powiedział: Volto Santo w Manoppello to największy cud, jaki posiadamy"

W 2006 roku ukazała się książka Paula Baddego pt. Boskie Oblicze. Całun z Manoppello, która wprowadza czy­telnika w pasjonującą przygodę odkry­wania prawdy o niezwykłej relikwii Zmartwychwstania. Na welonie o wymia­rach 17 na 24 cm, oprawionym w srebrny relikwiarz, który jest wystawiony na widok publiczny w ołtarzu głównym kościoła w Manoppello, znajduje się wizerunek twarzy zmartwychwstającego Chrystusa.

Manoppello jest pięciotysięcznym mia­steczkiem włoskim, leżącym w Abruzji, w odległości 30 km od Pescary. W pobliżu znajduje się słynne sanktuarium Cudu Eucharystycznego w Lanciano.

Obraz nie namalowany ludzką ręką

Od 20 lat wielu wybitnych naukowców podejmowało się trudu wszechstronnych badań tajemniczej relikwii Oblicza Chry­stusa z Manoppello. Ich wyniki stwierdzają, że obraz ten powstał w niewytłumaczalny dla nauki sposób. Na pewno nie został namalowany ludzką ręką, podobnie jak cudowny obraz Matki Bożej z Guadalupe w Meksyku czy wizerunek martwego ciała Chrystusa na Całunie Turyńskim.

Najnowsze techniki badawcze zasto­sowane do analizy Całunu Turyńskiego zostały również wykorzystane przy bada­niu welonu z Manoppello. Wyniki tych wszystkich ekspertyz jednoznacznie wska­zują, że współczesna nauka nie jest w sta­nie stwierdzić, w jaki sposób powstał obraz i skąd pochodzą te tajemnicze kolory, które sprawiają, że obraz Świętego Obli­cza fascynuje swoim pięknem i promie­niuje życiem.

Profesor Danto Yittore podczas swo­ich analiz zastosował skaner cyfrowy o bardzo wysokiej rozdzielczości. Pozwo­liło mu to na ustalenie, że pomiędzy włók­nami badanej tkaniny nie ma żadnych zalegających kolorów. W powiększeniu mikroskopowym wyraźnie widać, że na materiale nie ma najmniejszych nawet śla­dów farby. Gdyby zaś obraz został nama­lowany farbą olejną, z całą pewnością zalegałaby ona w wolnych przestrzeniach pomiędzy nićmi. Zostało także wyklu­czone, że obraz był malowany techniką akwarelową, ponieważ kontury, rysy oczu i ust są tak precyzyjnie czyste, że jest nie­możliwe namalowanie ich w ten sposób.

Najbardziej zadziwiającą cechą Oblicza z Manoppello jest przezro­czystość płótna oraz fakt, że obraz jest doskonale widoczny zarówno z jednej,

jak i drugiej strony - niczym na prze­źroczu. Nie ma na nim żadnych pig­mentów. Jest to niewątpliwie unikat w skali światowej. Dodatkową cechą obrazu z Manoppello jest jego zmienność, gdyż przy różnym świetle przyjmuje on inny wygląd. Wraz ze zmieniającym się oświetleniem zmienia się obraz, tak jakby żył. Jeśli patrzy się nań pod jasne światło, jest niewidoczny, ponieważ staje się przeźroczysty. W tym niezwykłym wizerunku twarzy są pewne właściwo­ści obrazu, fotografii, hologramu - ale nie jest to ani obraz, ani fotografia, ani hologram. Cienie na portrecie są sub­telniej sze, niż potrafiliby je namalować najwięksi geniusze malarstwa. Odbicie twarzy wykazuje wiele niewytłumaczal­nych zjawisk, które sprawiają, że nauka stoi przed wielką tajemnicą. >

Całun z_Manop_pello

Chrześcijaństwo to nie forma kultury, ideologia albo jakiś system wzniosłych zasad czy wartości. Chrześcijaństwo to Osoba. Chrześcijaństwo to Obecność. Chrześcijaństwo to Oblicze: Jezus Chrystus!'

(Jan Pawel II, Berno, 4.06.2004 r,

W świetle jarzeniówek delikatny Całun przybiera barwę miodowozłotaj wygląda dokładnie tak, jak trzynastowieczna mistyczka Gertruda z Helfty opisywała oblicze Chrystusa, oglądając w widze­niu Chustę Weroniki. Jedynie w jasnym świetle delikatny Całun ukazuje trójwy­miarowe oblicze, prawie holograficzne. Płótno jest tak delikatne, że wydaje się, iż po złożeniu można by je zmieścić w sko­rupce orzecha. Profesor Yittori z uniwer­sytetu w Bari i prof. Fanti z uniwersytetu w Bolonii w trakcie analiz mikroskopo­wych potwierdzili, że na Całunie nie ma śladów farby. Jedynie w miejscu źre­nic włókna wydają się jakby przypalone przez działanie wysokiej temperatury.

Lekarze twierdzą, że z wyglądu źrenic Oblicza z Manoppello wynika, że Człowiek ten miał krwotok mózgowy. Jego uzębienie jest charakterystyczne dla ludzi żyjących w Palestynie w czasach Chrystusa.

Badania naukowe potwierdzają, że obraz Boskiego Oblicza z Manoppello nie mógł być namalowany przez człowieka. Jest więc on, jak mówi tradycja, acheiropoietos -czyli nie namalowany ludzką ręką.

Najdroższa tkanina

Święte Oblicze z Manoppello jest zadzi­wiającym wizerunkiem, który został utrwa­lony na drogocennej, antycznej tkaninie. Jedynie małe jej kawałki zachowały się do naszych czasów. Jest to bisior, nazywany morskim jedwabiem, który był najdroższą tkaniną w starożytności. Najstarsze frag­menty tego drogocennego płótna, które się

zachowały do naszych czasów, pochodzą z IV w. Z technicznego punktu widzenia jest niemożliwe namalowanie czegokol­wiek na morskim jedwabiu.

Strukturę tego płótna badał prof. Giu-lio Fanti, który stwierdził, że mamy do czynienia z bardzo cienkim materia­łem, utkanym z nici o średnim przekroju 120 mikronów. Jest on cieńszy od nylonu, syntetycznego włókna wyprodukowa­nego po raz pierwszy w 1945 r. Spo­sób tkania jest tradycyjny, a więc prosty i nieregularny. Istnieją puste przestrze­nie pomiędzy nićmi, o wielkości od 150 do 350 mikronów. Tkanina jest prze-

zroczysta i dlatego określana jest jako welon. W wolnych przestrzeniach pomię­dzy nićmi brak jakichkolwiek pigmentów czy innych materiałów. Trzeba podkre­ślić rzecz wyjątkową, a mianowicie fakt, że przestrzenna tonalność kolorów nie­znanego pochodzenia wynosi tu 0,5 mili­metra, natomiast na Całunie Turyńskim jeden centymetr.

Badania naukowe Całunu z Mano­ppello przeprowadzone przez prof. L. Por-toghesi, która jest specjalistką od tkanin z pierwszego wieku, stwierdzają, że mamy do czynienia z bisiorem - czyli z naj­droższym antycznym materiałem.

 Profe-sor Chiara Vigo zaś, największa światowa znawczyni płócien wytwarzanych z bisioru, po dokładnych badaniach welonu z Manoppello stwierdziła, że jest to bisior morski, a więc tkanina powstała z jedwabi­stych nici, które wytwarzaj ą małże morskie Pinna nobilis. Te niezwykle cenne tka­niny wytwarzano w czasach antycznych. Obecnie tylko na wyspie Sant' Antioco koło Sardynii jest jedyne miejsce na świe­cie, gdzie produkuje się niewielkie ilości bisioru. Z jednej morskiej muszli Pinna nobilis można uzyskać tylko do 2 gramów włókna. Profesor Vigo twierdzi, że jedynie bisior może być tak przezroczysty i deli­katny jak Chusta z Manoppello i równo­cześnie ogniotrwały jak azbest. Nikt z ludzi nie jest w stanie na tego rodzaju materiale czegokolwiek namalować, a tym bardziej tak perfekcyjnego obrazu, jaki znajduje się w Manoppello. Bisior można namoczyć, ale absolutnie nie da się na nim malować -na tak cieniuteńką tkaninę po prostu nie da się nanieść żadnej farby.

Paul Badde podkreśla, że „w prawej źrenicy tęczówkajestwyraźnieprzesunięta w górę, co nie byłoby możliwe na zdjęciu. Obraz nie jest hologramem, który tak bar­dzo przypomina, gdy patrzymy na niego pod światło. Przez płótno przebiegają cha­rakterystyczne zagięcia, tak jakby Całun był przez długi czas złożony: raz wzdłuż i dwa razy w poprzek. Kolory oscylują w świetle pomiędzy umbrą, sjeną, sre­brem, łupkiem, miedzią, brązem i złotem; wydaje się, że powstają tak jak na skrzyd­łach motyla, ponieważ pod mikroskopem nie widać na materiale żadnych śladów farby, a w padającym od tyłu świetle staje się on przezroczysty jak szkło; znikają też wtedy ślady zagięć. Tego rodzaju zja­wisko można zaobserwować wyłącznie na bisiorze (morskim jedwabiu) - najcen­niejszej tkaninie starożytnego świata (...). Pod światło płótno staje się zupełnie prze­zroczyste, podczas gdy w cieniu wydaje się grafitowoszare".

Kiedy w Bazylice św. Piotra Mar­cin Luter po raz pierwszy zobaczył przez chwilę ten całun, określany wtedy jako Chusta św. Weroniki, najpraw­dopodobniej widział go pod światło i dlatego nie mógł zobaczyć żadnego obrazu. Swoje rozgoryczenie wyraził w dosadnym stwierdzeniu: „Utrzymują, że na Chuście Weroniki jest utrwalone prawdziwe Oblicze naszego Pana. Tym­czasem jest to kawałek jasnego lnu, który podnoszą w górę. A biedni prostaczkowie nie widzą nic poza kawałkiem jasnego

lnu na czarnej desce". Luter poprzestał na pierwszym wrażeniu, nie podszedł bli­żej, aby się upewnić. Zbieranie argumen­tów przeciwko papiestwu, zawód i różne uprzedzenia zamknęły Lutra na poznanie całej prawdy i sprawiły, że nazwał Chustę Weroniki „diabelskim oszustwem rzym­skich papieży".

Ta sama Osoba

W dziesiątym tomie prywatnych obja­wień znanej włoskiej mistyczki Marii Yaltorty (wszystkie jej pisma zostały wydane drukiem na polecenie papieża Piusa XII) 22 lutego 1942 r. zostały zapi­sane następujące słowa, które powiedział jej Jezus: „Chusta Weroniki jest bodź­cem dla waszych sceptycznych dusz. Wy, racjonaliści, oziębli, chwiejący się w wierze, którzy przeprowadzacie bez­duszne badania, porównajcie odbicie twarzy na Chuście z odbiciem na Cału­nie. To pierwsze jest Twarzą Żyjącego, to drugiego Zmarłego. Jednak długość, szerokość, cechy somatyczne, kształt, charakterystyka są takie same. Nałóż­cie na siebie te dwa odbicia. Zobaczy­cie, że sobie odpowiadają. To Ja jestem. Pragnę przypomnieć wam, kim byłem i kim się stałem z miłości do was. Aby­ście się nie zagubili, nie stali się śle­pymi, powinny wam wystarczyć te dwa odbicia, aby doprowadzić was do miło­ści, do nawrócenia, do Boga" (Maria Yaltorta: L'Evangelo come mi e stato rivelato, Centro Editoriale Yaltoriano, 2003,s.414).

Wieloletnie badania Całunu z Manop­pello, które zainicjowała przed 20 laty specjalistka od ikon - zakonnica Blan-dina Paschalis Schlómer, zainteresowały innych naukowców i w efekcie dopro­wadziły do zaskakującego odkrycia, że martwe Oblicze z Całunu Turyńskiego i żyjąca Twarz z Manoppello to ta sama Osoba. Wizerunki tych dwóch twarzy dokładnie do siebie pasują, a więc te dwa obrazy przedstawiają tę samą Osobę. Nałożenie (suprapozycja) folii z obra­zem Twarzy z Manoppello na Twarz z Całunu jest graficzno-matematycz-nym dowodem na to, że mamy do czy­nienia z tą samą Osobą. Z naukowego punktu widzenia nie ma żadnych wąt­pliwości, że obydwa oblicza - z Całunu i z Manoppello - w 100% odpowiadają sobie w strukturze i wymiarach. Zgodność jest tak wyjątkowa, że trzeba tu mówić o matematycznym dowodzie.

Obraz Chrystusa nad głównym ołtarzem kościoła w Manoppello

Wizerunek martwego ciała na Ca­łunie Turyńskim i Boskie Oblicze z Ma­noppello są niewątpliwie największymi cudami na świecie. Z naukowego punktu widzenia wizerunki te nie miały prawa zaistnieć. W całym świecie nie ma takiego obrazu, który swymi właściwościami mógłby chociażby w minimalnym stop­niu równać się z tymi dwoma.

Dając nam swój wizerunek na Całunie Turyńskim i odbicie swojej twarzy na Cału­nie z Manoppello, Chrystus wzywa nas wszystkich do nawrócenia, do nawiązania z Nim osobistego kontaktu w sakramen­tach pokuty i Eucharystii oraz w codzien­nej, wytrwałej modlitwie. Musimy zarazem stale pamiętać o tym, iż: „Chrześcijań­stwo to nie forma kultury, ideologia albo jakiś system wzniosłych zasad czy wartości. Chrześcijaństwo to Osoba. Chrześcijaństwo to Obecność. Chrześ­cijaństwo to Oblicze: Jezus Chrystus!" (Jan Paweł II, Berno, 4.06.2004 r.).

 

   Świadectwo- Jezus Chrystus wyciąga rękę do grzesznika.

 

W  PROMIENIACH   BOŻEGO  MIŁOSIERDZIA

 

Byłem  człowiekiem  zaślepionym  materializmem  ,  zadufanym  w  sobie , pełnym pychy . Zajmowałem  się handlem . Wiedziałem jak pozyskać  klientów , jak  im  dobrze sprzedać  towar, jak zarobić .Coraz  więcej  pieniędzy przynosiłem  do domu. Żona  skrzętnie odkładała na konta , które  szybko  rosły. By  zabić  w  sobie uczucie nicości  i  pustki  piłem  dużo alkoholu  i  obrastałem w dobra materialne. Podczas  handlu  zapominałem o wszystkim. Nie  miałem czasu  na  nic:  na  jedzenie  ,  na odpoczynek ...  Przyjeżdżałem  do  domu , piłem piwo , wino , wódkę ,  jadłem co  było  i  szedłem  spać . Resztą  zajmowała się żona .  Dom   dla mnie  był  hotelem . szatan  wciągał  mnie  w  wir  materializmu . 

Z  czasem  zacząłem  odczuwać  potrzebę  oderwania  się  od  tego  sposobu życia , ale  nie wiedziałem  jak . Niespodziewanie  dla  mnie samego  poczułem  potrzebę  kontaktu  z  Bogiem . Zły  wyczuł  ten  moment , chciał  przeszkodzić , dając  jeszcze  więcej  pieniędzy  i  dóbr  materialnych  . Pewnego  razu  pijąc  wódkę , pełen  buty , szczyciłem  się  swoimi  zdolnościami  zarabiania  pieniędzy . Mówiłem:  -- załatwię  wam  wszystko , trzeba  tylko  odpowiedniej  ilości  pieniędzy .  Nie  wiedziałem, że  jeszcze tej  nocy stanę  na  krawędzi  między  życiem  a  śmiercią . Nagle serce  stało się  jak  kamień , trupio blady  leżałem na  tapczanie . Żona  wystraszona  dzwoniła  po  pogotowie , a  ja  powtarzałem  tylko dwa imiona : JEZUS , MARYJA . Na  wpół  żywy  widziałem  złego ducha , który  przyszedł  po  swoją  zdobycz . Ale   się   przeliczył  . JEZUS  i  MARYJA  pomogli ,  ulitowali  się  nad  grzesznikiem .  Serce  coraz  mocniej  zaczęło  bić ,  tylko   już  innym  rytmem  -- otwartym  na  JEZUSA   i   MARYJĘ  .  Wziąłem  do  ręki  różaniec .

Już  od  czasów   studenckich  interesowałem  się  obroną  dzieci  poczętych . Postanowiłem , że  zanim  przejdę  na  tamtą  stronę , będę  ratował  te , które  są  najbardziej  zagrożone, dzieci  poczęte , bo  tam , gdzie  powinny  być  najbezpieczniejsze , w  łonach  matek , dosięga  je  śmierć  z  ręki  pseudolekarza  --  kata  , który  za  srebrniki  zabija . Uderzyłem  słowem , pisałem  do  tych  miejsc , gdzie  niszczone  jest  życie . Wiedziałem , że  chociażby  jeden  poniechał  morderstwa ,  to  już  jest  zwycięstwo . Z  powodu  podjętej  walki  spotkało  mnie  wiele  przykrości  i obelg  . Pan   Bóg  pokrzepił  mnie ,    obdarowując  mnie  łaską   Miłosierdzia  Bożego .

        Dnia   11   stycznia   1996  roku   o  godzinie   6:30  wszedłem  do  kościoła , skierowałem  wzrok  na   obraz   Jezusa  Miłosiernego ,  usłyszałem  głos  :,, WEJDŹĆ   W   PROMIENIE”. Powiedziałem  :  „Idę”  .  I  stało  się  coś  niepojętego . Z  SERCA   JEZUSOWEGO   wyszły   promienie  o  jasności ,  jakiej  nigdy  nie  widziałem. Byłem  zanurzony  w  nich  całkowicie . Rozpaliły  moją  dusze  i  ciało . Widziałem , że  stoję  rozpalony  do  białości  jak   metalu  wrzucony  do  buchającego  ogniem  pieca . 

Grzech  i  zło  spalały  jak  strzępy  szmat  ,  dorywając  się  od  mojej  duszy  .  Stałem  przed   SERCEM   JEZUSA   MIŁOSIERNEGO  ,  trwała   Msza  św. ,  a  ja  zanurzony  byłem   w   Promieniach   Miłosierdzia  Bożego  .  Uświadomiłem  sobie , jak  Jezus  każdego  z  nas   kocha  jak  pragnie , byśmy  się  spotkali  z  Nim  tu ,  na  ziemi , biorąc  Go  do  serca , a później   w  Ojczyźnie  Niebieskiej  u  Boga  Ojca .

       Podczas   podniesienia  cudowne  zjawisko  ustało  i  poszedłem  do  Komunii  Świętej . Przyjąłem  Jezusa   do   swojego  serca  i  stałem  się  bardzo  szczęśliwy .

Obecnie  całą  rodziną  należymy  do  wspólnoty  Kościoła  Domowego , która  powstała  cztery  lata  temu  . Cieszę  się ,  że  mogę  spotykać  się  z  ludźmi , którzy  szukają  i  kochają  Boga . Jeździmy   na  rekolekcje , spotykamy  ciekawych  ludzi  Świadczących  o  Bogu . Życie  moje  odmieniło  się  zupełnie ,  alkohol  już  nie  jest  problemem ,  gdyż  otrzymałem   łaskę  abstynencji . Jestem  stałym  członkiem  Krucjaty  Wyzwolenia   Człowieka .

      W  obecnym  czasie  jest  tak  dużo  ludzi  zagubionych  ,  świat  narzuca  szalone  tempo  i  tylko  otwarcie  się  na  Boga  i  zaufanie  Jego  Miłosiernej  Miłości  , pozwoli  nam  żyć  w  spokoju  ducha .  On -  Miłosierny  Ojciec -  weźmie  nas  za   rękę  i   poprowadzi . Tylko  musimy  Mu  zaufać . To  On  jest  Królem  Wszechświata  .  To   On  dał  nam  swojego  Syna  Jezusa  Chrystusa , który  cierpiał  za   każdego  z  nas , za  każdego  z  nas  zapłacił  Swoją  Najświętszą    Krwią .   CZYŻ   MOŻE   BYĆ    WIĘKSZA   MIŁOŚĆ  ?  NIE  MA   WIĘKSZEJ   MIŁOŚCI  

 

        SZCZĘŚĆ  BOŻE  .  CHWAŁA  PANU  !

 

Zobaczcie co się dzieje z człowiekiem ateistą , gdy umiera . Ten miał szczęście że zaczął  się modlić i zaufał  JEZUSOWI CHRYSTUSOWI  MIŁOSIERNEMU BOGU.

Bogu dziękuję za to świadectwo i temu człowiekowi że się nie boi o tym mówić.

 

Howard Storm urodził się
w 1946 r. w stanie Massachusetts.
Przez 20 lat był profesorem
sztuki na Uniwersytecie
Northern Kentucky. Jako ateista
był przekonany, ze śmierć jest
definitywnym końcem istnienia
człowieka. Jego ateizm prysł jak
bańka mydlana po doświadczeniu
ciężkiej choroby i śmierci klinicznej
podczas wakacyjnego pobytu
w Paryżu w 1985 r. Największa
telewizja katolicka na świecie
EWTN wiosną 2003 r. wielokrotnie
powtarzała wywiad z prof.
Howardem Stormem.
W obliczu cierpienia i śmierci.
Latem 1985 r. prof. Howard Storm razem ze swoją żoną i grupą studentów przebywał w Europie, zwiedzając najważniejsze centra sztuki. Ostatnim etapem ich podróży był Paryż. W przeddzień odlotu do USA zwiedzali wystawę sztuki współczesnej w centrum Georges'a Pompidou.
Było to dla nich jedno z najważniejszych wydarzeń podczas europejskiej podróży. Następnego dnia rano Howard Storm poczuł przeszywający ból żołądka, jakby został ugodzony pociskiem. Było to tak wielkie cierpienie, że nie mógł powstrzymać się i dosłownie wył z bólu. Wezwany lekarz stwierdził przebicie dwunastnicy, dał zastrzyk morfiny w celu uśmierzenia bólu i skierował na natychmiastową operację.
Po przewiezieniu do szpitala prześwietlenie wykazało, że w dwunastnicy jest duży otwór spowodowany najprawdopodobniej przez wrzody. Aby zapobiec śmierci, konieczna była natychmiastowa operacja. W miarę upływu czasu morfina przestawała działać. Oczekując na operację, prof. Storm intuicyjnie czuł, że są to ostatnie chwile jego życia. Rozpaczliwie prosił o pomoc personel szpitala. Ponieważ był to czas wakacji i wielu lekarzy przebywało na urlopach, Storm musiał czekać na operację kilkanaście godzin. W doświadczeniu porażającego bólu minuty wydawały mu się tak długie jak godziny. Był zrozpaczony brakiem zainteresowania i obojętnością personelu. Stawiał sobie pytania, co stanie się z jego żoną i dwójką dzieci, z jego obrazami, domem, ogrodem i wszystkimi drogimi mu rzeczami, jeżeli umrze. Myśl o śmierci przerażała go, miał dopiero 38 lat i był dobrze zapowiadającym się artystą. Za wszelką cenę chciał żyć, ale gwałtownie traciłsiły, z wielkim trudem mógł oddychać, podnieść głowę i coś powiedzieć. Po 10 godzinach pobytu w szpitalu pielęgniarka powiadomiła go, że chirurg poszedł do domu i operacja może się odbyć dopiero następnego dnia rano. Ta informacja była dla Storma jak wyrok śmierci. Wiedział, że do tego czasu nie przeżyje. Ze łzami w oczach pożegnał się ze swoją żoną, mówiąc, że bardzo ją kocha. Objęła go swoimi ramionami i szlochając, całowała. Storm był pewny, że śmierć jest końcem świadomości i istnienia człowieka. Nie wierzył w istnienie Boga, a tym bardziej w niebo, czyściec i piekło.
Przedsmak śmierci.
Zmiażdżony ogromem cierpienia, Storm zamknął oczy i powoli zaczęła ogarniać go przerażająca ciemność; czuł, że zapada się w otchłań unicestwienia. W pewnym momencie ze zdziwieniem stwierdził, że jednak dalej żyje i posiada wyjątkowo klarowną samoświadomość oraz percepcję otaczającej go rzeczywistości. Był świadomy swoich problemów z żołądkiem, jednak nie odczuwał już bólu, miał tylko żywą o nim pamięć. Ze zdziwieniem zorientował się, że stoi obok swojego łóżka w sali szpitalnej i widzi leżące nieruchomo własne ciało. Obok siedziała z pochyloną głową jego żona, Beverly. Pragnął za wszelką cenę skomunikować się z nią, jednak bezskutecznie, gdyż w ogóle nie reagowała, tylko siedziała nieruchomo, wpatrując się w podłogę. Sala szpitalna wydawała mu się jaskrawo oświetlona, wszystko widział w najdrobniejszych szczegółach i jak nigdy dotąd, niezwykle ostro i jasno. Był bardzo zirytowany, że nie mógł nawiązać kontaktu ze swoją żoną. W pewnym momencie usłyszał głosy: Wyjdź stąd natychmiast. Pospiesz się. Czekamy tu na ciebie od dawna, aby ci pomóc. Czuł, że jeśli opuści ten pokój, to nigdy już do niego nie wróci. Tajemnicze głosy nalegały: Nie będziemy w stanie ci pomóc, jeżeli stąd nie wyjdziesz. Postanowił ich posłuchać. Miał wrażenie, że znalazł się w czymś na podobieństwo ogromnego zamglonego holu, który podświadomie budził lęk. Nie widział szczegółów, ale wydawało mu się, że przemierza jakąś tajemniczą przestrzeń. Zobaczył w dużej odległości niewyraźne postacie przypominające ludzi. Byli bladzi, a ich ubrania miały szary kolor. Pragnął zbliżyć się do nich, ale okazało to się niemożliwe, gdyż nieustannie oddalali się od niego. Zdawał sobie sprawę, że natychmiast musi się poddać operacji i że ci ludzie są dla niego jedyną nadzieją. Nieustannie powtarzali oni, że jeżeli pójdzie z nimi, to wtedy znikną wszystkie jego problemy. W miarę upływu czasu ciemności pogłębiały się, a liczba krążących wokół niego złowrogich postaci byłacoraz większa. Ich obecność napełniała go rosnącym przerażeniem, gdyż emanowały nienawiścią, podstępem i kłamstwem. Storm, oglądając się za siebie, widział w odległości jakby kilku mil swoje ciało leżące na łóżku szpitalnym i siedzącą obok żonę. Odniósł dziwne wrażenie, że dla niego czas się skończył, a to, czego doświadcza, nie jest jakimś koszmarnym snem, lecz pełną grozy rzeczywistością. Tajemnicze postacie, które go otaczały i prowadziły do nieznanego mu celu, zaczęły wypowiadać straszne przekleństwa i obelgi pod jego adresem. Mówiły z szyderczym uśmiechem, że już niedługo dotrą na miejsce. Howard zorientował się, że przebywa w przerażającym, pełnym grozy otoczeniu. Uświadomił sobie beznadziejność sytuacji, w jakiej się znalazł. Postacie z bliska miały straszny wygląd. Stawały się coraz bardziej agresywne, wśród bluźnierstw i przekleństw poddawały go najrozmaitszym torturom. Istoty te były całkowicie pozbawione współczucia, opanowane żądzą nienawiści i nieokiełznanego okrucieństwa. Storm zrozumiał, że to są ludzie potępieni, którzy w czasie życia na ziemi odrzucili i znienawidzili Boga, stając się stuprocentowymi egoistami. Bezskutecznie próbował przed nimi się bronić, ale wywoływało to z ich strony jeszcze większą agresję i szyderstwa. Dla Storma była to sytu-
acja makabrycznego wprost cierpienia i przerażającej beznadziei, jakich jeszcze nigdy dotąd nie doświadczył. W pewnym momencie usłyszał wewnętrzny głos, wzywający go do modlitwy, do prośby do Boga o pomoc. Początkowo odrzucał tę myśl, ale wezwanie do modlitwy stawało się coraz bardziej naglące. Storm nie modlił się przez całe swoje dorosłe życie i dlatego nie wiedział, jak to się robi. Przypomniał sobie jednak fragmenty modlitwy Ojcze nasz oraz inne proste formuły z czasów dzieciństwa i zaczął je powtarzać. Ku swojemu zdziwieniu zauważył, że gdy nieporadnie próbował się modlić, odrażające postacie zaczęły w popłochu uciekać. Krzyczały z wielką wściekłością, że niepotrzebnie się modli, bo i tak go nikt nie usłyszy, gdyż Bóg nie istnieje. Straszyły, że dopiero teraz się z nim rozprawią, wypowiadając przy tym straszne bluźnierstwa pod adresem Boga i Matki Najświętszej. Storm nieustannie powtarzał słowa modlitwy i doświadczał jej wielkiej mocy, widząc, z jaką wściekłością złe duchy w popłochu uciekały od niego. Zrozumiał, że gdyby przestał zwracać się do Jezusa, natychmiast by wróciły i wtedy na nowo rozpocząłby się koszmar duchowej męczarni, która w swoim okrucieństwie była tak straszna, że w porównaniu z nią cierpienie fizyczne, jakiego doświadczył w szpitalu, było nikłe.

Sąd nad sobą.
Kiedy Storm powtarzał słowa modlitwy, ujrzał siebie w prawdzie i ocenił, co w minionym życiu było dobre, a co złe. Uświadomił sobie, że przez całe ziemskie życie stawiał pomnik największemu bożkowi, jakim był jego egoizm. Całkowicie skoncentrowany na sobie, za wszelką cenę chciał stać się sławny i pragnął, aby jego obrazy były oglądane i podziwiane przez ludzi na całym świecie. Teraz zrozumiał, że jego stosunek do rzeźb, obrazów, które posiadał w swojej kolekcji, a także do rodziny, domu był niewłaściwy i że cały system wartości, którym kierował się w życiu, był tylko przedłużeniem jego egoizmu. To właśnie skoncentrowanie na sobie upodabniało go do tych odrażających istot, które wprowadziły go w rzeczywistość niewyobrażalnego cierpienia. Wszystko to, co do tej pory tak bardzo cenił i co nadawało sens jego życiu, teraz nie miało już żadnego znaczenia. Ogarnął go wielki wstyd i żal za dotychczasowy stosunek do Boga i ludzi. Wprawdzie nie był złodziejem, nikogo nie zamordował, respektował prawo i niepisane reguły cywilizowanego życia, ale to było za mało, aby żyć życiem godnym człowieka. Jego religią i normą życia był egoizm i bezwzględny indywidualizm, a współczucie dla innych znakiem słabości. Uświadomił sobie także, że przez całe życie nosił ukrytą złość i niechęć do przebaczenia własnemu ojcu oraz wrogość dosytuacji i rzeczy, których nie mógł kontrolować. Teraz był całkowicie bezradny i bezsilny. Zrozumiał, że niewiele już mu brakowało, aby stać się stuprocentowym egoistą, tak jak ci zionący nienawiścią potępieńcy, i dołączyć na całą wieczność do ich grona.
Światło nadziei.
Świadomość zmarnowanego życia spowodowała, że Howarda ogarnął przejmujący żal z powodu tego wszystkiego, co z własnej woli złego myślał i czynił, a co wynikało z jego egoizmu i jeszcze bardziej go pogłębiało. I właśnie wtedy usłyszał swój śpiew z czasów dzieciństwa. Był to nieustannie powtarzany refren: Jezus mnie kocha... da, da, da. Jako dziecko śpiewał tak często podczas zajęć w szkółce niedzielnej. W tej przerażającej ciemności, która go teraz otaczała, bardzo pragnął obecności kogoś, kto bezwarunkowo go kocha i zatroszczy się o niego. Śpiew Jezus mnie kocha stawał się jego modlitwą i największym pragnieniem całej jego istoty. Całym sobą czuł, że w tej beznadziejnej sytuacji miłość Jezusa jest dla niego jedynym ratunkiem i wybawieniem. Dzięki tej modlitwie zaczęło budzić się w nim światło nadziei. Po raz pierwszy w swoim dorosłym życiu pragnął gorąco, aby okazało się prawdą, że Jezus go kocha, i dlatego zaczął całym sobą wołać: Wybaw mnie, Jezu! W pewnym momencie zauważył w otaczającej
„Miłosierdzie Boże
dosięga nieraz grzesznika w ostatniej chwili, w sposób dziwny i tajemniczy. (...) Dusza, oświecona promieniem silnej łaski Bożej ostatecznej, zwraca się do Boga w ostatnim momencie z taką siłą miłości, że w jednej chwili otrzymuje od Boga przebaczenie win i kar. O, jak niezbadane jest miłosierdzie Boże..." (Dz 1698)

go ciemności maleńkie światełko, jakby ledwie widocznej gwiazdy, która powoli stawała się coraz jaśniejsza i większa. Sprawiała wrażenie, że zbliża się do niego z wielką prędkością. Zafascynowany jej blaskiem nie mógł od niej oderwać wzroku. Światło to było jaśniejsze od słońca czy błyskawicy i piękniejsze od czegokolwiek, co do tej pory widział. Kiedy do niego dotarło, zorientował się, że nie jest to żadna gwiazda, tylko żywa Osoba, która emanuje niesamowitym światłemmiłości. To był zmartwychwstały Jezus Chrystus, Zbawiciel i Pan całego wszechświata. Howard Storm został ogarnięty Jego miłością. W jej świetle ujrzał ogrom swoich grzechów, całe zło spowodowane przez jego ateizm, ale pomimo bólu wynikającego z prawdy o sobie, czuł, że jako marnotrawny syn jest kochany miłością, która przebacza wszystkie grzechy, leczy największe rany i przywraca utraconą godność dziecka Bożego. Zrozumiał, że jedynym koniecznym warunkiem, aby to mogło się stać, jest ufność i zgoda człowieka, aby Chrystus mógł go kochać i uzdrawiać. Howard doświadczył miłości i miłosierdzia Boga w sposób tak intensywny, że nie znalazł w ogóle słów i porównań, aby swoje przeżycie wyrazić ludzkim językiem. Płakał ze szczęścia i z żalu za grzechy. Czuł się kochany, akceptowany mimo swoich licznych grzechów. Jezus Chrystus wziął go w swoje ramiona, aby go przenieść z tej mrocznej i budzącej grozę rzeczywistości, która prowadziła wprost do piekła. Storm miał wrażenie, jakby Zbawiciel pokonał nieskończony dystans oddzielający światło od ciemności, miłość od nienawiści, prawdę od kłamstwa, wolność od całkowitego zniewolenia. W tej nowej, niewyobrażalnie pięknej rzeczywistości, w której życie jest miłością, Storm czuł się bardzo onieśmielony i zawstydzony stanem swojego człowieczeństwa. Czuł się w obliczu świętości Boga jak ohydna szmata, którą trzeba wyrzucić do śmieci. Wiele razy w swoim życiu nie tylko zaprzecza], ale i drwił z prawdy, że Bóg istnieje i jest Miłością. Tysiące razy używał imienia Boga jako przekleństwa. Chciał być jedynym centrum całego wszechświata i samemu decydować o tym, co jest dobre, a co złe, kierując się jedynie egoizmem. Mając świadomość tych oraz innych, popełnionych przez siebie grzechów, pomyślał, że znalazł się tu przez pomyłkę. I wtedy usłyszał słowa Jezusa kierowane bezpośrednio do jego umysłu: To nie jest pomyłka, właśnie tutaj ma być twoje miejsce. Musisz się jeszcze przygotować, dojrzeć i oczyścić. Na prośbę Jezusa pojawiły się jasne istoty, promieniujące radością i miłością. Były to duchy czyste, anioły, które komunikowały się przez bezpośrednie przekazywanie myśli. Cokolwiek Storm pomyślał, one natychmiast o tym wiedziały. Jego bezpośredni opiekun, Anioł Stróż, oznajmił mu, że musi wrócić do ziemskiego życia, że nie jest jeszcze gotowy, aby przejść do wieczności. Uświadomił mu również, że Pan Bóg obdarzył wszystkich ludzi zdolnością do przyjęcia lub odrzucenia Jego miłości, która jest całkowicie wolnym i bezinteresownym darem, dlatego może być tylko przyjmowana w całkowitej wolności, przez ufną i szczerą modlitwę.
Z tego powodu właśnie ludzie powinni się dużo modlić. Anioł Stróż tłumaczył również Stormowi, żeby kochając, nie oczekiwał jakiejś nagrody lub innych korzyści, tylko pragnął jednego - by w całkowitej wolności akceptował i wypełniał Bożą wolę, bo tylko w ten sposób będzie stawał się dzieckiem Boga i szedł najprostszą drogą do nieba.
Całkiem nowe życie.
Kiedy Anioł Stróż skończył mówić, Howard zorientował się, że leży w łóżku i jest już po operacji, a pielęgniarka przemywa ranę pooperacyjną na jego brzuchu ciepłą wodą z mydłem.
To doświadczenie z pogranicza śmierci całkowicie zmieniło Storma, całą jego dotychczasową hierarchię wartości i sposób myślenia. Z ateisty stał się człowiekiem żywej wiary i modlitwy. Do dnia dzisiejszego Howard Storm nieustannie daje świadectwo, że tylko ufając i wierząc Bogu, człowiek staje się rzeczywiście wolnym i zdolnym do bezinteresownej miłości, i że tylko wtedy, gdy jednoczy się z Bogiem przez wiarę, która działa przez miłość, człowiek osiąga prawdziwe szczęście, staje się świętym, a więc idzie drogą, która prowadzi prosto do nieba.

24-X-2004
 

Świadectwo Toma Monaghana , człowieka sukcesu , biznesmena .

Tom Monaghan jest jednym
z najbogatszych ludzi w USA.
Właściciel największej na świecie
sieci restauracji „Domino's Pizza".
Założył prawniczą szkołę
„Ave Maria" w Ann Arbor,
a także prowadzone przez siostry zakonne szkoły podstawowe - „Spiritus Sanctus", gdzie uczniowie uczestniczą codziennie we Mszy św. Powołał do życia fundację i katolickie radio „Ave Maria", wspiera organizacje broniące prawa człowieka do życia, od momentu poczęcia aż do naturalnej śmierci. W najbliższym czasie planuje otwarcie uniwersytetu w Naples na Florydzie. Będzie to pierwszy od 40 lat katolicki uniwersytet otwarty na terenie USA. W kwietniu 2004 r. Tom Monaghan udzielił wywiadu przedstawicielom naszej redakcji.
Czy dzisiaj jest możliwe kierowanie się zasadami etycznymi w biznesie?
Nie ma nic złego w posiadaniu dużych pieniędzy. One nie są złem, gdy zdobywamy je w uczciwy sposób i używamy w dobrych celach. Potrafię się cieszyć z tych wszystkich rzeczy, które można nabyć za pieniądze: z prywatnego samolotu, helikoptera, jachtu, klubu sportowego. Jednak dla mnie najistotniejszym zadaniem życiowym jest walka ze złem, pokonywanie swoich słabości, niedoskonałości - czyli życie zgodne z przykazaniami i zasadami moralnymi, które objawił nam Jezus Chrystus.
Jeśli chodzi o sferę biznesu, zawsze byłem zdeterminowany, by zwyciężać konkurentów, zdystansować ich solidną pracą i najlepszymi osiągnięciami, ale też zawsze działałem w sposób krystalicznie uczciwy i zgodny z prawidłami etycznymi. Ta moja idealistyczna postawa była przez innych odbierana jako naiwna, nieroztropna czy szaleńcza, szczególnie w początkowym okresie rozwoju firmy, kiedy przeżywaliśmy liczne kryzysy, a groźba bankructwa była bardzo duża. Dzisiaj jestem mocno przekonany, że ostatecznie tylko zachowanie moralnych reguł uczciwości i solidnej pracy uchroniło moja firmę przed upadkiem . Wierność Bogu do końca podtrzymywała nadzieję, dawała energię do wytężonego działania, a to owocowało przezwyciężaniem wszelkich kryzysów i przyczyniało się do ciągłego rozwoju mojej firmy.
Kiedy kupiłem pierwszą restaurację, 9 grudnia 1960 r., miałem 23 lata i żadnego przygotowania do prowadzenia biznesu. Była to maleńka restauracja na skraju campusu Uniwersytetu Michigan w Ypsi-lanti, w której sprzedawaliśmy pizzę. W pierwszym tygodniu sprzedaż przyniosła tylko 99 dolarów. Kiedy w grudniu 1985 r. świętowaliśmy 25-lecie, mieliśmy już 2600 restauracji w 50 stanach i 6 krajach, a rok później było ich już 3600, przy sprzedaży przynoszącej 2 mld. dolarów. Natomiast w 2000 r., „Domino's Pizza" była już w 66 krajach, zatrudnialiśmy 120.000 pracowników w 7000 restauracjach, a ze sprzedaży uzyskiwaliśmy 3,54 mld dolarów.
Sposobu prowadzenia i budowania przedsiębiorstwa uczyłem się w nieustannym trudzie i wysiłku, a także na własnych błędach. To wszystko wynikało z osobistej filozofii życia opartej na 5 priorytetach. Uświadomiłem je sobie w czasie służby wojskowej w marynarce wojennej, podczas rejsu z Filipin do Japonii. Miałem wtedy dużo czasu na modlitwę i przemyślenia. Zrozumiałem, że najważniejszym celem w życiu jest osiągnięcie nieba i zabranie tam ze sobą tak wielu ludzi, jak to będzie tylko możliwe. Od tego czasu kieruję się pięcioma priorytetami: duchowym, społecznym, umysłowym, fizycznym i finansowym.
Wielokrotnie dawał pan świadectwo, że największym skarbem nie są bogactwa materialne, lecz wiara. Czy mógłby pan podzielić się z naszymi czytelnikami doświadczeniem wiary w Boga?
Pierwszym priorytetem w moim życiu są wartości duchowe. Największy sukces mojego życia nie stanowi „Domino's Pizza". Będzie nim dopiero zbawienie, osiągnięcie nieba, i do tego celu dążę całym sercem. Człowiek nigdy nie znajdzie szczęścia, jeśli przez wiarę nie otworzy się na miłość Boga i bezgranicznie Mu nie zaufa. Dlatego każdy człowiek powinien się codziennie modlić. Wiara rodzi się, rozwija i pogłębia poprzez codzienną, wytrwałą modlitwę. Modląc się szczerze, otrzymujemy za darmo największe duchowe skarby, wiarę, nadzieję i miłość. Tak sobie układam plan dnia, że codziennie odmawiam cztery części różańca, czytam i rozważam Pismo św., uczestniczę we Mszy św. przyjmując do swego serca Jezusa w Komunii św., bo to jest moja największa siła i źródło nieustannej radości życia. Spowiadam się regularnie i mam kierownika duchowego. Nie mogę zrozumieć, dlaczego niektórzy chrześcijanie po popełnieniu grzechu ciężkiego nie idą natychmiast do spowiedzi. Życie w stanie grzechu ciężkiego to prawdziwy koszmar, stan duchowej śmierci, zniewolenia i uzależnienia od sił zła. W sakramencie pokuty Jezus wyzwala nas z tej strasznej niewoli. On zawsze przebacza nam wszystkie grzechy. Konieczne jest tylko szczere wyznanie win i zdecydowana chęć poprawy. Gdyby ktoś nawet codziennie ciężko upadał, to niech nigdy się nie załamuje, lecz natychmiast idzie do spowiedzi i przyjmuje Jezusa w Komunii św. Tylko wtedy Pan Jezus będzie mógł go leczyć i, pomimo upadków, prowadzić drogą do największego sukcesu, czyli do nieba.
Wiary w Jezusa Chrystusa strzegę jak mojego największego skarbu. Jezus Chrystus jest dla mnie jedynym Panem
Zbawicielem, Bogiem prawdziwym, który stal się prawdziwym człowiekiem, aby poprzez mękę, śmierć i zmartwychwstanie otworzyć nam drogę do nieba.
Moja wiara jest w procesie ciągłego rozwoju i wzrostu. Kiedy miałem 4 lata, umarł mój tato i dlatego oddano mnie i młodszego brata do katolickiego sierocińca. Wielki wpływ na moje wychowanie w wierze miała tam siostra Berarda, z pochodzenia Polka. Jej postawa, z której promieniowała dobroć i ciepło matczynej miłości, była decydująca w kształtowaniu się mojej wiary w okresie dzieciństwa.
Przez rok byłem w seminarium duchownym, gdyż chciałem zostać księdzem. Niestety ksiądz rektor uznał, że się nie nadaję, i dlatego musiałem pójść inną drogą. Jestem przekonany, że dar sakramentu kapłaństwa to największy przywilej, jakim Chrystus obdarowuje człowieka tutaj, na ziemi. Mam wielki szacunek do kapłaństwa. Nowo wyświęcony kapłan jest o wiele bardziej ważny aniżeli prezydenci, premierzy, królowie, najwięksi biznesmeni oraz wszyscy wielcy tego świata, ponieważ to przez dar kapłaństwa Jezus Chrystus przebacza nam grzechy w sakramencie pokuty i uobecnia swoje zbawienie w tajemnicy Eucharystii, dzieląc się z nami swoim zmartwychwstałym życiem.
Zawsze byłem człowiekiem wierzącym, świadomym tego, że jeżeli nie będę w dobrych stosunkach z Bogiem, to nigdy nie zdobędę prawdziwego szczęścia. Nie byłbym nigdy w stanie osiągnąć powodzenia w biznesie, bez mocy ducha, którą czerpałem z modlitwy ł wiary w Jezusa Chrystusa. Od samego początku w moim życiu napotykałem nieustanne trudności. Wiele z nich wydawało się być prawdziwym nokautem. Tylko dzięki wierze i modlitwie podnosiłem się z największych kryzysów i wychodziłem z nich silniejszy. Taka jest niesamowita moc wiary, której doświadczam każdego dnia. Bez względu na to jak bardzo zmęczony lub zajęty jestem, zawsze znajduję czas na modlitwę, na odmówienie różańca, Eucharystię, i zawsze zostaję zregenerowany. Osobisty kontakt z Chrystusem na modlitwie to jest mój największy skarb.
W 1984 r. po raz pierwszy pojechałem do Medugorje. Razem z kilkunastu pielgrzymami, byłem świadkiem objawienia Matki Bożej dzieciom, w małym pokoju na plebani. Było to dla mnie wyjątkowe doświadczenie obecności Maryi, jedno z największych przeżyć, które umocniło moją wiarę i zdopingowało do gorliwszej modlitwy.
A pozostałe cztery priorytety, którymi się pan kieruje w życiu?
Drugi priorytet określam jako społeczny, chodzi więc o mój stosunek do innych ludzi. Zaraz po Bogu najważniejszą osobą w moim życiu jest moja żona oraz dzieci. Pobraliśmy się 25 sierpnia 1962 r. Początki były bardzo trudne, zarobki bardzo skromne. Nie mieliśmy własnego domu, przez wiele lat mieszkaliśmy w przyczepie kempingowej. Pomimo skromnych warunków byliśmy bardzo szczęśliwi, ponieważ prawdziwe szczęście dają nie pieniądze, ale miłość. Teraz, gdy jesteśmy bogaci, nie straciliśmy tego szczęścia, ponieważ dzięki modlitwie jesteśmy blisko Boga i nasza miłość coraz bardziej się pogłębia.
Po żonie i dzieciach kolejni są przyjaciele. Stosuję w życiu złotą zasadę: tak traktuj innych ludzi, jak chciałbyś, aby i oni ciebie traktowali. Zawsze tłumaczyłem moim pracownikom, że sukces w biznesie będzie możliwy tylko wtedy,
gdy będzie dobry produkt, dobra obsługa a w kontaktach z klientami stosowanie owej reguły! Być grzecznym i miłym dla innych, myśleć o ich potrzebach- ja nauczyłem się tego w sierocińcu od siostry Berardy. Etycznego i uczciwego zachowania trzeba się nauczyć. Przełożony powinien uczyć tego podwładnych, przykładem swojego życia. Moją dewizą życiową jest ufać ludziom, bo chcę w innych widzieć przede wszystkim dobro, a nie zło. Jednak życie nauczyło mnie jednego: gdy pracownik stale łamie zasady etyczne, to należy z nim postąpić tak, jak z zepsutym jabłkiem. Bez względu na to jak nęcące i ładne by ono było, wiem, że doprowadzi do zniszczenia zawartości całego kosza, dlatego natychmiast je wyrzucam, dla dobra całej firmy i tego pracownika.
Trzeci priorytet, którym kieruję się w życiu, to troska o posiadanie sprawnego i zdrowego umysłu. Koniecznym tego warunkiem jest czyste sumienie, które umożliwia właściwą samoocenę, rodzi postawę radości i optymizmu. Wszystko to sprzyja osiągnięciu sukcesu również w sferze biznesu. Ponadto nasz umysł potrzebuje nieustannego ćwiczenia, uczenia się, zdobywania nowych informacji, aby wciąż rozwijał swoje możliwości i sprawność intelektualną.
Czwartym priorytetem jest sprawność fizyczna. Pamiętam o tym, że ciało jest świątynią ducha. Potrzebuje właściwego odżywiania się i odpowiedniego obchodzenia się z nim. Fizyczne zdrowie jest darem Boga i nie można lekkomyślnie go marnować. Aby utrzymać właściwą kondycję i sprawność fizyczną, 6 razy w tygodniu, po 10 kilometrowym biegu, gimnastykuję się przez 45 min (między innymi wykonuję 150 pompek). Dwa razy w tygodniu kończę bieg w fitness clubie i ćwiczę tam przez godzinę. Zwracam uwagę na to, aby właściwie się odżywiać. Jem desery tylko 11 razy w roku, z okazji świąt i uroczystości. Praktykuję post. Nigdy się nie przejadam. Dzięki takiemu trybowi życia,

chociaż mam już 68 lat, cieszę się świetnym zdrowiem. Również moich pracowników zachęcam do troski o swoje zdrowie i utrzymywanie odpowiedniej wagi ciała. Mojego wiceprezesa, Dicka Muel-lera, zainspirowałem do tego, aby w ciągu roku stracił 50 kg nadwagi i przygotowywał się do przebiegnięcia maratonu w Baton Rouge. Obiecałem mu, że jeżeli tego dokona, to na mecie będę na niego czekał z czekiem na 50.000 dolarów. Dick wywiązał się znakomicie z tego zadania, w ciągu roku zgubił 50 kg nadwagi i po roku systematycznego treningu, udało mu się przebiec cały maraton. W nagrodę otrzymał ode mnie na mecie czek na obiecaną sumę.
Piątym moim priorytetem są finanse. Jeżeli będą spełnione pierwsze cztery warunki, to wtedy dopiero sukces w biznesie stanie się możliwy. Jestem tego tak pewny jak i faktu, że po dniu nastę-puje noc.
Czy mógłby pan powiedzieć coś na temat budowy nowego katolickiego uniwersytetu „Ave Maria" na Florydzie?
Ten uniwersytet będzie oparty na trzech fundamentach. Najważniejszy z nich to wymiar duchowy, a dopiero później naukowy i właściwa organizacja życia studentów.
Obecnie, w wielu istniejących uniwersytetach katolickich jest mocno zaniedbana duchowość oraz troska o pogłębianie wiary katolickiej u studiujących. Na skutek tych zaniedbań studenci, po skończeniu takiego uniwersytetu, mają jeszcze bardziej zachwianą wiarę aniżeli na początku studiów. Już od 25 lat czułem potrzebę otwierania katolickich centrów edukacyjnych, które odznaczałyby się chrześcijańską duchowością i troską o pogłębienie wiary, aby mogła powstawać silna elita liderów w Kościele katolickim. Dlatego w ostatnich latach przeznaczyłem 200 milionów dolarów na budowę nowego uniwersytetu, a całą swoją energię skoncentrowałem na realizacji tego projektu, który najprawdopodobniej będzie zakończony w 2006 r. Na Uniwersytecie „Ave Maria" będzie wykładana solidna katolicka teologia, całkowicie wierna nauczaniu Kościoła. Wszyscy nasi studenci będą musieli uczestniczyć na każdym semestrze w wykładach z teologii lub filozofii. Zostali dobrani najlepsi wykładowcy teologii i filozofii, którzy są zobowiązani złożyć przysięgę wierności Magisterium Kościoła i miejscowemu biskupowi. Na terenie miasteczka uniwersyteckiego będziemy mieli wiele symboli świadczących o tym, że jest to uczelnia katolicka. Będzie tam wybudowany największy kościół w Północnej Ameryce. Jesteśmy w trakcie budowy całego miasta i zakładamy, że zamieszkają tam katolicy żyjący swoją wiarą na co dzień. Już obecnie 25% studiujących to księża i osoby konsekrowane. Planujemy, aby na terenie miasteczka uniwersyteckiego każdego dnia było odprawianych od 15 do 20 Mszy św., żeby był wieczysty konfesjonał i nieustanna adoracja Najświętszego Sakramentu. Będziemy mieć około 6000 studentów i dążymy do tego, aby to był najlepszy uniwersytet w Stanach Zjednoczonych, bardziej ceniony aniżeli Harvard czy Yale. Nie chcemy, aby był największy, lecz najlepszy. Wszyscy studiujący będą mieszkać w akademikach, osobno dziewczęta i osobno chłopcy. Akcent będzie położony również na uprawianie sportu, gdyż to pomaga w kształtowaniu charakteru i wychowaniu młodych ludzi. Chcemy mieć studentów nie tylko ze Stanów Zjednoczonych, ale również z zagranicy, z około 100 krajów. Na terenie Uniwersytetu nie będzie można sprzedawać żadnych książek i czasopism o treściach pornograficznych, ani także środków antykoncepcyjnych.
Wielokrotnie spotykał się pan z Ojcem Świętym...
Jan Paweł II jest dla mnie największym autorytetem i prawdziwym bohaterem. Od jego osoby promieniuje świętość, doświadczam tego przy każdym spotkaniu. Z jego rąk przyjmowałem Komunię św., i to są momenty, których nigdy nie zapomnę. W kilka godzin ponaszym pierwszym spotkaniu, 7 maja 1987 r., zrodziła się we mnie myśl założenia „Legatus" - organizacji zrzeszającej przedsiębiorców katolickich. Zadaniem jej członków jest pogłębianie, wcielanie w życie i propagowanie zasad wiary katolickiej w należących do nich przedsiębiorstwach oraz w życiu profesjonalnym i osobistym.
W poszczególnych oddziałach organizowane są każdego miesiąca dni skupienia, raz w roku tygodniowe rekolekcje oraz pielgrzymka do znanych sanktuariów. Legatus znaczy ambasador, dlatego członkowie tej organizacji zobowiązują się do dzielenia się z innymi swoją wiarą poprzez własne świadectwo -dobre czyny i wysokie standardy etyczne. Obecnie do organizacji należy 1800 przedsiębiorców zgrupowanych w 58 sekcjach w USA oraz w Kanadzie, Włoszech i Irlandii. Organizacja przeznaczona jest wyłącznie dla katolickich biznesmenów, którzy mają firmy o wartości nie mniejszej niż 100 milionów dolarów oraz przynajmniej 10 milionów dolarów rocznego dochodu netto.
Na jednym ze spotkań z członkami „Legatus" Ojciec Święty powiedział: Świat potrzebuje autentycznych świadków etyki chrześcijańskiej w biznesie. Kościół zaprasza was do publicznego i wytrwałego wypełniania tej roli.
•„Najważniejszym celem w życiu
jest osiągnięcie nieba i zabranie tam
ze sobą tak wielu ludzi,
jak to tylko będzie możliwe".
Tom Monaghan .
 



Świadectwo

Przyszedł Bóg,
demon uciekł

Nie zawsze jest tak, ze szatan posługuje się bronią podsuwania
złych myśli, przeważnie po prostu odsuwa te dobre, co powoduje
brak prawidłowego rozwoju naszego życia duchowego
 

Kiedy miałem 14 lat, wyjechałem z rodziną z Polski, by zamieszkać na stałe w Kanadzie. Tęsknota za przeszłością wprowadziła mnie w depresję. Myśląc o dniu wczorajszym, zaniedbałem swoje jutro. Byłem zły. Stałem się biernym ateistą, nieświadomie pozbywając się stopniowo tego wszystkiego, co mnie budowało. W wieku 16 lat zacząłem pić, palić, narkotyzować się, łamać prawo i zadawać się z nieodpowiednim towarzystwem. Potem odkryłem czarną magię i satanizm. Zacząłem słuchać death i black metalu i po trochu praktykować moją nową wiarę, zachęcając do tego również moich kolegów. Na prawym ramieniu zrobiłem sobie tatuaż symbolizujący demona, który we mnie się wtedy narodził. Moja mama zaczęła się za mnie gorąco modlić. Kpiłem sobie z tego i śmiałem się z niej.
Gdy miałem 18 lat, zostałem aresztowany za rabunek, a krótko po tym  wyrzucony ze szkoły. Byłem na dnie.
Niedługo potem Pan Bóg dał znać, że wysłuchiwał modlitw mojej mamy i odtąd diabeł nie mógł już dłużej ukrywać przede mną prawdy. Powoli zacząłem zdawać sobie sprawę z mojej sytuacji. Pewnej nocy stało się coś niewiarygodnego. Oglądałem film, w którego zakończeniu główna bohaterka poszła do spowiedzi. Usłyszała od spowiednika słowa: „Bóg zawsze do ciebie mówi, ale ty nie zawsze słuchasz". Zaintrygowało mnie to i zacząłem myśleć nad sensem tych słów tak głęboko, że zdecydowałem się sprawdzić ich autentyczność. Po raz pierwszy, patrząc na swoją przeszłość, zwróciłem się w pełni świadomie do Boga: „Panie Boże, jeśli naprawdę zawsze mówisz do mnie, to jestem gotowy usłyszeć, co chcesz mi powiedzieć. I jeśli jest prawdą to, że istniejesz, kochasz mnie i zawsze mówisz prawdę, to jestem gotów pójść za Tobą, ponieważ nie mam już nic do stracenia". Chciałem się wyciszyć i słuchać. Na rozgrzewkę postanowiłem zmówić jedną dziesiątkę różańca, tak jak
umiałem i aby pomóc sobie w osiągnięciu odpowiedniej atmosfery, chciałem zapalić świeczkę. Byłem w tamtym czasie nałogowym palaczem, palącym prawie całą paczkę dziennie, ale, dziwnym trafem, zniknęły wszystkie moje zapalniczki. W języku angielskim słowo „light" znaczy „zapalniczką", jak również „światło". Nie mogąc znaleźć ognia, zapytałem: „Where is my light?" („Gdzie jest moja zapalniczka / moje światło?") Usłyszałem głos: „Jest w szufladzie twojego brata!". Otwarłem szufladę. Na wierzchu leżał obraz Matki Boskiej Częstochowskiej... Pan Bóg nie pokierował mnie do zapalniczki, ale pokazał mi moje Światło! Usłyszałem, zrozumiałem i uwierzyłem. Szybko poczułem ciężar moich grzechów i zapłakałem, prosząc o przebaczenie, obiecując poprawę. Płakałem długo, jak małe dziecko, a kiedy przestałem - znalazłem zapalniczkę.
Zacząłem się modlić. Z moich ścian spadły plakaty satanistyczne, co mnie okropnie przestraszyło. Potem zgasła świeczka. Usłyszałem przeraźliwe drapanie czy dobijanie się do drzwi wejściowych. Sparaliżował mnie strach. W momencie, gdy otworzyłem drzwi, wszystko ucichło, a za drzwiami nic nie było, tak jakby niewidzialny, ale słyszalny demon uciekł, bo w moim domu i sercu zamieszkał już Bóg.
Wydaje się, że w dzisiejszym świecie religia nie jest modna, że jest dla starszych lub tych, którzy nie mają lepszego zajęcia. Środki masowego przekazu przedstawiają religię w negatywnym świetle, mówią, że jest to „luksus dla małej garstki wariatów". Muzyka, filmy, prasa - wszystko to namawia za to do rzeczy modnych, które młodzi pochłaniają jak gąbka. Uważają potem, że idą z duchem czasu. Przedmałżeńskie współżycie, używki, bzdurne rozmowy - czy to nas w jakikolwiek sposób buduje? Czy sprawia, że stajemy się lepszymi ludźmi, a w przyszłości
będziemy lepszymi ojcami i matkami?
Czy to postępowanie daje lepszą nadzieję na jutro?
Zło jest modne, wpatrujemy się więc w kolegów i postępujemy jak oni, stając się złym przykładem dla kolejnych. Każdy chciałby grać dla prowadzącej drużyny, a taką jest teraz drużyna zła. Ale od Jezusa wiemy, że to właśnie ta, rzekomo słaba - drużyna dobra i miłości - odniesie ostateczne zwycięstwo i ostrzega, że zło skazane jest na wieczną przegraną. Więc jeśli Twoja drużyna przegrywa w połowie gry, to wcale nie znaczy, że ją już na pewno przegra. Moje nawrócenie jest golem strzelonym przez drużynę dobra na drodze do mistrzostwa świata. Niech wasze cierpienia będą strzelonymi golami. Jeżeli nie jesteście gotowi przyjąć Boga do Waszego życia w 100 procentach, to przynajmniej zaproście Go na wizytę i pozwólcie Mu przedstawić dalszy plan gry.
Pan wiecznie mówi, ale wy Go nie słuchacie. Wyciszcie się, a wtedy On powie słowo i uzdrowi Wasze dusze!
Rafał !!!!

2-X-2004 

Chociażbyś był sztanistom i  podpisał  diabelski cyrograf  to pamiętaj  że Jezus Chrystus pierwszy wykupił cię Swoją Najświętsza krwią  i póki żyjesz tu na ziemi zawsze masz możliwość powrotu przez Miłosierdzie Boże do Niego .

On miłosierny Ojciec nie zapomniał o tobie . On miłosierny czeka na powrót marnotrawnego syna .A jak już klękniesz przy konfesjonale i wyspowiadasz się z tego grzechu i usłyszysz pukanie to wiec że jesteś już wolny . I należysz do Jezusa Chrystusa Miłosiernego Boga . I nie ma takiej siły która mogła by cię wyrwać z  ręki Jezusa .

I nie wracaj do tej sprawy bo twój grzech został zmazany . A wydaj godny owoc nawrócenia  i dąż do świętości  . I cały czas dziękuj Bogu że wyrwał cię z piekła . Niebo jest twoją ojczyzną .

 Ale pamiętaj że w wielu takich przypadkach potrzebny jest ksiądz  egzorcysta .

                                                                                           Szczęść Boże

                                                       Nie lękaj się zrób to jak najszybciej !!

9-XI-2004

 

Rycerze Najświętszego Serca Jezusa Chrystusa Króla

Zbudźcie się ze snu Rycerze NSJCK  już czas ,musimy zacząć działać !!

-Bóg dał znak i da każdemu z was jak zechce .
-Podlegacie Trójcy Przenajświętszej –Bogu  Ojcu Stwórcy świata , Synowi Jego Jezusowi Chrystusowi –Zbawicielowi świata i Duchowi Świętemu.

-Podlegacie Papieżowi Kościoła Katolickiego oraz Biskupom .

- Jeżeli jesteście Chrześcijanami a nie Katolikami to musicie zrozumieć że jesteśmy Jednym Kościołem i czas podziału już się skończył, Dla mnie ci co wierzą w            

Trójce Przenajświętszą Jedynego Boga są moimi braćmi a kiedyś będziemy stanowili jedno .

-Pozwolenie na działanie -Ewangelizację otrzymujecie w sakramencie pojednania             ( spowiedź św.) .Przy Konfesjonale. Kapłan ma być pokorny ,kochający Boga , uznający i żyjący nauką Soboru Watykańskiego II , ten który nie gasi i nie sprzeciwia się działaniom Duch Świętego i rozumiejący współczesny Kościół i jego potrzeby .

-Celem działania jest krzewienie wiary w Jezusa Chrystusa Zbawiciela oraz pobudzanie ludzi do miłowania Boga .

-Płaszczyzna Ewangelizacji – dom ,praca i środowisko które nas otacza, media(Internet, czasopisma  i  inne…)

-Operować będziecie językiem dostosowanym do słuchaczy , musi być prosty i zrozumiały

-Materiały musi być zatwierdzone przez Kościół –Pismo Święte ,  czasopisma katolickie ,filmy i inne .

-Będziecie działać samotnie i z ukrycia  nie liczcie na pomoc innych ludzi .

Bóg  wam pomoże tak jak mnie pomaga.

-Rycerzami są mężczyźni i kobiety .

- Kierować możemy się tylko  miłością do Boga , Dobrem Kościoła i bliźniego.

- Proponuję znak  sygnet lub pierścień z napisem – Jezu Ufam Tobie – i zaznaczonymi

na nim Promieniami Bożego Miłosierdzia –dla mężczyzn , dla kobiet tak samo ale może być obrączka . Musimy nosić sygnet, pierścień lub obrączkę zawsze  na ręku , to znak oddania się Bogu .

-W czasach ucisku i prześladowań może być noszona na sercu w woreczku lub kieszeni ze względu na bezpieczeństwo ,przed założeniem na rękę musi ksiądz poświęcić .

-Nie traktować jak talizman a znak wiary bo na nim jest imię Boga .

Po tym znaku rycerze mogą się rozpoznawać.

- Codziennie o godzinie 15 modlić będziecie się i wspominać ofiarę jaką złożył za was Jezus Chrystus. O tej godzinie zostało otwarte Serce Jego dla nas. Modlitwy :  może być Koronka do Miłosierdzia Bożego ,Różaniec część Bolesna lub obejrzeć film Pasja –Moment Ofiary Jezusa Chrystusa , w zależności od możliwości ,nawet w pracy przez moment możemy  w duch włączyć się modlitwa ,ucałować Krzyż lub  pierścień gdzie jest imię Boga .

- Zalecam aktywny udział w parafiach w ruchach odnowy, to co proponuje Kościół jest dobre .

- Macie działać w tajemnicy by was nie wyśmiano i nie lekceważono, a poza tym dla bezpieczeństwa, no niestety taki jest czas , że szataniści  i innej maści wrogowie Kościoła i Wiary Świętej będą z wami walczyć , mi też wielokrotnie chcieli zaszkodzić ale Bóg mnie obronił .

- Radźcie się w sprawach nurtujących was  Samego Boga przez spowiednika w sakramencie pojednania .

- Codziennie starajcie się być na Mszy Świętej i bierzcie Boga do serca .

- Codziennie rozmawiajcie z Bogiem .

- Macie wychować dzieci wierzące i kochające Boga .

- Nigdy nie ograniczać liczby dzieci bo to co Bóg daje jest dobre. Przez ten grzech Chrześcijaństwo jest wypierane przez inne religie .

- W przypadku zagrożenia życia i zdrowia musicie się bronić . Tak środki dobierajcie by były skuteczne

- Macie nawzajem sobie pomagać.

- Priorytetem jest głoszenie Dobrej Nowiny –Ewangelia .

- Hierarchia wartości :

1- BÓG

2- KOŚCIÓŁ i RODZINA

3-OJCZYZNA

                                         AM

21-XI-2004    CHRYSTUSA   KRÓLA   WSZECHŚWIATA

                KRÓLUJ   NAM   CHRYSTE  - powitanie

                ZAWSZE   I   WSZĘDZIE         -  odpowiedź

Obyśmy nigdy nie zapomnieli  że Jezus Chrystus jest  Królem Królów i Panem Panów  ma władzę nad wszystkim i nad wszystkimi we wszechświecie .Więc się nie lękajmy, musimy Mu zaufać , oddajmy się pod jego opiekę . Pamiętajmy że Nasz Bóg i Król  chce naszego, wiecznego szczęścia w niebie. I to nieważne  czy jesteśmy łotrami czy sprawiedliwymi  jedni i drudzy potrzebują Bożego miłosierdzia i każdego Bóg chce zbawić   . Jest Miłosierny , litościwy , pełnym dobroci i kochający nas . Miłość jego jest wszechpotężna . Niema Osoby która by nas bardziej Kochała . Zresztą świadczy o tym jego ofiara Swoje życie oddał za nas na krzyżu .  Jest wszechmocny , może w każdej chwili stworzyć nowy świat nowe stworzenia a jednak litościwie schyla się nad upadłym człowiekiem ,tajemnica to wielka . Jego  Miłość  jest dla nas lekarstwem  , jest lekarstwem dla współczesnego świata . Człowiek jest chory bo nie czuje się kochany , ale gdy znajdzie to nieskończone źródło miłości które bije i tryska z Jezusa Chrystusa , odnajdzie szczęście  które nigdy się nie kończy . To jest tak że żyjesz w tym świecie szczęśliwy i czujesz się otoczony Bożą miłością . Świat jakby płynął dokoła ciebie a ty jesteś z Panem ,Widzisz rzeczy które inni nie widzą , cieszysz się każdą chwilą . Bóg i Król jest z tobą . Śmierć nie jest problemem , Miłość która tu się zrodziła w tobie do Boga  nigdy się nie kończy  ,przechodzisz dalej w inną przestrzeń  z Bogiem . Jesteś z Tym którego kochasz i tam też będziesz Go kochał . Jesteś kochany i Będziesz kochany . Taki jest Nasz Król , Król Miłości , Jezus Chrystus . Nie jestem w stanie opisać wielkości Miłości Boga po prostu słowa tego nie oddadzą.

Nie jestem w stanie opisać słowami  szczęścia które Bóg chce dać człowiekowi . Po prostu zaufajcie Bogu ON na was czeka nikomu nie odmówi spróbujcie Go pokochać .

                                                                   Króluj nam Chryste !!!!!!!!!!!!!!!!!!

DZIĘKUJE  BOGU   i  WSZYSTKIM  TYM  KTÓRZY PRZECIWSTAWILI SIĘ  ZŁU I NIE DOPUŚCILI DO MORDU DZIECI POCZĘTYCH NIENARODZONYCH                          AM